W niedzielę dzwoni do mnie moja koleżanka Grażyna Michoń. Szuka lokum dla dwójki rodzeństwa, po które za kilka dni ma jechać na granicę. - Pojedziesz ze mną po nich? - pyta. Jasne, że pojadę, nie ma problemu. Ale mamy podobno jeszcze trochę czasu, żeby wszystko na ich przyjazd ogarnąć.

Historia jest dość zawiła, jak to czasami w życiu bywa. Do Grażyny zadzwoniła jej przyjaciółka z USA, Polka, też z Lublina. Z prośbą o pomoc. Bo dzieci siostry jej ukraińskiej przyjaciółki chcą wyjechać do Polski. Mieszkają w Równem. Trzeba się nimi zająć, zorganizować im jakieś mieszkanie. Ich matka pracuje w Niemczech jako opiekunka. Na Ukrainie został ojciec zajmujący się dziećmi i babcia. Ojciec ma 57 lat i nikt go nie wypuści, babcia też nie chce nigdzie jechać. Grażyna bez wahania podejmuje się pomocy. Na razie wydzwania i bezskutecznie szuka jakiegoś mieszkania czy pokoju. W Lublinie już o miejsca ciężko.

W poniedziałek koło godziny 13, Grażyna do mnie dzwoni.

- Jedziemy, „dzieciaki” już są po polskiej stronie. Nie sądziłam, że tak szybko to wszystko pójdzie – mówi.

 

Odwołuję spotkania i niebawem jesteśmy w drodze. Rodzeństwo wie, że musi poczekać. Z Lublina do Zosina jedzie się ponad 2 godziny, to 130 km.

 

Pogoda jest piękna, a droga pusta.

 

Grażyna oglądała już jakieś mieszkanie. Ale niestety, nie bardzo nadaje się do użytku. Zastanawia się, czy nie umieścić rodzeństwo w hotelu. Odradzam jej ten pomysł. Zostawimy „dzieciaki” same w anonimowym pokoju, gdzie nawet herbaty sobie nie zrobią? No i w grę wchodzą niemałe koszty. Ja wierzę w siłę Facebooka, wstawiam więc post, że szukam pokoju dla rodzeństwa. Sprawa pilna, pokój musi być na dziś, bo wieczorem „dzieciaki” będą w Lublinie. Grażyna nie jest „facebookowa”, nie bardzo wierzy w powodzenie akcji. Tymczasem nie mija pół godziny, kiedy odzywa się do mnie Ewa Białek. Pisze, że jej mama mieszka sama na lubelskim Czechowie, nie ma problemu, czeka już na ukraińskie rodzeństwo.

 

Droga do granicy jest prawie pusta. Mamy piękną pogodę, choć jest dość chłodno. W przygranicznych stacjach benzyny nie ma, można kupić tylko olej napędowy. Grażyna, która kilka dni wcześniej jeździła na Ukrainę, aby odebrać koleżankę – Polkę, uwięzioną na przejściu w Medyce ( nie pozwalano jej przejść pieszo), wie o tym doskonale. Ma diesla, w bagażniku zapasowy kanister z ropą.

 

Grażyna jest gotowa w każdej chwili znowu jechać na granicę.

 

 

- Jak komuś zabraknie ropy, to najwyżej oddamy, ale możemy spokojnie jechać – mówi.

 

Na miejsce dojeżdżamy bez problemu, nie można jednak podjechać pod samą granicę. Zostawiamy samochód i idziemy szukać „dzieciaków”. Aleksandry (ale prosi by mówić do niej Olesia) i Juliana. Olesia czujnie wysłała nam wcześniej swoje zdjęcie. Ma biały płaszcz i charakterystyczną czapkę.

 

Powitanie na granicy.

 

Dzięki temu znajdujemy się bez trudu. Machamy z daleka i za chwilę padamy sobie w ramiona. Jak byśmy byli najbliższą rodziną. Rodzeństwo jest zziębnięte, ale już spokojne. Mają ze sobą po jednej walizeczce.

 

Grażyna zabiera nasze „dzieciaki” do samochodu, żeby się ogrzały. Ja idę jeszcze się rozejrzeć. Są miejsca, gdzie można dostać żywność, w tym jedzenie dla dzieci, są sterty ubrań, które są tu raczej zbędne. Już pojawiają się apele, żeby nie zwozić ich na granicę, bo przecież ludzie mają jakieś swoje rzeczy, a brak im miejsca w bagażu i siły, żeby dźwigać następne.

 

Jest mnóstwo ubrań, jest jedzenie dla dzieci.

 

Wszyscy szukają trannsportu.

 

 

 

Na uboczu stoi grupa zziębniętych ludzi, którzy nie mają żadnego transportu. Widzę już czego najbardziej brakuje – busów i ogrzewanego namiotu, w którym uchodźcy mogliby usiąść i odpocząć. Spotykam trójkę czarnoskórych, młodych ludzi. Stoją samotnie, nieco na uboczu. Są wyraźnie zagubieni, zmarznięci, przestraszeni. Pytam, czy potrzebują jakiejś pomocy. Okazuje się, że to nigeryjscy studenci, którzy właśnie uciekli z Łucka. Nie mają transportu, nie mają gdzie spać, dziewczyna trzęsie się z zimna i ze stresu.

 

Studenci z Nigerii też uciekają przed wojną.

 

My ich nie zabierzemy, nie mamy miejsca. Ale dzwonię do Beaty Drewienkowskiej, która w Lublinie razem ze Strefą Kobiet zorganizowała noclegownię dla uchodźców. Tak, ma wolne miejsca, tak zaraz popyta o transport dla Nigeryjczyków. Za chwilę oddzwania do mnie Agata Gwiazda, która już jeździła na granicę z darami – w ciągu pół godziny wysyła po studentów samochód z kierowcą.

 

Tłumaczę studentom, że będą musieli na zimnie spędzić jeszcze ze 3 godziny. Ale obiecuję im, że jest już transport, że mają zapewniony nocleg. Biorę od chłopaka numer telefonu, zostawiam swój. Na wszelki wypadek wysyłam mu adres, gdzie w Lublinie czeka na nich posiłek i nocleg. Czas wracać z „dzieciakami” do Lublina.

 

Mówimy o rodzeństwie „dzieciaki”, bo Olesia choć ma 22 lata, jest drobna i szczupła, wygląda jak nastolatka. Julian ma lat 17, uczył się w szkole budowlanej. Olesia jest położną, pracuje od dwóch lat. Ostatnio do szpitala nie chodziła, mieszka pod Równem nie było jak się tam dostać. Tłumaczy, że do pracy przychodziły tylko osoby mieszkające w samym mieście.

 

Decyzję o ich wyjeździe do Polski ojciec podjął w niedzielę rano. Jest ich w domu siedmioro rodzeństwa. Najstarsza siostra nie chciała jechać, kolejna ma w maju bronić dyplom na uniwersytecie, też chciała zostać. Pozostała trójka jest młodsza, ojciec bał się ich z Olesią w nieznane wysłać. Ojca raczej do wojska nie wezmą, choć ma 57 lat. Teraz jest tylu ochotników, że zaprzestano wysyłania wezwań. Ale nie wiadomo, co będzie za jakiś czas.

 

- I tak spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, dziś rano pojechaliśmy do Zosina. Do granicy trzeba było iść 3 kilometry pieszo. Dla nas to nie problem, ale matkom z małymi dziećmi jest naprawdę bardzo trudno – opowiada Olesia.

 

Do przejścia dotarli koło południa, wszystko poszło bardzo szybko. Około godziny 13 byli już na terenie Polski. Są więc bezpieczni, choć na obcej ziemi. W Równem wojny jeszcze nie ma, ale były próby ataku na lotnisko i pobliską fabrykę azotów.

 

Tu na razie jest jeszcze bezpiecznie.

 

Olesia opowiada nam po drodze o tym, co się dzieje. Są miejsca, gdzie wojna zbiera swoje żniwo. Ludzie są przerażeni, nie wiedzą, co robić. Ale nie wszyscy decydują się na wyjazd, są tacy, którzy wolą zostać. Właśnie ostrzelano Charków, zginęło kilkanaście osób. Kobiety z dziećmi często uciekają do Polski „w ciemno”. Nie mają nikogo, kto je odbierze z granicy, nie wiedzą, gdzie i jak trafią. Więc Olesia mówi, że oni mają szczęście, że nie są w takiej sytuacji.

 

Mieszkanie dla „dzieciaków” mamy, warto jeszcze pomyśleć o jakimś zaopatrzeniu. Wiem, że uchodźcom pomaga Ela Wójcik, współwłaścicielka restauracji Koncertowa. Koncertowa jest też na Czechowie, więc układ byłby idealny. Ela ze sprzedanych lunchów odkłada część pieniędzy i robi gotowe dania w słoikach, które uchodźcom oddaje za darmo. Dzwonię do niej i oczywiście nie ma problemu.

- Przyjeżdżajcie, będzie jedzenie – słyszę natychmiast.

 

W międzyczasie dowiaduję się od Agaty, że „moi” Nigeryjczycy odwołali transport. Pojechali z kimś do Hrubieszowa. Może tam znajdą jakiś nocleg. Dziękuję jej za dobre serce, nie mamy przecież wpływu na decyzje innych.

 

Bezpiecznie docieramy do Lublina, odbieramy karton jedzenia z Koncertowej. Zawekowane zupy, forszmaki, „dzieciaki” na pewno nie będą głodne. Ela mówi, że w każdej chwili możemy po kolejne porcje przyjeżdżać.

 

 I już jest jak w domu.

 

Podjeżdżamy w końcu do miejsca docelowego. Wita nas uśmiechnięta kobieta, pachnie domowym ciastem, na stole zaraz pojawia się gorąca herbata. Pani Krystyna Bargieł od razu nawiązuje kontakt z rodzeństwem. Pamięta trochę rosyjski ze szkoły. Powitać rodzeństwo przyjechała starsza córka Katarzyna, za chwilę zjawia się druga córka Ewa z rosołem i siatką rożnych produktów. W garnku już się podgrzewa zupa z Koncertowej, widzę jak z rodzeństwa powoli „uchodzi powietrze”. Są zmęczeni, ale już spokojni i bezpieczni.

 

 Krystyna Bargieł  się śmieje, że córka zadzwoniła. że rodzeństwo przyjedzie do niej i kropka.

 

- Nie myśleliśmy, że w Polsce jest tylu dobrych ludzi. Już na granicy dostaliśmy jedzenie i picie. I teraz to wszystko jeszcze – mówi Olesia, a Julian tylko przytakuje.

 

Na razie muszą się wyspać, potem Grażyna będzie załatwiać z nimi wszystkie formalności. Trzeba ich zarejestrować, zdobyć status uchodźcy. Zostawiamy „dzieciaki” pod dobra opieką i wracamy wreszcie do domu.

 

Ja nie mogę przestać myśleć o Nigeryjczykach. Gdzie są, co z nimi? Za chwilę dostaję wiadomość „Jesteśmy w Lublinie, w miejscu, które nam podałaś. Dziękujemy za wszystko”.

 

Magdalena Gorostiza

 

Tagi:

ukraina,  pomoc,  społeczeństwo, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót