Skrzyknął znajomych i tak powstała grupa, która gotuje dla szpitali i mieszkańców miasta. Kiedy Ukraina została zaatakowana przez Rosję 24 lutego, część znajomych Tymofiego już o świcie stawiła się w wojsku z paszportem w reku. On sam też się zgłosił, ale odesłano go z kwitkiem.

- Zapytali mnie czy byłem na wojnie, mam pojęcie o walce. Nie byłem i nie mam. Powiedzieli, że takich ludzi nie potrzebują, chcą osoby z doświadczeniem – usłyszał Tymofii w odpowiedzi. Jego przyjaciel walczy pod Charkowem, inni w rożnych częściach Ukrainy. Kiedy więc Roman, którego do wojska też nie wzięli, zadzwonił ze swoim pomysłem, Tymofii nie wahał się ani chwili.

 

Roman Lialiuk

 

- Najpierw był szok, ale Roman już 26 lutego zebrał pierwszych ludzi, zadzwonił najpierw do Yehora Nasyka i Kirilla Marchenko, to grupa założycielska, 27 lutego staliśmy przy kuchni – opowiada Tymofii .

 

Yehor Nasyka

 

Gotują w barze, w którym przed wojną lubili spotykać się na piwie. Jego właściciel również natychmiast przyłączył się do akcji. Siedzieli i myśleli, jak nazwać swoja grupę, bo trzeba było stworzyć konta na Facebooku i na Instagramie. Ktoś rzucił hasło Volunteer Kitchen "Juicy Strudel" – Wolontariacka Kuchnia „Soczysty Strudel”. Wszystkim bardzo przypadła do gustu.

 

Kirill Marchenko

 

Z Tymofii rozmawiam po polsku. Przed wojna był 6 lat w Krakowie, występował w Katolickim Teatrze Edukacji. Teraz pracuje, a właściwie pracował w branży IT. Zarabiał 1500 dolarów miesięcznie, dostaje z nich zaledwie 500 „na przetrwanie”. I większość ludzi jest w podobnej sytuacji.

 

- Charków liczył sobie ponad milion mieszkańców. Szacuję, że zostało w mieście może 200, może 300 tysięcy ludzi. Kto mógł, to wyjechał. Nie wszyscy jednak mogą, wielu na to nie stać, nie mają gdzie się podziać. Trzeba im pomagać. Nasze pieniądze skończyły się po dwóch dniach, żyjemy wyłącznie z darowizn, a codziennie wydajemy od 400 do 600 dolarów, głównie na posiłki, choć kupujemy też leki – opowiada Tymofii.

 

W grupie jest około 20 osób, bardzo rożne branże, artyści, jubiler, budowlańcy, muzycy, młodzi ludzie od 27 do 40 roku życia. Anna Subbotina, dziewczyna Tymofiego, która przed wojną wykonywała tatuaże, zrobiła im logo.

 

Logo

 

 

- Większość z nas to tacy duzi faceci, łysi, z brodami, stąd wziął się właśnie taki pomysł, Anna w jedną noc je wymysliła – mówi mi Tymofii.

 Teraz Anna pracuje z innymi w grupie, obiera marchewkę i kartofle, pomaga kucharzom.

 

Codziennie wydają około 300 zup i 300 drugich dań. W pierwszym rzędzie zaopatrują szpitale, w tym jeden wojskowy. Posiłki są potrzebne dla personelu medycznego. Rano więc dzwonią do szpitali i pytają o konieczna ilość. Jeśli coś zostanie, rozdają wśród mieszkańców.

 

- Głownie karmimy starszych ludzi, ale są też samotne matki z dziećmi, których mężowie walczą na froncie. Im też pomoc jest bardzo potrzebna – podkreśla Tymofii.

 

W pierwszym tygodniu wojny sklepy w Charkowie opustoszały, nie było dosłownie niczego, bo ludzie robili zapasy. Teraz sytuacja jest nieco lepsza, bo do dużych sieciowych sklepów dowożony jest towar. Ale nie wszystko i kolejki są ogromne. Żeby cokolwiek kupić trzeba stać kilka godzin. Nie każdy ma na to siłę, nie każdy ma też pieniądze.

 

- Ja nie zam nikogo w Charkowie, kto „normalnie” pracuje i ma dotychczasowy dochód. To tylko personel medyczny, policja, pracownicy miejscy. Pozostali ludzie dostają szczątkowe wynagrodzenie, mogą się też starać o pomoc od państwa, jeśli zapłacili podatki za ostatni kwartał zeszłego roku. Mogą być zwolnieni z opłat za mieszkanie. Ale to jest wszystko, na co można liczyć. Dlatego ta nasza pomoc jest tak bardzo ważna – mówi Tymofii.

 

Tymofii Popovych i Anna Subbotina

 

Umawiają się z sieciowymi sklepami, że odkładały dla ich grupy ziemniaki, marchewkę, kapustę, mąkę. Udaje się kupić na przykład kiełbasę, ale mięsa nie ma. Brakuje słodyczy dla dzieci, które bardzo za nimi tęsknią. Brakuje ryżu, makaronów, dostawy są nieprzewidywalne. Ale grupa się nie poddaje, robią posiłki z tego, co akurat mają. Jest jeden zawodowy kucharza i człowiek, który brał udział w Master Chief. Oni stoją przy garnkach. Reszta pomaga, zajmuje się transportem i logistyką. Trzeba codziennie dostarczyć jedzenie najbardziej potrzebującym.

 

- Ludzie piszą do nas na Facebooku, na Instagramie, są tacy, którzy żyją w schronach. Bardzo chcielibyśmy pomóc wszystkim. Ale możliwości nasze są też niestety bardzo ograniczone – mówi Tymofii .

 

I choć w samym Charkowie walk jeszcze nie ma, codziennie jest ostrzał lub bombardowanie miasta. Tymofii mówi, że dosłownie co 10 minut słychać jakieś wybuchy, nie ma ulicy, na której nie byłoby jakiegoś zniszczonego domu.

 

- Z tego co wiem, zginęło już blisko 500 osób, ponad 400 budynków zostało zniszczonych, front jest około 5 do 7 km od miasta. My jesteśmy zaledwie 38 kilometrów od granicy z Rosją. Tylko raz do Charkowa wjechało 20 rosyjskich wozów. Wieczorem już ich nie było, nie wiem, czy Rosjanie zginęli czy zostali wzięci do niewoli. Bronimy się z całych sił. Ale atmosfera jest przygnębiająca, trudno żeby była inna, jak widzi się, jak codziennie znika kolejny dom – opowiada Tymofii .

 

Starają się jednak nie poddawać czarnym myślom, a udział we wspólnym projekcie dodaje sił. W Charkowie nadal jest prąd, woda, ogrzewanie. Kłopoty ma tylko kilka dzielnic, bywają też przerwy w dostawach, jeśli w jakąś rurę czy przewody trafi akurat pocisk. Ale Tymofii podkreśla, że miejskie służby pracują na okrągło i awarie są szybko usuwane.

 

- Jestem pełen podziwu dla pracy tych ludzi, starają się, abyśmy tu żyli w miarę normalnie – mówi Tymofii.

 

O pełnej normalności trudno jednak mówić. Na ulicach pustki. Małe sklepy są pozamykane, brakuje ciągle mięsa czy mleka. I co gorsza, bardzo brakuje leków, nawet tych podstawowych, kupowanych bez recepty, bo jak mówi Tymofii, na początku wojny zniknęły z aptek. Więc z tym jest też ogromny problem, bo brakuje zwykłych środków przeciwbólowych czy nasercowych. Dlatego ich grupa stara się organizować transporty ze Lwowa czy innych miejsc, gdzie jeszcze jest względny spokój. Bo leki obok żywności, to dziś towar w Charkowie bezcenny.

 

- Ale się nie załamujemy i wierzymy w zwycięstwo. Ukraina wygra tę wojnę – mówi mi Tymofii.

 

Magdalena Gorostiza

 

 

Możecie pomóc wpłacając na konto grupy:

 

PayPal ACCOUNT:

che.payments777@gmail.com (Cherkashyn Iurii)

***

International SWIFT transfers:

Card currency: EUR

IBAN:UA953052990262036400929991144

ACCOUNT (Card number in "PRIVATBANK")

5169 3600 1721 0612

BANK OF BENEFICIARY

Банк получателя

JSC CB PRIVATBANK, 1D HRUSHEVSKOHO STR., KYIV, 01001, UKRAINE

SWIFT CODE/BIC: PBANUA2X

BENEFICIARY

Получатель (Ф.И.О. получателя счета латиницей)

LIALIUK ROMAN 61121, Ukraine,region Kharkivska,city Kharkiv,street Haribaldi,building 6,flat 94

Beneficiary email: brahman.pilorama@gmail.com

CORRESPONDENT ACCOUNT

Счет банка получателя в банке-корреспонденте

623-160-5145

INTERMEDIARY BANK

Банк-корреспондент

J.P.MORGAN AG, FRANKFURT AM MAIN, GERMANY

SWIFT CODE/BIC: CHASDEFX

***

For Paying systems (KoronaPay, EasyPay, Paysend etc.)

Card number in "PRIVATBANK"

5169 3600 1721 0612

 

 

 

Możecie też zorganizować transport dla grupy do zachodniej części Ukrainy, stamtąd zostanie odebrany. Potrzebne są konserwy, żywność w niedużych opakowaniach typu ryż, makaron, słodycze i oczywiście leki.

Tagi:

ukraina,  wojna,  społeczeństwo, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót