Powtarzamy od początku wojny na Ukrainie, że pomoc dla uchodźców będzie jak maraton, a nie jak sprint. Że trzeba się przygotować na długofalowe działania. Mijają dwa tygodnie początku tej wojny, a wiele osób ma już dosyć. Jak nie wypalić się w pomaganiu do cna?

Powtórzę instrukcję, którą dostajemy podczas lotu samolotem, najpierw nakładamy maseczkę tlenową sobie, potem dziecku. Co to oznacza w praktyce? Że nie pomożemy bezradnej osobie, jeśli nie będziemy sami bezpieczni. Najpierw więc należy zadbać o siebie. Mierzyć siły na zamiary. Ktokolwiek chce pomagać musi zadać sobie pytanie, czy chcę być wolontariuszem? Na ile mnie stać? Ile czasu mogę na to poświęcić? Jeden dzień w tygodniu, dwie godziny? Wiele osób rzuciło się w wir pomagania, biorąc nawet urlopy na ten czas. To może utrudnić odpoczynek w wakacje – tak ważny i potrzebny do regeneracji. Nie można się w tym pomaganiu zatracać. Musimy zadbać o własne bezpieczeństwo. Trzeba pamiętać, że do tego wszystkiego dochodzi kontakt z osobami, które przeszły traumę wojenną. To też ma wpływ na psychikę osób, które pomagają. Trzeba umieć postawić granice, radzić sobie z emocjami, zwykłym ludzkim zmęczeniem.

 

Dla dobra tych osób chyba również. Bo nie wszyscy jesteśmy przygotowani na to, by mierzyć się z takimi sytuacjami?

Oczywiście, wielu uchodźców wymaga profesjonalnej pomocy. Cudowne jest to, że ludzie zorganizowali się oddolnie. Ale taka operacja pomocowa, zakrojona na taką skalę, wymaga działań odgórnych. To rząd powinien ją organizować, nie zwykli ludzie, którzy często nie mają na ten temat żadnego pojęcia. I wchodząc w takie sytuacje, sami sobie szkodzą. Doprowadzą do swojego wypalenia, stanów lękowych, depresji. My psychologowie mamy superwizje. To czas i przestrzeń, kiedy możemy rozmawiać o swoich emocjach towarzyszących w pracy, uczymy się tego jak je odreagowywać, jak sobie z nimi radzić. Przeciętny człowiek nic o tym nie wie. Może więc dojść do wypalenia i wtórnej traumatyzacji. Spotykanie się z ludźmi w traumie wymaga przygotowania. Z jednej strony jak zadbać o siebie, z drugiej strony jak być z drugim człowiekiem efektywnie, jako wsparcie, by nie zaszkodzić. Pojawiają się już poradniki na ten temat, ale to wszystko to zdecydowanie za mało. Szczególnie w obliczu tego, co nas jeszcze czeka. Trzeba pamiętać, że pierwsza fala uchodźców to byli ludzie z reguły dość dobrze sytuowani i tacy, którzy nie doświadczyli wojny bezpośrednio. Teraz nadchodzą osoby, często z jedną siatką w ręku, mające za sobą straszne przeżycia. Każdy człowiek to inna trudna historia, mógł stracić wszystko, przede wszytskim poczucie bezpieczeństwa. Matki i żony martwią się o mężów i synów walczących na froncie. Więc jeśli na przykład podajemy tylko kanapki, sortujemy paczki czy dowozimy herbatę, to będzie nam łatwiej znieść tę sytuację. Ale jeśli mamy w domu takie osoby, to już wymaga jednak wiedzy, jak należy z nimi postępować.

 

O czym powinniśmy wiedzieć?

O tym, że ci ludzie potrzebują odzyskać choć minimalna kontrolę nad swoim życiem. Dajmy im wybór – czy chcą kawę czy herbatę, czy zupę czy kotleta. Nie namawiajmy na siłę na aktywności aktywności, nie wyciągajmy na zakupy czy na spacer, ruch jest ważny, ale w tak stresowej sytuacji mniej znaczy więcej – jeśli spacer to za dużo może postoimy chwilę na balkonie. Obserwujmy. Przypominajmy, że trzeba jeść, pic, myć się, bo wiele osób może być w stanie silnego stresu, a ich reakcje mogą być bardzo różne. Nie namawiajmy na zwierzenia, nie oceniajmy. Nie mówmy, że wiemy, co czują, bo nie wiemy, nie siedzieliśmy w schronie, nikt nas nie bombardował. Nie obiecujmy, że wszystko będzie dobrze. Możemy mówić, że tu i teraz ktoś jest u nas bezpieczny, ale nie zapewniajmy o świetlanej przyszłości. Planujmy aktywność na dwa, trzy dni, nie więcej. A jeśli uważamy, że taka misja nas przerasta, poprośmy o fachową pomoc, poszukajmy wyspecjalizowanej organizacji, która może wysłać wolontariusza znającego temat. Nie ma niczego złego w tym, że nie umiemy sami poradzić sobie z takim problemem.

 

Są też takie sytuacje, że ludzie zaprosili do domów uchodźców i już po tych dwóch tygodniach czy dziesięciu dniach czują, że popełnili błąd. Że nie stać ich na utrzymanie takiej ilości osób, że dzieci biegają i krzyczą, że jest bałagan wszędzie. Gospodarze chcieli dobrze, ale sytuacja ich przerosła. Co wtedy?

Ależ mamy prawo czuć się zmęczeni i zirytowani. Mamy prawo nie przewidzieć rożnych sytuacji. Ktoś zapomniał, co oznaczają małe dzieci w domu, kogoś innego denerwuje sposób bycia gości. Najlepiej jest od razu na wejściu wyznaczyć granice, zostawić dla siebie jakieś terytorium, do którego uchodźcy nie mają wstępu. Zapoznać z zasadami obowiązującymi w domu. Ale nawet jeśli to zrobimy, nie oznacza to, że będzie wszystko w porządku. Nie ma nic złego w tym, że ktoś powie, że nie da już rady dłużej, że dalej nie jest w stanie współżyć z obcymi często ludźmi pod jednym dachem. Pomoc też ma granice i nie jest wstydem się do tego przyznać. Należy jednak wówczas znaleźć uchodźcom inne miejsce, nawet choćby przez punkty recepcyjne. I dopiero wówczas porozmawiać z nimi o tym, że będą musieli zmienić lokum. Że pójdą w inne miejsce, w którym też będą bezpieczni. Moim zdaniem władze samorządowe czy wojewodowie muszą takim osobom zapewnić nowe miejsce pobytu. Co do problemów finansowych, to też jest to zrozumiałe, że nawet mając dobre chęci ciężko jest utrzymać dużą grupę osób. Dlatego warto iść po pomoc do różnych fundacji, zaopatrywać się w takich miejscach w żywność czy środki czystości. Trzeba też powiedzieć o tym uchodźcom i zastanowić się wspólnie, czy mogą oni dołożyć się do budżetu. Nie wszyscy z nich są bez grosza.

 

Są też osoby, które nie pomagają. Jedni bo nie chcą, inni, bo nie mogą. Mają swoje problemy, opiekują się chorymi bliskimi, sami mają problemy finansowe. Często ta druga grupa ma z tego powodu wyrzuty sumienia.

Niepotrzebnie, nie wszyscy musimy pomagać. Nie róbmy z tego jakiegoś narodowego przymusu. Życie toczy się dalej, nic nie stanęło w miejscu. Jesteśmy po dwóch latach pandemii, wiele osób straciło swoich bliskich, ludzie nadal umierają z powodu koronawirusa. W jednym domu jest żałoba, w innym urodziło się dziecko, w innym kłótnie z mężem. Ktoś nie ma siły, ktoś powie, że to nie jego bajka. I to wszystko jest w porządku. Ktoś może wpłacić 10 złotych, dla kogoś innego to też za dużo. Nie wymagajmy od wszystkich heroizmu. Weźmy pod uwagę fakt, że ta sytuacja dotyka każdego. Mogą ujawnić się pokoleniowe traumy drugiej wojny światowej, które odziedziczyliśmy po przodkach. Jedni chomikują zapasy, inni żyją w panicznym lęku. Bo babcia czy dziadek opowiadali o wojnie. I teraz te demony wychodzą z kąta. Nie oceniajmy nikogo, niczyich postaw, to nie ma kompletnie sensu.

 

I nie hejtujmy. Bo już są mało pochlebne komentarze, gdy ktoś wrzuci zdjęcie z imprezy albo z bajecznych wakacji.

To, że mamy wojnę tuż za rogiem, nie oznacza, że mamy przestać normalnie żyć. Można być rano wolontariuszką, popołudniu iść na randkę. I nie oznacza to ani braku współczucia, ani tego, że chłopaka kocha się nagle mniej. Mamy prawo do różnych emocji, do przeżywania radości, szczęścia, smutku jednocześnie. Można mieć w sobie rożne uczucia w tym samym czasie. Potrzebujemy dużo siły, bo nawet gdyby wojna dziś się skończyła, to miną lata zanim umilknie echo decyzji Putina. Ci uchodźcy nie znikną z dnia na dzień, podobnie jak nie zniknęły wraz z wojną nasze różne problemy. Dalej musimy zarabiać, spłacać kredyty, nasze dzieci i nastolatkowie nadal wymagają wsparcia psychologicznego. Jeśli do tego dodamy nadaktywny udział w pomocy, taki który nas wyniszcza, nic nie wyjdzie z tego dobrego. Jesteśmy świadkami traumatycznych wydarzeń, a one staną się dla nas traumą, jeśli w porę nie zadbamy o siebie. Moim zdaniem niebawem będzie ogromne zapotrzebowanie na szkolenia czy grupy wsparcia dla tych, co nadmiernie, ponad swoje możliwości, zaangażowali się w pomoc. Więc powtarzam – przede wszystkim zadbajmy o swoje bezpieczeństwo w tej trudnej sytuacji. Inaczej nie dość, że nikomu nie pomożemy, to sami będziemy potrzebowali pomocy. Jeśli zaś czujemy, że to, co dzieje się wokół nas jest zbyt trudne, skorzystajmy ze wsparcia psychologicznego, odpoczynku, by móc dalej uczestniczyć w maratonie związanym z kryzysem uchodźczym.

 

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Tagi:

ukraina,  pomoc,  społeczeństwo,  Barbara Jurkowska,  psychologia, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Wyszukiwarka
Newsletter
zapisz