- Bo daleko od domu i ta niepewność co dalej – wzdycha ciężko Julia. Ale trze cebulę do marynaty na szaszłyk. Bo Wielkanoc to dla nich najważniejsze święto. Data Wielkanocy prawosławnej wyznacza jest tak samo, jak w Kościele katolickim, po pierwszej wiosennej pełni Księżyca. Tylko że zgodnie z kalendarzem juliańskim, a nie gregoriańskim. Stąd prawosławni Wielkanoc mają tydzień od katolików później.

- Najważniejsze i najdroższe święto. Kupujemy wówczas najlepsze jedzenie i musi być dużo, spędzamy święta u babci, w rodzinnym gronie. Teraz też jesteśmy w rodzinie, ale pierwszy raz poza domem – tłumaczy Anastazja.

 

Anastazja robi foremki na paskę.

 

Mieszkają w Dnieprze. To miasto na wschodzie Ukrainy, kiedyś nazywało się Dniepropietrowsk. Prawie milion mieszkańców, czwarte co do wielkości. Rosyjskojęzyczne.

 

- Tak, mówimy po rosyjsku, choć oczywiście znamy też ukraiński. To historyczne zaszłości. Ale czujemy się Ukrainkami i nic nas z Rosją nie łączy – podkreśla nestorka rodu, Nadieżda. Ona sama urodziła się jeszcze za ZSRR, w Abchazji, jej matka była Ukrainką. Opowiada, że wtedy ludzie się bez problemu mieszali, zmieniali miejsce zamieszkania, pochodzenie nie było takie istotne. Dlatego dla nich bez znaczenia było czy mówią po rosyjsku czy po ukraińsku. Teraz trochę jednak żałuje, że ich językiem jest rosyjski.

 

- Ale to nie tak, jak myślał Putin, że my czekamy na jego wojsko. My chcemy być u siebie, żyć w wolnej Ukrainie, nie chcemy tej wojny – dodaje Nadieżda.

 

Zresztą w wojnę nikt nie wierzył, prawie do samego końca. Co prawda w mediach podawali, że Rosja się szykuje, że grupuje swoje wojska. Ale wszyscy żyli w przeświadczeniu, że Putin się nie odważy. One same wyjechały z Dniepra dopiero 11 marca.

 

- U nas niby spokój, ale trzy rakiety uderzyły, były alarmy bombowe, schodziliśmy do schronów. Mamy małe dzieci i szybka decyzja – pakujemy się i jedziemy. Najpotrzebniejsze rzeczy. Zabrałam dwójkę dzieci i dwie małe torby. Mąż został w Dnieprze – opowiada Anastazja.

 

Anastazja z synkiem.

 

Julia przyjechała z mężem, bo mają trójkę dzieci. Dzięki temu pozwolono mu wyjechać. Mąż znalazł już pracę, dojeżdża do Lublina. Rodzina zamieszkała w domu weselnym pod Lublinem. Jego właściciel nic od nich za mieszkanie i jedzenie nie bierze. Zanim tu jednak trafili i zebrali się razem, pojeździli trochę po Polsce. Byli i w Poznaniu, spali na arenie cyrkowej. Potem byli w Ostrowie Wielkopolskim. Warunków tam jednak też nie było, znaleźli się w szkole, były piętnastoosobowe sale.

 

- Gdyby dali nam jedną, może jakoś by było, ale na każdej było kilka miejsc wolnych - mówi Anastazja.  Zadzwoniły do człowieka poznanego w Chełmie, ściągnął je w lubelskie, rodzina sprowadziła jeszcze babcie i ciotkę.

 

- Jesteśmy tu w 14 osób, 7 dorosłych i 7 dzieci, warunki mamy dobre, nie narzekamy. Tylko za domem się tęskni – smętnie mówi Julia.

 

Julia zajmuje się mięsem.

 

Trze cebulę na marynatę do szaszłyka, łzy lecą po twarzy. Może od cebuli, może od smutnych myśli? Ale Wielkanoc będzie jak się patrzy. Irina wyrabia ciasto na paskę, słodki, drożdżowy chlebek, czasami z rodzynkami lub żurawiną w garnku gotują się jajka, bo będą robione pisanki.

 

Irina wyrabia ciasto na paskę.

 

- Tylko święcić nie pójdziemy, bo do cerkwi daleko. U nas w domu idzie się święcić w Wielką Sobotę o północy, ludzie stoją z koszykami wokół cerkwi. Paska w koszyku jest obowiązkowa, tak jak jaka i świeca. Reszta każdy wkłada do koszyka, to co tam chce. Zanim koszyka się nie poświęci, to i jeść nie wolno. A potem nawet w nocy niektórzy już jedzą. U nas nazywa się to „razgowlienie”, czyli łamanie postu – opowiada Nadieżda.

 

To u niej zawsze zbierała się cała rodzina, a stół się od różnych dań wręcz uginał. Teraz będzie nieco skromniej.

 

Trwają przygotowania do świąt.

 

Kobiety robią swoje, rozmawiamy o polityce, bo od niej się w tej sytuacji nie ucieknie. Julia wspomina prezydenta Janukowycza, bo jej zdaniem, za jego czasów było najspokojniej, praca była, problemów takich nie było. Ale Katia z Marią, ukraińskie studentki z Lublina, które pojechały ze mną w odwiedziny, gdyby zawiódł mój rosyjski, natychmiast protestują. Janukowycz był za Rosją, nie było wolności słowa, a Ukraina chce do Europy, nie do Rosji.

Maria i Katia przyjechały ze mną, żeby pomóc w tłumaczeniu.

 

To stąd był przecież Majdan i rewolucja na Ukrainie. A potem w 2014 roku Putin Krym zajął.

 

- Bez jednego wystrzału, kazał tym, co nie chcą zostać wyjechać na Ukrainę. A wiele osób chciało być przy Rosji, to na Krymie zostały. I zrobili referendum, mówią, że sfałszowane. Ale co my tam, zwykli ludzie wiemy – mówi Julia. Dlatego ona sama na początku myślała, żeby Putin zabrał sobie ten korytarz do morza, na tej samej zasadzie, żeby ludzie nie ginęli. Inne kobiety protestują natychmiast, bo nie wierzą, żeby tak się mogło skończyć.

 

- I tak by po nas przyszedł – komentuje Nadieżda.

 

- Ja też teraz tak nie myślę, nie po tym co nam Rosjanie zrobili, nie po Buczy, Charkowie, Irpieniu, Mariupolu. To zwykłe ludobójstwo, Ukraina teraz będzie walczyć do końca – mówi Julia.

 

Znowu robi się trochę smutno, kobiety wracają myślami do swoich domów. Mówią o tęsknocie i o tym, żeby móc jak najszybciej wrócić. Bo choć dobrze im w Polsce i bezpiecznie, to jednak nie ma jak u siebie.

 

- Dlatego smutne będą te święta – wzdycha Julia. Ale nie ma czasu na narzekanie. Musi zrobić jeszcze gołąbki, a babcia swój tort będzie piekła.

 

Magdalena Gorostiza

Tagi:

ukraina,  wojna,  uchodźcy, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót