Adam Stern – student psychiatrii państwowej uczelni medycznej – został zakwalifikowany do jednego z najbardziej prestiżowych programów rezydenckich w kraju. „Złoty rocznik” – tak nazwano grupę wybrańców, wśród których znalazł się Adam. Wydział pokładał w młodych psychiatrach olbrzymie nadzieje, i nie bez powodu: rekrutowali się oni z elitarnych uczelni i już na tym etapie kariery mogli pochwalić się znaczącymi osiągnięciami. Co więcej, Adam wychowywał się w rodzinie lekarskiej. Onieśmielony młody stażysta staje więc przed trudnym zadaniem: musi udowodnić – sobie i innym – że jego obecność w harwardzkim kampusie nie jest jedną wielką pomyłką.

W swoim pamiętniku Adam opisuje intensywne i trudne emocjonalnie lekcje, jakie on i jego koledzy odebrali podczas wyczerpującego czteroletniego stażu, pomagając pacjentom odnaleźć lepsze życie. Doświadczyli przy tym miłości i straty, poczucia więzi i beznadziei, smaku porażki i radości sukcesu.

Przeczytajcie tę bardzo osobistą i poruszającą opowieść o drodze, jaką musi pokonać psychiatra, by móc nieść skuteczną pomoc osobom dotkniętym rozmaitymi zaburzeniami psychicznymi, przy okazji próbując poukładać swoje własne zagmatwane życie osobiste. Stern na naszych oczach staje się lepszym lekarzem… i lepszym człowiekiem.

Ta jednocześnie zabawna i dramatyczna książka zdradza, co naprawdę trzeba zrobić, by zostać psychiatrą. – „People”

Hipnotyzująca... Stern poruszająco i z czułością portretuje swoich pacjentów, którzy zmagają się ze wszystkimi możliwymi zaburzeniami: od paranoi, przez anoreksję, po ciężką depresję… Empatyczna i szczera. – „Publishers Weekly”


O autorze

Adam Stern jest psychiatrą w Beth Israel Deaconess Medical Center i adiunktem psychiatrii w Harvard Medical School. O swoich doświadczeniach zawodowych pisywał m.in. w „New York Timesie”, „Boston Globe”, „New England Journal of Medicine”, „Journal of the American Medical Association” i „American Journal of Psychiatry”. Mieszka z rodziną niedaleko Bostonu.

 

Adam Stern, Z pamiętnika początkującego psychiatry

przełożyły: Iwona Michałowska-Gabrych, Patrycja Zarawska

wydawnictwo Insignis

 

Fragment:

 

Witamy w Longwood

 

Staliśmy w salce pacjenta na samym końcu oddziału zamkniętego na kampusie medycznym w Longwood. Luźne zasłony przepuszczały z zewnątrz światło latarni, ale i tak w pomieszczeniu było dość ciemno. Miałem wielką nadzieję, że nikt oprócz mnie nie jest świadom, jak bardzo pulsuje w moich żyłach adrenalina. Otaczali mnie trzej ochroniarze, z których jeden zdawał się ziewać mi do ucha, gdy patrzyłem na liczącego nie więcej niż dwadzieścia lat młodego człowieka przyjętego na oddział w stanie psychozy. Jego świat nie znajdował wspólnego języka z rzeczywistością, a instynkt lub przerażające wizje kazały mu wspiąć się na wysoką na niecałe dwa metry komodę, na której kucał w całkowitym bezruchu.

– Zejdź – powiedziałem cicho. – Chcemy ci pomóc.

– Jesteś agentem. Agentem szatańskiego CIA – odpowiedział.

– Proszę – namawiałem go jeszcze łagodniej. – Musisz zej…

Nim dokończyłem, skoczył w naszą stronę.

Dwaj ochroniarze przechwycili go w powietrzu, bezpiecznie – choć nie bezgłośnie – sprowadzili na ziemię i trzymali, póki pielęgniarka, która błyskawicznie weszła do sali z gotową strzykawką, nie dała mu w pośladek zastrzyku uspokajającego.

– Przykro mi, że to się stało – powiedziałem, klękając na podłodze i próbując nawiązać z nim kontakt wzrokowy. – Rozpracujemy to razem.

Odprowadzono mężczyznę do izolatki i zgodnie z prawem stanu Massachusetts oraz mglistą etyką postępowania w przypadku bezpośredniego zagrożenia bezpieczeństwa przywiązano go do ramy łóżka. Obserwowałem to z odległości dwóch i pół metra.

Ktoś szturchnął mnie w żebro.

– Pierwszy raz? – Podniosłem wzrok i zobaczyłem pielęgniarkę. – Z czasem będzie łatwiej.

– Nie wiem, czy chcę, żeby było łatwiej.

– W takim razie sam pan sobie szkodzi. – Westchnęła i zwiesiła ramiona. – Chodźmy, doktorze. Mamy mnóstwo papierów do wypisania i troje nowych pacjentów do obejrzenia.

Miesiąc wcześniej

– Widziałaś kiedyś coś takiego? – zapytałem tonem zdumionego dziecka.

Eliana rozejrzała się i pokręciła głową.

– Chyba nie ma drugiego identycznego miejsca. – Wbiła wzrok w mój harwardzki identyfikator.

– Nazwa tej uczelni przy nazwisku wywiera na mnie straszną presję – wyznałem.

– Na szczęście jesteś bahdzo hezolutny – odparła z przesadnym bostońskim akcentem.

Uśmiechnąłem się potulnie i dalej lustrowałem wzrokiem główny dziedziniec Harvard Medical School.

– To miejsce należy do ludzi znacznie bardziej rezolutnych niż ja.

 

Miejscowi nazywają czasem harwardzki kampus i okoliczne budynki mekką medycyny. Na pięciu kwartałach mieszczą się tam bowiem tak szacowne instytucje jak Beth Israel Deaconess Medical Center, Brigham and Women’s Hospital, Boston Children’s Hospital czy Dana Farber Cancer Institute. To epicentrum odkryć i dokonań w bionauce. Wielu znanych naukowców związanych z medycyną wcześniej czy później przewinęło się przez ten kampus. Nie da się uciec od poczucia majestatu, zwłaszcza że niemal wszystko wokół, od ścian po barierki i schody, pokryte jest marmurem.

Prawdopodobnie nie powinienem był spacerować tamtędy w czerwcu ze swoją od niedawna byłą dziewczyną. Po spędzonych razem czterech latach college’u i studiów medycznych wciąż zostało nam wiele przyzwyczajeń i chwilami łatwo było zapomnieć, że się rozstaliśmy. W ciągu poprzedniego roku zrywaliśmy ze sobą parokrotnie, ale ostateczny cios naszemu związkowi zadał fakt, że dostałem się na rezydenturę do Harvardu, podczas gdy ona układała sobie życie w Nowym Jorku. Miło, że mnie odwiedziła, gdy zaczynałem się zadomawiać w nowym miejscu, ale jej wizyta jeszcze wzmogła moje poczucie niepewności związane z zaczynaniem wszystkiego od nowa samotnie w miejscu tak przytłaczającym jak Harvard Medical School.

Nigdy w życiu nie czułem się tak mały i kruchy jak wtedy, gdy po raz pierwszy szedłem tamtym dziedzińcem. Kruszące się cegły i wyblakły beton, do których przywykłem na dawnej uczelni, ustąpiły miejsca przepychowi. Dopiero później miałem odkryć, że i na Harvardzie można znaleźć obłupane cegły, tyle że nie na pierwszym planie, a w starszych skrzydłach budynków, nie przypadkiem zajmowanych przez niedofinansowany oddział psychiatryczny centrum medycznego.

Był to mój trzeci dzień w Bostonie, ale dotąd nie przespałem w całości żadnej nocy. Nerwy miałem w strzępach. Nikogo nie znałem. Nie miałem nawet pojęcia, co to znaczy być psychiatrą z Harvardu. Nie mogłem się pozbyć poczucia, że algorytm decydujący o tym, dokąd przydzielić kandydatów, potwornie się pomylił. Ukończyłem Upstate Medical University na State University of New York – wspaniałej uczelni w Syracuse, o której jednak niewiele osób w Bostonie w ogóle słyszało, więc zakładałem, że moje miejsce w rankingu nie będzie zbyt wysokie. Sama nazwa uczelni – Upstate – była tak znamienna, że niektórzy sądzili, iż ją zmyśliłem…

Tagi:

książka,  psychiatra, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót