Partner: Logo KobietaXL.pl

Upragnione dziecko

- Urodziłam syna po kilku latach starań - mówi Urszula. - Miałam problemy z zespołem policystycznych jajników. Mąż Roman już sądził, że nigdy nie zostanie tatą. Na szczęście udało się i przywitaliśmy z mężem pięknego, zdrowego synka Piotra. Byliśmy szczęśliwi.

Urszula pracowała w archiwum, miała spokojną pracę, która dla niej nie była nudna. Lubiła, gdy wszystko było poukładane. Mąż pracował w szpitalu, zajmował się szeroko pojętą logistyką. Często musiał wyjeżdżać, wracał wieczorami do domu.

- Bardzo lubiłam być mamą, więc to ja wzięłam na siebie opiekę nad Piotrusiem - mówi Urszula. - Po pracy odbierałam dziecko z przedszkola, potem szkoły. Razem robiliśmy zakupy w osiedlowym sklepie. Syn odrabiał lekcje albo się bawił, ja gotowałam obiad, sprzątałam mieszkanie. Gdy wracał mąż, razem zasiadaliśmy do posiłku. Rozmawialiśmy, cieszyliśmy się tymi chwilami.

Urszula nie wymagała, aby syn, albo mąż, angażowali się w sprawy domowe, tak zwane kobiece. Roman miał swoje męskie zajęcia, dbał o samochód i sprzątał garaż. Kierował, gdy jechali na wakacje. Pomagał wnosić do domu większe zakupy, majsterkował.

- Nie przyuczałam Piotrusia do pomocy w kuchni, ani przy sprzątaniu - przyznaje Urszula. - Uważałam, że ma na to czas, poza tym kiedyś te obowiązki przejmie przecież żona. Mąż też nie uczył go dbać o porządek w garażu, układania na miejsce narzędzi, ani mycia samochodu. Kilka razy próbował, ale syn się nudził i uciekał. Roman się denerwował, stawałam w obronie dziecka. Był jeszcze za młody na męskie sprawy.

Piotr od dziecka był rozpieszczany. Zabawki, rower, komputer, sprzęt muzyczny, gry i modne ubrania. Rodzice przez palce patrzyli na jego wybryki w szkole i to, że niezbyt garnął się do nauki.

Zdolny, ale…

- Syn był zdolny, ale łatwo się dekoncentrował - tłumaczy matka. - Nie potrafił wysiedzieć godzinę lekcyjną w ławce, rozpierała go energia. To było żywe dziecko, rozrabiał, jak to chłopcy. Kilka nauczycielek się na niego uwzięło. Musiałam prosić, żeby go puścili do wyższej klasy. Płaciliśmy z mężem za korepetycje, bo nie potrafili mu w tej szkole porządnie wytłumaczyć niektórych przedmiotów. W szkole średniej było trochę lepiej, wybrał sportowy kierunek. Lubił gry zespołowe i lekkoatletykę.

Piotr często brał udział w różnych zawodach sportowych, wyjeżdżał na obozy, zgrupowania. Rodzice byli zadowoleni, że syn odnalazł cel w życiu. Tak, jak im opowiadał, miał bardzo dobre wyniki i chciał zostać zawodowym sportowcem. Marzył o udziale w olimpiadzie, potem planował zostać trenerem.

- Mąż może by wolał, aby Piotruś został lekarzem, czy inżynierem - przyznaje Urszula. - Uważałam, że nie ma racji, nie mogliśmy chłopakowi niszczyć marzeń.

Przy wsparciu rodziców, a szczególnie matki, Piotr dostał się na uczelnię sportową. Wyjechał do innego miasta. Urszula bardzo to przeżyła, bała się jak on sobie poradzi, bez opieki. Na szczęście, mąż miał w tamtym mieście częste wyjazdy do hurtowni i producentów. Matka mogła regularnie dostarczać synowi domowe przetwory, potrawy, odbierać brudne ubrania chłopaka i dostarczać świeże. Piotr nie potrafił prać, ani prasować.

- Syn wyrósł na bardzo przystojnego mężczyznę, miał duże powodzenie u dziewczyn - chwali się Urszula. - Wiem, że lubił się bawić, chodził na imprezy, ale uważałam że chłopak musi się przecież wyszaleć.

Po trzech latach edukacji, syn miał już licencjat. Ćwiczył z myślą o udziale w mistrzostwach. Niestety, tuż przed ważnymi zawodami doszło do wypadku. Zerwał ścięgno. Teoretycznie mógł walczyć o powrót po rekonstrukcji i rehabilitacji, ale się poddał. Załamał się.

Złapała go "na dziecko"

Piotr trafił do szpitala, po operacji został przewieziony do rodzinnego domu. Miał zapewnioną rehabilitantkę, Ewelinę. Dziewczyna bardzo się zaangażowała w przywracanie Piotra do zdrowia. Tym bardziej, że wykazywał objawy depresji. W ciągu regularnych spotkań i ćwiczeń nawiązali romantyczną relację.

- Wykorzystała to, że mnie nie było w domu, a mój syn był unieruchomiony - kwituje Urszula. - Tak go omotała, że po czterech miesiącach kuracji była w ciąży. Byłam oburzona jej zachowaniem. Przyznam, że wygarnęłam co myślę o takim prowadzeniu się. Piotruś mógł trafić znacznie lepiej. Niestety dziecko było w drodze i musiał być ślub.

Od początku relacje pomiędzy Urszulą a Eweliną były napięte. Dziewczyna ujęła się honorem, przeprowadziła do rodzinnego miasta, tam miała mieszkanie po cioci. Po urodzeniu dziecka mogła liczyć na pomoc rodziny. Piotr nie miał pracy, ani pieniędzy na mieszkanie. Matka sądziła, że po studiach wróci do domu. Liczyła po cichu, że spotka odpowiednią kandydatkę na żonę z ich miasta.

- Każda matka nie chce się rozstawać z synem - uważa. - Chciałam, abyśmy mieszkali pod jednym dachem, ale nie przyznawałam się do tego, by nie wyjść na nadopiekuńczą. Mieliśmy z mężem trzypokojowe mieszkanie, niezbyt duże. We troje było dobrze, gdyby doszła synowa i wnuki, byłby problem. Nawet ja to rozumiałam.

Piotr wyprowadził się do żony, w jej mieście znalazł pracę w szkole. Został nauczycielem wychowania fizycznego. Urodziła im się córka. Synowa nie poszła na dłuższy urlop macierzyński, wróciła do pracy. Jakoś się im układało, ale gdy przyjeżdżali w odwiedziny, Urszula nie potrafiła się powstrzymać od złośliwości. Najbardziej denerwowała ją wnuczka, która wyglądała jak matka, Ewelina.

- Piotruś miał niewyprasowaną koszulę, więc to skomentowałam – przyznaje Urszula. - Ostatecznie mąż jest wizytówką żony. Ewelina odburknęła, że ma już jedno dziecko, pracę i jeszcze dom na głowie. No ja jakoś potrafiłam zadbać o wszystko. Ale trzeba chcieć. Do tego Piotruś bardzo schudł. Spytałam czym go karmi, to mi wyjechała, że on ma dwie ręce, i dwie nogi, może sam iść do otworzyć lodówkę, a nawet zrobić sobie kanapkę, jak każdy normalny mężczyzna w jego wieku. Nie wytrzymałam, powiedziałam jej, że jest bezczelna, powinna być wdzięczna, za takiego przystojnego i dobrego syna. Roześmiała się. Nie doceniała, co dostała. To była jej ostatnia wizyta w moim domu.

Ewelina wyjechała bez pożegnania. Matka codziennie dzwoniła do Piotra i wypytywała o jego życie, pracę, czasami pytała o wnuczkę. Lecz jakoś nie miała serca do tej dziewczynki. Niby krew jej syna, ale nie obudziła w niej miłości.

- Synowa znowu zaszła w ciążę - opowiada Urszula. - Nie byłam zadowolona i Piotruś też. Żalił się, że ledwie wyrabia na jedno dziecko, a tu jeszcze drugie. Podejrzewałam, że Ewelina zrobiła to na złość. Żeby jeszcze bardziej uwiązać przy sobie mojego syna. Nic dziwnego, że zaczął popijać. Byłam tak skupiona na problemach Piotrusia, że nie zauważyłam w porę objawów udaru męża. Romanowi drętwiała ręka i noga po prawej stronie. Miał zawroty głowy. Poszłam do pracy, nie sądziłam, że dzieje się coś aż tak niebezpiecznego. Mąż zgodził się iść do swojego lekarza w szpitalu. Nie doszedł.

Zasłabł na klatce schodowej, gry schodził do auta. Zanim go ktoś znalazł, było za późno. Trafił do szpitala. To był rozległy udar. Po dwóch tygodniach nie żył. Urszula przeżyła szok. Nie spodziewała się, że Roman tak szybko może odejść. Liczyła, że będą razem na emeryturze, że jeszcze pożyją.

Bo to zła kobieta była

Podczas pogrzebu Urszula poznała drugą wnuczkę. Też była podobna do matki. Z radością zauważyła, że synowa bardzo zmarniała. Macierzyństwo jej nie służyło. Za to jej Piotruś trochę przytył i zalatywało od niego alkoholem. Zgonił to na stres z powodu śmierci ojca. Matka zrozumiała. Syn był przecież zawsze bardzo wrażliwy. Sama pogrążyła się w rozpaczy.

- To były okropne chwile, nigdy nie byłam tak samotna - mówi Urszula. - Roman był przy mnie od zawsze. Pobraliśmy się po maturze i nie rozstawaliśmy na dłużej. Był moją ostoją. Teraz został mi tylko syn, a on był z tamtą kobietą. Daleko. Przestraszyłam się tej pustki.

Przez kilka lat Urszula nauczyła się funkcjonować bez męża i obecności syna. Telefon komórkowy zapewniał jej kontakt z Piotrem. Syn żalił się na swoje życie, na żonę, która o niego nigdy nie dbała tak, jak matka. Mówił o braku zrozumienia, wsparcia i ciągłych pretensjach. Także praca w szkole nie była jego wymarzoną karierą. Okazała się pułapką. Uczniowie byli coraz bardziej leniwi, mieli problemy nadwagą, a nauczyciel WF nie cieszył się należytym szacunkiem.

- Coraz częściej słyszałam, że Ewelina czepia się o byle co - opowiada Urszula. - Nie zajmuje się dziećmi, tylko zmusza męża. Ma pretensje, że syn mało zarabia, a przecież wszystkie pieniądze jej oddawał. Zaczęłam co miesiąc wysyłać mu kieszonkowe, aby nie widziała. Zapraszałam do siebie na kilka dni, żeby odpoczął od tego kołowrotu. Przyjeżdżał coraz bardziej zmarnowany. Gotowałam jego ulubione potrawy, jego pokój zawsze czekał. Mógł iść na miasto ze starymi kolegami, trochę odetchnąć od tej hetery i jej potomstwa. Było mi szkoda syna. Marnował sobie życie.

Lepiej późno niż wcale

Urszula poszła na emeryturę. Nie miała już siły pracować, problemy z alergenami, cieśnią nadgarstka i dolegliwe bóle kręgosłupa. Lecz nadal chciała być potrzebna. Trochę żałowała, że nie ma lepszych kontaktów z wnuczkami. Ale na to było za późno. Dziewczynki były nastolatkami, nie chciały słyszeć o „tej” babci.

- Matka je nastawiła, syn był za słaby żeby walczyć - uważa. - Gdy on, jak mi opowiadał, zajmował się domem i dziećmi, ona rozkręciła biznes. Gabinet rehabilitacyjny. Miała wspólniczkę i zarabiała coraz więcej pieniędzy. Przestała szanować mojego syna. Nic dziwnego, że miał depresję. Mówiłam aby ją zostawił, znalazł dobrą dziewczynę, zmienił pracę. Przecież był taki utalentowany. Nie chciał, rodzina była dla niego ważniejsza. W końcu się przeliczył. Ewelina wyrzuciła go z domu. W pracy się na niego uwzięli i też został wyrzucony. Natychmiast zaproponowałam, aby wracał do prawdziwego domu i matki. Choć nie wypadało, byłam szczęśliwa. Miałam syna przy sobie.

Pierwsze dni były dla Urszuli wspaniałe. Już nie bała się samotności i starości. Była pewna, że Piotr zaopiekuje się nią, była coraz słabsza, miała problemy z noszeniem, sprzątaniem. Synowa szybko wniosła sprawę o rozwód, zażądała alimentów dla dzieci. Piotr wytłumaczył matce, że właśnie dlatego nie pójdzie na razie do pracy, bo nie ma zamiaru płacić jej na luksusowe życie. Kobieta nie była do końca przekonana, ale uległa argumentom. Matka miała swoją emeryturę, oszczędności, na jakiś czas starczyło na nich obojga. Rozwód został zatwierdzony, dziewczynki dostały od ojca symboliczne alimenty. Mężczyzna nadal nic nie robił. Spał do południa, każdego dnia pił piwo, z trudem dawał się uprosić by przyniósł matce zakupy. Za pomoc musiała mu zapewniać alkohol. W domu nic nie robił. Było jak dawniej, matka gotowała, prała i sprzątała. On siedział przed telewizorem. Narzekał, przede wszystkim na żonę i kobiety.

- Gdy tylko robiłam mu jakieś wyrzuty wychodził trzaskając drzwiami - przyznaje Urszula. - Nie było mowy by poszedł do jakiejś pracy. Jemu było tak dobrze. Powoli dotarło do mnie, że jest alkoholikiem i skończonym leniem. Długo się zbierałam, w końcu zadzwoniłam do synowej. Zapytałam dlaczego stracił pracę, usłyszałam, że za alkohol. Był tak pijany, że usnął podczas lekcji. Uczniowie go nagrali. Z trudem zapytałam jakim był ojcem. No i usłyszałam, że córki się go wstydzą. Teraz są szczęśliwe, wolne. Ewelina wbiła mi szpilę. Stwierdziła, że już się syna nie pozbędę do śmierci. Piotr musi na kimś pasożytować. Tak go wychowałam, więc teraz mam. A ja zbyt późno zrozumiałam, że synowa ma rację…

Urszula postanowiła jednak działać. Chce, żeby Piotr poszedł na terapię i zabrał się do jakiejś roboty. Nie wie, czy jej się to uda.

- Może nie czas na wychowywanie dorosłego faceta – mówi. - Ale lepiej późno niż wcale.

 

 

Tagi:

syn ,  matka ,  życie , 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót