Dlaczego teraz chce opowiedzieć moją historię? Bo czytałam wyniki badań, 99 procent kobiet uważa, że aborcja była dobrą decyzją, zdecydowana z nich większość po zabiegu czuła wyłącznie ulgę. Ja, jak wyszłam wtedy z tego gabinetu, pierwszy raz od kilku tygodni odetchnęłam pełną piersią i powiedziałam sama do siebie – Będę jeszcze żyła!

 

Syn miał wtedy 3 lata, córka koło roku. Okazało się, że jestem w ciąży. Antykoncepcja, którą stosowaliśmy zawiodła. Niedowierzanie, szok, strach. Nie powiedziałam nikomu. Wiedziałam, że nie mogę urodzić kolejnego dziecka. Mieszkaliśmy w jednym pokoju z kuchnią, kuchnia opalaną węglem. Wspólna toaleta na piętrze dla kilku mieszkań, brak łazienki. Wanienka dla dzieci w kuchni, woda w kranie tylko zimna, gary grzane na kąpiel. Ja w pracy od rana, mąż pracujący na zmiany. Kierat, małe pensje, brak jakichkolwiek perspektyw.

Ta ciąża była jak wyrok. Na wieść o niej dosłownie serce zatrzymało się we mnie na chwilę, a potem zamieniłam się w drżącego ze strachu liścia. Nawet oddychałam tak półgębkiem.

Nie miałam pieniędzy, nie miałam znajomości. Próbowałam domowych metod, piłam jakieś ziółka. Nic nie pomogło. Czułam się jak w pułapce, czas leciał. W końcu zapytałam znajomej z pracy, trochę starszej ode mnie. Dlaczego właśnie jej? Nie wiem, widocznie los stawia w określonej chwili potrzebnych nam w danym momencie ludzi. Podała adres przychodni i nazwisko lekarki, która może pomóc.

Umówiłam się na wizytę. Nie zapomnę tej pani doktor, wydawała mi się starszą kobietą, ale jak się ma 27 lat, to czterdziestolatka jawi się jako staruszka. Ciepła, sympatyczna. Ryczałam jak bóbr, powiedziałam jej, dlaczego nie mogę mieć kolejnego dziecka. Powiedziała, że sama zabiegów nie zrobi, ale podała adres starszego lekarza. Pojechałam tam natychmiast. Pan doktor przyjmował w domu. Pamiętam, że miał gabinet naprzeciwko salonu, w tym salonie grał telewizor, ktoś tam był, toczyło się normalne życie. Nie wiem, dlaczego utkwił mi ten szczegół. Lekarz poklepał mnie tylko po ręce i powiedział, że będzie dobrze, że sam zabiegów nie robi, robi je razem z kolegą.

Pożyczyłam pieniądze od znajomych, mąż o niczym nie wiedział, już wtedy nasze małżeństwo zaczęło się sypać. Spłacałam potem w ratach, dla mnie to była astronomiczna kwota, 1000 złotych. Pojechałam na ten zabieg. Gabinet tego kolegi też był w mieszkaniu. I dwóch starszych panów, mówiących do mnie „dziecko”. Mogliby by myć moimi dziadkami, tak mi się wtedy wydawało. Już pewnie obaj dawno nie żyją, bo to było 20 lat temu.

- Dziecko, czasami tak bywa w życiu – powiedział do mnie jeden z nich, trzymał mnie podczas zabiegu za rękę. Nie trwało to długo, czułam się z nimi bezpieczna. Dostałam receptę na antybiotyk, po wyjściu od nich chciałam na dworze krzyczeć z radości. Ulga, ktoś zdjął kamień z pleców, zaczęłam normalnie oddychać. Wreszcie.

Jakiś czas później moja córka miała problemy ginekologiczne. Pytałam znajomych, czy znają kogoś z dobrym podejściem do młodej dziewczynki. Podano mi nazwisko lekarki. To była ta sama osoba, która mi wtedy pomogła. Poszłyśmy. Pani doktor mnie nie poznała, minęło sporo czasu od mojej aborcji. Ale kiedy ja ją zobaczyłam, miałam dosłownie łzy w oczach. Miałam ochotę ją uścisnąć, podziękować gorąco za pomoc, nie mogłam jednak tego zrobić przy córce. Byłam wdzięczna, że mi wtedy zaufała, że nie wyrzuciła za drzwi, mówiąc, że aborcja jest zakazana. Że zrozumiała, że dzięki niej odzyskałam wolność. Do dziś wiem, że była to jedyna słuszna decyzja. a wy możecie to oceniać, jak chcecie.

Tagi:

aborcja,  przerywanie ciąży, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót