Partner: Logo KobietaXL.pl

Wiem, że to nie tylko mój problem, że wiele kobiet przejęło na siebie tradycyjne męskie role. Dbamy o finanse, o stabilność rodziny, załatwiamy, ogarniamy, ale też sprzątamy, gotujemy. Jesteśmy zmęczone. Zaczynamy lekceważyć naszych facetów, bo są pogubieni, niezaradni. Tacy niemęscy. My siłaczki musimy dawać sobie radę ze wszystkim same. Czy aby na pewno?

Ja też jestem w tej grupie kobiet i moja opinia o mężu nie była najlepsza. Przyzwoity, uczciwy, ale życiowa fajtłapa. Tak o nim myślałam, dopóki nie spotkałam się gdzieś z terminem kastrowania facetów przez kobiety. I dziś wiem, że ja też to zrobiłam. Tak, wykastrowałam swojego męża i mam o to do niego pretensje. Staram się przypomnieć sobie, kiedy to się zaczęło? Może z chwilą, kiedy wprowadziliśmy się do swojego mieszkania? Mieliśmy szczęście, że rodzice nas wspomogli, dobraliśmy kredyt. I kiedy on w tej mojej wymarzonej kuchni zaczynał coś robić, natychmiast go wyganiałam. Bo jak kroił, to kruszył. Chlapał, zostawiał po sobie bałagan i nigdy nie sprzątał według moich oczekiwań. Było więc szybciej i sprawniej, kiedy sama coś robiłam. Zwolniłam go tym samym z kuchennych obowiązków. A potem urodziła się nasza córka, pierwsza wnuczka moich i jego rodziców. Babcie ją obsiadły, we trzy zajmowałyśmy się małą. Nie było dla niego przy dziecku miejsca, kiedy próbował coś przy córce robić, patrzyłyśmy na niego nieufnie. Pouczałyśmy, strofowałyśmy, jakby sam był dzieckiem. Przestał nawet próbować. Kiedy córka podrosła, ja ubierałam mu ją na spacer, „bo będzie sprawniej i szybciej”. Zabrałam mu prawo do własnego dziecka. Może mu nawet było z tym wygodniej. Ale zabrałam też córce więź z ojcem. Nie kąpał jej, nie przewijał, nie karmił. Kiedy z córką zostawał, były zrobione kanapki, ugotowana zawczasu zupa.

A potem kiedy stracił pracę, to co zrobiłam? Był załamany, nie spodziewał się tego, bo jest dobrym fachowcem. I ja zamiast kazać się przestać nad sobą roztkliwiać, zapewniłam, że damy radę. To znaczy, że ja dam. Wzięłam dodatkowe pół etatu. On siedział prawie pół roku w domu pogrążony w czarnych myślach, zamiast natychmiast zabrać się za szukanie jakiegokolwiek źródła dochodu. Ale to ja mu na to pozwoliłam, zwolniłam go z odpowiedzialności za naszą rodzinę. Potem znalazł pracę, wszystko pozornie wróciło do normy, ale to ja czułam się bohaterką w naszym domu. Osobą, na która można zawsze liczyć, zaradną, taka, która nie da rodzinie zginąć. Bo zarobi też na ratę kredytu, nie tylko na utrzymanie domu.

Pewnie znalazłabym więcej przykładów. Im bardziej jednak ja rosłam w siłę, tym bardziej on przy mnie malał. A ja nie wymagałam, nie pokazywałam ani strachu, ani bezradności, choć często tak się czułam. Powoli, po kawałku zabierałam mu jego męskość. I wydawało mi się, że robię dobrze, że jestem opoką, na której budujemy rodzinę.

A potem mnie to zmęczyło i zaczęłam patrzeć na męża z politowaniem, może wręcz nawet z lekka pogardą. Że jest słaby, że nie był dla mnie wsparciem, że to ja musiałam o wszystko zadbać. Tak było, dopóki nie przeczytałam gdzieś o tej kastracji. O tym, jak same kobiety strzelają sobie w kolano. Bo większość z nas chce coś światu udowodnić. I udowadniamy. Tylko jakim kosztem? Dziś wiem, że sama jestem sobie w dużej mierze winna.

Bożena

 

Chcecie podzielić się swoją historią? Piszcie redakcja@kobietaxl.pl

Tagi:

związek ,  małżeństwo ,  życie , 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót