Miłość, jak podaje Wikipedia, jest typem relacji międzyludzkich. W chrześcijaństwie definiowana jako „dążenie bytu do dobra”, uważana za najważniejszą cnotę oraz sens życia człowieka. Rodzimy się, żyjemy i umieramy albo otoczeni miłością, albo cierpiący z powodu jej braku. Szukamy, czekamy, wypatrujemy jej na każdym kroku. Poświęcamy wszystko dla miłości. Tylko dlaczego, skoro raz ją zdobędziemy, odkryjemy, przypieczętujemy, ślubujemy, bardzo szybko zapominamy, że była podstawą działania? Dlaczego zapominamy, jak było na początku? Co takiego sprawia, że zaczyna nas nużyć? 
 
Od dzieciństwa przyglądamy się związkom innych. Najpierw z zachwytem, potem z zazdrością, a w końcu pełni rozczarowania i rozgoryczenia. To wszystko miało być wspaniałe, wypełniać wszystkie braki życia. Okazywało się często kłamstwem, zwykłą przykrywką, towarem na pokaz, w końcu towarem deficytowym. Przychodzą pytania o sens przyszłego szczęścia, śnionego pod dziecięcymi powiekami. Czy po to przez chwilę przeżywałaś szczęście, żeby zostały już tylko wspomnienia? Poważnie? To o to tyle krzyku? Tyle pragnień? Żeby na końcu zostać z pustymi rękami? Z pustym sercem? Z żalem pod pachą?
 
Wiele energii i wysiłku wkładamy w pracę, w zarabianie pieniędzy, żeby stać nas było na życie, na mieszkanie, dom, samochód, wakacje. Gdzieś po drodze zapominamy, że drugi człowiek, który zasypia obok nas, też potrzebuje uwagi. Zapominamy, że jedyne co mamy, to chwile, i tylko od nas zależy, jakie one będą. Przydarzają się cały czas, a większość z nich upychamy pomiędzy jedno a drugie tykanie godziny, czekając na te, które dopiero mają nadejść. Roztrwaniamy te, które właśnie trwają, usychają, blakną, przemijają. Jakby ich nigdy nie było. Pozostają w kolejnej zmarszczce przy oku.
 
W dzisiejszym świecie łatwo zapomnieć, że życie składa się właśnie z takich fragmentów, które czasem nawet nie pasują do siebie, odstają na brzegach, jak źle dobrane elementy puzzli. Czasem poszarpane i pourywane. Przerwane w pół słowa, w pół gestu, w pół krzyku. Wszystkie zwycięstwa i wszystkie porażki to chwile powstałe z innych momentów, z raptownych pragnień,  niechęci. Wszystkie łzy i wszystkie uśmiechy to chwile zatrzymane na zdjęciach życia. Wcale nie wyretuszowane i niedoskonałe, ale wyjątkowe, bo nasze, własne. Stanowią zapis wszystkich porażek i zwycięstw, które nas ukształtowały, doprowadziły właśnie do tego miejsca.
 
Takie mamy czasy, że wszystko trzeba ulepszać, upiększać, wystawiać na pokaz, ścigać się w liczbie „łapek w górę”. Więcej czasu spędzamy patrząc w twarze znajomych z pracy, obcych ludzi na ekranie telefonu, niż w twarz człowieka, bez którego kiedyś nie wyobrażaliśmy sobie życia.
 
Anna Kotlarek, w swojej książce Rozwód z samym sobą podsumowuje, że po latach małżeństwa ludzie mają wszystkie sprawy wspólne i są sobie tak obcy, jak to tylko możliwe. Życie toczy się każdego dnia na swoich „kulawych nogach”. Czasem przynosi jakieś wzruszenia. Żadne z was ani nie szuka siebie, ani nie oczekuje od siebie niczego ponad wspólne codzienne posiłki.
 
Książka jest zapisem wielu historii różnych kobiet i mężczyzn, zastanych w chwili załamania, które wcale nie pojawia się nagle, ale do którego bohaterowie dochodzili latami. Ludzi, którzy zapomnieli, dlaczego kiedyś przysięgali sobie bycie razem na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Historie złożone z emocji, żalu i wściekłości, przepełnione goryczą, w poczuciu zmarnowanego życia. W punkcie, w którym trudno pamiętać to, co było najlepsze.
 
Prowadzi nas od wspomnień pełnych młodzieńczego zapału i wiary, poprzez fale żalu i zawodu, poczucia bezsilności. Zmierza do ukazania tego, że największa siła drzemie w nas i z nas pochodzi. Nikt cię nie uratuje, jeśli nie zobaczysz siebie prawdziwego. Kiedy spoglądasz w lustrze i widzisz zmęczonego, zagniewanego człowieka, to dokładnie tak samo dostrzeżesz innych.
 
Tytułowy rozwód, jest zrezygnowaniem z tego wszystkiego, za czym się schowaliśmy. To rozwód z wszystkimi narzuconymi rolami i cudzymi oczekiwaniami. Wciąż niesiesz swoje role córki, wnuczki, siostry, żony, matki, synowej, przyjaciółki. Robiąc, ile możesz, żeby je wypełnić i wciąż słyszysz: „Weź jeszcze moją! Ja jej nie chcę. Ja nie nauczyłem się. Mnie się nie chce nauczyć. Wystąpiłem raz i nie udało mi się. Nie będę tego więcej grał. Weź moją rolę męża i ojca. Ja zostawię sobie tyko rolę syna.
 
Tylko jak zdjąć z siebie te wszystkie warstwy, które zamiast ciepła i ochrony, dają tylko samotność, ból i złość? Jak rozwieść się z emocjami, które rodzice pokazywali? Odnaleźć siebie. Masz być sobą. To największe przykazanie. Tylko i aż, bo droga do siebie samego okazuje się najtrudniejszą wyprawą na nieznane wody. Autorka nie daje żadnej recepty na szczęśliwe zakończenie, bo każdy ma swoją wersję własnej bajki. Mimo to, po przeczytaniu książki, człowiek czuje w sobie siłę do działania, do wyjścia ze skostniałych schematów ofiary życia. Zaczyna wierzyć, że każdy zdobywa świat po swojemu. Każdy podnosi się z kolan po swojemu.
 
Książka, wprawdzie zawiera początek i koniec, ale można ją również czytać dowolnie Spoiwem łączącym wszystko są upadki w związkach. Czy pamiętasz, kiedy zaczęliście upadać? Zaczęło się znienacka i cicho, czy od razu głośno i bez żadnych reguł? Pytania o sens zdrady. Odejścia od rodziny. Ucieczki od problemów. Porzucenia partnera dla kogoś innego, nowego, kogo nie zawiodło się wiele razy i kto nie ma jeszcze pretensji o milion spraw. Łatwo jest być miłym dla kogoś, kto nie zna ciebie od tylu lat i widzi tylko powłokę wszystkich rozdarć i pęknięć.
 
Ile cierpień można by uniknąć, gdyby każdy zaczął od wyprawy w przeszłość? Pobiegł trochę do tyłu, a potem wzdłuż swojego życia. Zatrzymał się na chwilę i przyjrzał, jak było. Zobaczył siebie i człowieka, którego mija codziennie. Następnie z całą tą wiedzą wyprzedził siebie i pobiegł w przyszłość, w której zamienił partnera na kogoś innego. Gdzie czuje się szczęśliwy i spełniony, ale przecież w przeszłość było tak samo. Dopóki tego pierwszego zachwytu nie zaczęły ubierać problemy, zaniedbania, niechcenia i żale. Zatoczyłeś koło. Myślisz, że zmieniając tylko jedną osobę w równaniu, zmienisz przyszłość? Biegnij. Węsz. Szukaj. Czy jutro będziesz tak samo kochać człowieka, który dziś nie zdążył cię jeszcze zranić i nie posypał soli na tę ranę? Przecież już tam byłeś. Twoja przeszłość jest twoją przyszłością. Możesz dojść o wiele dalej, zmieniając tylko siebie. 
 
Tą zmianą może być właśnie przypomnienie sobie pierwszego spotkania, radości, uczucia miłości do tej osoby, której twarz po kilku wspólnych latach częściej wykrzywia grymas nienawiści. Oczu, które patrzą z pogardą, ale przecież coś do tego doprowadziło. Coś się stało. Byłeś tam. Widziałaś to. Cofnij, przewiń, a potem jeszcze raz i jeszcze. Poszukaj wzoru na rozpad. Dokop się do pierwszego oddalenia. Zacznij od pierwszych oczekiwań i braku zgody. Zacznij od pierwszych rozczarowań, bo to właśnie tam, za każdą wielką kłótnią o drobnostkę, która pozornie nic nie znaczy, stoi milion innych drobnostek, które urosły wzmocnione ciągłymi powtórzeniami. Każda drobnostka przypomina wielką sprawę z dzieciństwa, z życia z innym człowiekiem. Milion spraw stojących za jedną, nic nieznaczącą, powoduje eksplozję, której nie sposób zatrzymać, która przyniesie zniszczenia, pożar i zgliszcza. 
 
Nie masz wpływu na drugiego człowieka i jeśli milion razy prosisz o to samo, to w końcu zaczynasz robić to samemu, ale w sercu pozostaje zadra i następnym razem od siebie dasz mniej. Przecież kiedyś było odwrotnie, pamiętasz? Zaraz na początku. Każdego dnia chciało się dawać więcej i więcej. Twój związek rósł i rozkwitał każdego dnia. I nagle zaczął się jakiś ruch wsteczny. Nagle „czułość za czułość” zmieniła się w „wet za wet”. 
 
Wydaje nam się, że jeśli już z kimś żyjemy, to posiadamy go na własność, zapominając, że każdy przychodzi ze swoją walizką. Każdy niesie swój ciężar. Umiemy patrzeć tylko z własnej perspektywy i zapominamy, że druga strona robi to samo. Nawet wasze oczy mają różny kolor, więc jak możecie widzieć tę samą rzecz tak samo? Siedzicie na różnych krzesłach. Chodzicie na własnych nogach. Macie dwa różne serca i dwie różne wątroby, przez które przetacza się złość i żal za różne winy.
 
Sama okładka książki - lustro - ma głęboką wymowę symboliczną. Wszystko co dostajemy od drugiego człowieka, jest tym, co dajemy sobie samym. Spójrz na siebie tak, jak chcesz, aby drugi człowiek spostrzegał cię. Trzeba najpierw samemu zobaczyć, żeby zostać zobaczonym. Przypomnieć sobie wszystkie swoje grzechy i przewinienia. I te z nieuwagi, i te z zapomnienia, i te z wściekłości, i te, których najwięcej – z poczucia niekochania.
 
Trzeba spojrzeć w lustro, zobaczyć siebie, a nie wciąż patrzeć na cudze osiągnięcia, cudze marzenia. Kiedy biegniemy za innymi wciąż upadamy, ale rzadko dostrzegamy to, o co się potknęliśmy, bo wciąż chcemy komuś dorównać, kogoś prześcignąć. Przecież chodzi o to, żeby pamiętać o sobie, żeby wiedzieć, dokąd się idzie. Nie rozpytywać o drogę, ludzi tak samo pogubionych. Trudno znaleźć własną ścieżkę, bo nikt nią wcześniej nie przechodził. Twojej drogi nikt jeszcze nie oświetlił jasnym płomieniem. Na twojej drodze nikt jeszcze nie upadł. Na twojej drodze nikt jeszcze nie płakał. Twoja droga nie wprawiła jeszcze nikogo w zachwyt.
 
Każdy z nas ma swoje sprawy do uprzątnięcia, dlatego w związku czasem ktoś wdrapuje się na strych, a ktoś sprząta piwnicę. Każdy potyka się o własne wspomnienia. Zapominamy, że każde szło do siebie z różnych stron. Zapominamy, że wcale nie szukaliśmy siebie, żeby się znaleźć.
 
Rozwód z samym sobą, jest jak rozwód z drugim człowiekiem: czasem jest źle i czasem brakuje tchu.  Czasem nie ma się sił, żeby wstać. Ale kiedy już się wstaje, ma się najlepsze widoki w pierwszym rzędzie własnego życia.
 

Tagi:

książka,  psychologia,  związek, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót