Alona jest z Kowla, przyjechała do Mogielnicy ze swoją siostrą Iwanką. Obie mają małe dzieci i uciekły tylko z ich powodu, choć do Kowla wojna jeszcze nie dotarła. Nie chciały jednak czekać, by nie było za późno. Na Wołyń już spadają bomby, w Łucku giną ludzie, codziennie są niepojące wiadomości napływające z Ukrainy. Więc zostawiły swoje domy, swoją pracę, uczelnie, całe swoje życie.

 

Alona z Iwanką.

 

- Pan Artur zabrał nas ze szkoły w Krasnymstawie 24 lutego, nie miałyśmy się gdzie podziać. Tu mamy świetne warunki jesteśmy bezpieczne – mówią.

Lila i Diana przyjechały z Żytomierza, Lila ma maleńką córeczkę. Tam już było niebezpiecznie, kobiety postanowiły się ewakuować. Ale one też marzą o powrocie do domu.

 

 Lila z Dianą.

 

Artur Kupracz jest ratownikiem medycznym, pracuje w pogotowiu ratunkowym i na SOR w Krasnymstawie. Jest też wolontariuszem. Kiedy zobaczył, co się dzieje, porozmawiał z żoną. Trzy lata temu zrobili remont piętra domu w Mogielnicy. Sami mają dwoje małych dzieci. Dom jest przystosowany dla małych dzieci, jest duży ogród, plac zabaw.

 

Dom jest przystosowany dla dzieci.

 

Postanowili kobietom pomóc. Wizyty w punktach dla uchodźców pokazały mu cały bezmiar nieszczęścia. Zobaczył kobiety po kilkudniowych podróżach, same z maleńkimi dziećmi, pilnujące jeszcze w dodatku swojego niewielkiego dobytku.

 

- Oczywiście potrzebna była zgoda ojca, powiedzieliśmy co i jak. Decyzję podjął w ułamku sekundy – opowiada Artur.

 

Krzysztof Kupracz z synem.

 

Żona podała ich numer telefonu na Facebooku, w pół godziny mieli siedem osób do przyjęcia.

 

- My mamy dwoje dzieci i widzę, jak żona jest non stop zajęta. A teraz wyobraź sobie taką podróż z maluchami, bez możliwości snu, kąpieli, jakiegokolwiek odpoczynku. To jest prawdziwy dramat. Niektóre z kobiet są dosłownie wykończone, bywa, że mogą zachowywać się dziwnie – mówi Artur.

 

On też przywiózł do siebie kobietę w traumie, która już nie miała siły opiekować się dziećmi. Krzyczała na nie, nie myślała logicznie. Z trójką maluchów jechała kila dni, bez żadnego odpoczynku. Nie miała już pieluch na zmianę, nie miała gdzie umyć dzieci. Nie oceniał, uznał, że potrzebna jest fachowa pomoc, bo on nie da rady, załatwił psychologa. Psycholog płakała razem z kobietą, znaleziono matce nowe, inne miejsce.

 

- To są prawdziwe dramaty, ja nie mogę być obojętny. Opowiem inną historię. Miałem kobietę z dwoma córeczkami. Dzieci czuły się tu świetnie, bawiły się, wszystko wydawało się idzie w dobrym kierunku. Ale ta kobieta nie wytrzymała w obcym kraju. Wsiadła do samochodu i wróciła z dziećmi na Ukrainę do swojego męża, są i takie reakcje – opowiada Artur.

 

Więc kiedy zwolniło się miejsce w domu, pojechał po kolejne uchodźczynie. Był w MOSIR w Chełmie i tak trafiła do niego Lila z córeczką i Diana. Dojechała jeszcze ciotka Alony, Ludmiła z wnukiem i w domu jest teraz komplet.

 

Ludmiła przyjechała z Mikołajewa, spod Odessy. Siedziała z mężem i wnukiem w szpitalnym schronie, bo tam Rosjanie bardzo bombardowali. Jej córka jest w Turcji, oni wychowują jej dziecko.

 

- I mąż powiedział, żebyśmy uciekali, że trzeba wnuka ratować, wpadliśmy między nalotami do domu, zabraliśmy kilka rzeczy i dokumenty. Mąż nas odstawił na dworzec w Odessie – Ludmile trudno powstrzymać łzy. Jechali bardzo długo, 15 osób w jednym przedziale, płacz dzieci, niemiłosierny tłok.

 

Trafiła najpierw do Szczecina, ale tam nie było dla niej miejsca. Dzięki Alonie są tu w Mogielnicy bezpieczni. Ale Ludmiła chce koniecznie pracować. Jest z wykształcenia pielęgniarką, pracowała na onkologii, potem zdobyła nowe wykształcenie przeszła do laboratorium.

 

Ludmiła z wnukiem.

 

- Mogę być opiekunką, mogę być pielęgniarką. Jeden jest warunek, muszę gdzieś z wnukiem mieszkać – mówi.

 

Ale i ona marzy o powrocie do domu, do męża, do bliskich. Chce wrócić na Ukrainę, nie chce zostawać nigdzie na stałe.

 

- Tam zostali nasi mężczyźni, nasi rodzice, dziadkowie, przyjaciele – mówi Alona. Kiedy pytam, czemu nie uciekali, mówi krótko – to ich domy, ich ziemia, ich ojcowizna, nie zastawią tego.

 

Kobiety są dumne ze swoich walczących mężczyzn, choć codziennie jest strach o to, czy jeszcze żyją, czy wszystko u nich w porządku. Pytam więc, czy nie wolałyby, aby Ukraina poszła na układ proponowany przez Rosję, oddała Krym, Donieck, Ługańsk, żeby tylko zakończyć tę okrutną wojnę.

 

- Nie ma mowy, ta wojna trwa już osiem lat tak naprawdę. To nasze ziemie, nigdy nie zgodzimy się ich oddać – mówi Alona.

 

Artur podkreśla, że jest pełen podziwu dla kobiet i ich postawy. Nie chcą za wiele, a już na pewno niczego ponad miarę. Kiedy przywiózł rzeczy z darów, prawie niczego nie wzięły.

 

- Musiałem je namawiać, żeby sobie coś wybrały, choć mają same tak niewiele. Ale one mi mówią, że im wielkie bagaże nie są do niczego potrzebne. Z jedną, lekką torbą będzie łatwiej wracać do domu, bo to jest ich jedyne marzenie – mówi Artur.

 

Magdalena Gorostiza

 

Tagi:

ukraina,  wojna pomoc,  społeczeństwo, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót