- U mnie jeden ruch przerwał złą passę. Można wierzyć, można nie wierzyć. Ja prawie uwierzyłam, bo byłam bliska rozstroju nerwowego. I chyba w ten sposób ocaliłam też swoje małżeństwo – opowiada Mela.

 

Generalnie jest osobą twardo stąpającą po ziemi i daleko jej od duchowych uniesień. Ma odpowiedzialną pracę, w pracy nikt o całej historii nie wie, bo pewnie Mela straciłaby na autorytecie. Od lat bez problemu porusza się w świecie zarezerwowanym zwyczajowo dla mężczyzn. Tu nie ma miejsca na magię i zaświaty.

 

- I ja do niedawna też taka byłam. Racjonalna, szkiełko i oko. Ta historia nie daje mi jednak spokoju. Bo jakoś trudno mi uwierzyć, że to tylko zbieg okoliczności – mówi Mela.

 

Pech ciągnął się za nią prawie dwa lata. Dokonał niezłego spustoszenia i finansowego i psychicznego. Zaczęło się od zalania prawie nowej kuchni. Ledwie rok wcześniej skończyli remont, kiedy Mela zobaczyła jak spod szafek wypływa woda. Nie gwałtownym strumieniem delikatną strużką.

 

- Zamarłam, okazało się, że pod szafkami jest cała kałuża. Na szczęście nie mamy sąsiadów, bo mieszkamy w domu jednorodzinnym, inaczej pewnie do nich woda by przeciekła – mówi Mela.

 

Trzeba była świeżo zamontowane szafki rozmontować. Okazało się, że w ścianie pękła rura i był przeciek. Woda musiała sączyć się dość długo. Zniszczyła część tyłów szafek, ozdobna listwa przy podłodze też była do wymiany. W domu znowu bałagan, prawie taki sam jak przy remoncie całej kuchni. No i oczywiście wydatki.

 

Jakiś miesiąc później Mela miała stłuczkę. Głupią, z jej winy, ale skasowała bagażnik. Wyjeżdżała z garażu, nie zauważyła, że sąsiad wytoczył z posesji pojemnik na śmiecie.

 

- Jest taki martwy punkt, jak patrzysz we wsteczne lusterko. No ja nic nie widziałam, otrzeźwił mnie huk. Samochód był wzięty z salonu pół roku wcześniej – wzdycha Mela ciężko.

 

Naprawa poszła z AC, oczywiście problemy, formalności, których Mela nie znosi i składka na ubezpieczenie wzrosła.

 

Potem zginęła jej ulubiona złota bransoletka, którą dostała kiedyś na urodziny od mamy. Praktycznie się z nią nie rozstawała, kiedy nagle w domu zauważyła jej brak na ręku.

 

- Nosiłam ją razem z zegarkiem, ja w zegarku śpię, pływam, kąpię się. Nawet nie zauważyłam, kiedy mogła się zsunąć. Przeszukałam cały dom, bezskutecznie. A to był mój taki talizman – opowiada Mela.

 

Wszystkie te wydarzenia działy się dość szybko po sobie. Były też jakieś drobiazgi, a to stłukła się ulubiona filiżanka, a to mąż przypalił nową płytę kuchenną, bo na gorącej powierzchni rozsypał mu się cukier. Zepsuł się wcale nie stary telewizor, pralka odmówiła posłuszeństwa.

 

- No miałam tego dosyć, nawet jakieś takie myśli miałam, że chyba ktoś na mnie rzucił jakąś klątwę. Ale to był dopiero początek – opowiada Mela.

 

Jakiś czas później syn złamał nogę, fatalnie, z przemieszczeniem. Musiał mieć operację, potem gips, długa rehabilitacja. To już Melę tąpnęło dość mocno, bo jej syn uprawia sport i noga w gipsie wykluczyła go z treningów i zawodów.

 

- No i dał nam to odczuć dość boleśnie. Brałam to na karb jego rozczarowania, że plany się posypały. Ale ten okres i jego zachowanie wówczas to była masakra. A ja i tak byłam kłębkiem nerwów. W pracy sypnął nam się duży kontrakt, ciągle były jakieś nerwy. Można rzec, normalne, ludzkie sprawy, ale tego było bardzo dużo. Od drobiazgów po bardziej poważne rzeczy – mówi Mela.

 

Prześladujący ją pech odbił się na relacjach z mężem. Ona ciągle podminowana, on też miał takiej atmosfery dosyć. Z dobrze funkcjonującego małżeństwa zaczęli zamieniać się w warczącą na siebie nieustannie parę. Był nawet taki moment, że mąż zaczął przebąkiwać o rozstaniu.

 

- I ja wtedy powiedziałam sobie dość, muszę coś z tym wszystkim zrobić. Szczególnie, że ciągle coś szło nie po mojej myśli – opowiada Mela.

 

Jako osoba nad wyraz racjonalna, poszła do psychologa. Tylko co psycholog mógł jej powiedzieć o znikających ulubionych przedmiotach czy powtarzających się w domu awariach. Mela pogadała o synu o mężu, dowiedziała się, że powinna się relaksować, chodzić na jogę, zacząć medytację. Nawet miała taki zamiar, ale kilka dni po tej wizycie zniszczyła swój ulubiony sweter w praniu.

 

- Zagapiłam się i nastawiłam pranie na 60 stopni. Do dziś nie wiem, jak to możliwe, wyciągnęłam sfilcowaną, pokurczoną szmatkę. I miałam wrażenie, że ten sweter śmieje się ze mnie – opowiada Mela.

 

Ma przyjaciółkę, która lubi ezoterykę, ciągle szuka czegoś na ten temat, bywa u rożnych wróżek i szeptuch. Mela zawsze śmiała się z jej opowieści, znają się jak łyse konie i nie mają z tym problemów. Przyjaciółka zawsze Meli wytykała, że ta ma ograniczone spojrzenie na życie.

 

- Ile myśmy toczyły przy winku takich dyskusji. Ja obstawałam przy swoim, ona przy swoim. Oczywiście znała moje problemy, ale ja je jak zwykle racjonalizowałam. Ona czasami próbowała mi to wyjaśniać w jakimś innym aspekcie, ale ja zawsze machałam ręką. W końcu postanowiłam Kaśki wysłuchać – mówi Mela.

 

Przyjaciółka nie czuła się na siłach problemów Meli rozwiązać, ale podrzuciła pomysł, żeby Mela poszła do wróżki. Mela odwiedziła nawet kilka rożnych takich osób, niestety z marnym skutkiem.

 

- Oplatały jakieś banialuki, wyrzucone pieniądze w błoto. No ale Kaśka się nie poddawała. Mówiła, że wiele osób niestety zwyczajnie oszukuje, że mają pojęcie o jakiejś magii i ja pewnie tak trafiłam. Postanowiła, że nie będę więcej wydawać pieniędzy na darmo. Że sama zrobi rozeznanie w necie, poszpera i poszuka, jak tę złą passę przerwać – opowiada Mela.

 

Kaśka szukała, Mela dalej czekała na kolejne niepowodzenia. Zaczęła już nawet łykać ziołowe tabletki na uspokojenie, bo do szału ją doprowadzały jakieś codzienne, niemiłe zdarzenia.

 

- Takie niby nic, a jednak. Kupiłam sobie nową torebkę, drogą jak cholera, żeby sobie humor poprawić. Miała taki piękny, ozdobny frędzel ze skóry, taki brelok, na tym jej urok był cały. Była w papierowej torbie, postawiłam ją u siebie w gabinecie na podłodze. Pies mi ten dzyndzel wymemłał, bo mu podpasował jako zabawka. No odgryzł go zupełnie, torebkę uświnił. Nigdy dotąd niczego takiego nie robił, nigdy żadnej szkody. Załamka, torebka do wyrzucenia – opowiada Mela.

 

Wreszcie Kaśka zadzwoniła, że muszą się spotkać. Mela pojechała do przyjaciółki pełna ciekawości.

 

- Bo już wtedy nawet ja zaczęłam wierzyć, że to musi być jakaś magia, że to niemożliwe, że to wszystko przypadki, szczególnie po tej torebce – wyjaśnia.

 

Kaska cała rozgorączkowana zaczęła opowiadać o hunie.

 

- To stara hawajska mądrość, oznacza dokładnie tajemnicę. Mówi, że wszystko składa się z jednej energii, a my wpływamy na świat wszystkim, co robimy, a świat wpływa na nas. Działania ludzi – nawet tych obcych, których nigdy w życiu nie spotkamy, pośrednio mają odbicie w naszym życiu – tłumaczyła przyjaciółce.

 

Sięgała do zapisków i opowiadała, jak Morrnah Nalamaku Simeona, która jako pierwsza opisała i przekazała stare hawajskie nauki ludziom Zachodu, bardzo wiele uwagi przywiązywała do przedmiotów, które zmieniają właściciela. Uważała, że zawsze idzie za nimi energia i jeśli w domu nagle dzieje się coś złego, należy sprawdzić co nowego i skąd do nas przybyło. Jej uzdrawianie miejsc, w których dochodziło do nieszczęść w dużej mierze opierało się na szukaniu przedmiotu ze złą energią. W końcu Kaśka zapytała Melę, czy przed pasmem tych wszystkich problemów przyniosła do domu coś nowego.

 

- Kaśka opowiadała, jak na jakiegoś bogacza nieszczęście spadło, gdy dostał w prezencie jakieś drogie, stare pióro. A Simeona odkryła, że tym piórem posługiwał się wiele lat wcześniej jakiś bodajże handlarz niewolników, który zdobył majątek na krzywdzie ludzkiej. Zrobiłam szybko przegląd w głowie. I eureka! Jakieś dwa miesiące wcześniej przed tym pechem, kupiłam piękny, stary wazon od koleżanki, która likwidowała mieszkanie po zmarłej ciotce – mówi Mela.

 

Kaśka co prawda dodała, że nie każda rzecz niesie złą energię, że nie należy bać się zakupów antyków. Jednak gdzieś tam doczytała, że jak nie wiemy, skąd jest zakupiony przedmiot, warto go najpierw oczyścić ze złej energii na wszelki wypadek. Nawet kadzidełkiem. Ale ten konkretny wazon kazała Meli rozbić na kawałki, wynieść daleko od domu i zakopać. Nie dawać nikomu, nie próbować oczyszczać, nie ryzykować, bo znowu przyniesie nieszczęście! Meli żal było wazonu, prawdziwy Rosenthal, warty obecnie prawie 3 tysiące złotych. Ale stwierdziła, że trudno, zaryzykuje, bo i tak straciła już znacznie więcej.

 

- Może to głupie, ale wyniosłam ten wazon po kryjomu do ogrodu, potłukłam go młotkiem. Potem zawiozłam za miasto i zakopałam w lesie skorupy – opowiada Mela.

 

Zadzwoniła też do koleżanki, od której wazon kupiła. Zapytała o ciotkę. Okazało się, że była bardzo nieszczęśliwą kobietą, choć dość majętną. Mąż od niej odszedł. Jej syn miał poważny wypadek, nie mógł chodzić, potem zmarł dość młodo. Ciotka umarła samotna, dlatego koleżanka dostała wszystko w spadku.

 

- Zapytałam koleżankę, czy coś sobie zostawiła z pamiątek po ciotce. A ona na to, że nie lubi antyków, trochę rzeczy kupili znajomi, wszystko potem sprzedała hurtem do jakiegoś komisu. No ja już o tych znajomych wolałam nie pytać, choć może ta zła energia wazonu była wcale nie od ciotki, a od kogoś wcześniej??? – zastanawia się Mela.

 

Ale od momentu wyrzucenia wazonu, w domu wszystko powoli wróciło do normy. Skończyły się pechowe wydarzenia, Mela odetchnęła pełną piersią, z mężem też ma już inne relacje.

 

- Więc może to naprawdę te nieszczęścia przyszły do mnie z zaświatów? Ja mówię, jak było, co wcale nie oznacza, że sama w to wierzę do końca. I na koniec najlepsze, znalazłam bransoletkę od mamy! Leżała w szufladzie, gdzie trzymam jakieś takie rupiecie. Ona się ciężko wysuwa, zawsze wkładam tam rękę głęboko, żeby coś wyciągnąć. Musiała mi się zsunąć. I co ty na to? - pyta Mela retorycznie.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imiona i niektóre szczegóły zostały na prośbę bohaterki zmienione.

Tagi:

pech,  huna,  energia,  magia, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót