Jesteś biseksualna, masz wujka geja, oraz w rodzinie lesbijkę i osobę niebinarną. A jednak nie podobają ci się ostatnie protesty aktywistów LGBT. Dlaczego?

Zostałam wychowana w duchu wartości etycznych, w tym otwartości i szacunku dla każdego człowieka, niezależnie od posiadanych przez niego przymiotów czy reprezentowanych poglądów. W moim domu nie było podziałów, które są wszechobecne w polskiej domenie społecznej, a tolerancja, u podstaw której leży uznanie godności, praw i wolności drugiej osoby. Warto jednak podkreślić, że tolerancja nie jest synonimem akceptacji, jak wielu ludzi błędnie zakłada, ale szacunku, przybierającego formę moralnego imperatywu, a więc takiego, który obliguje wszystkich uczestników życia społecznego do respektowania siebie nawzajem. Z tego względu trudno mi zaakceptować fakt, że część środowisk - a mowa tu o różnych grupach społecznych, niezależnie od reprezentowanych przez nie poglądów - próbuje siłą narzucić własne przekonania drugiej stronie. W takiej atmosferze trudno o wzajemne wysłuchanie racji i budowanie przestrzeni do dialogu.

Tak, jak nie legitymizuję retoryki oraz działań środowisk narodowych wobec mniejszości seksualnych czy religijnych, tak też nie mogę się zgodzić na to, aby społeczność LGBTQ+ w imię walki o prawa człowieka, zamieniała edukację i dialog na prawo pięści. Nie wolno nam zapominać o tej podstawowej prawdzie, że agresja rodzi agresję. Tolerancja nie wyrasta z przemocy, a wysoko rozwiniętej samoświadomości oraz dojrzałości etycznej, która objawia się uznaniem własnej odpowiedzialności moralnej za siebie i drugiego człowieka. Tymczasem, obserwując ostatnie protesty młodych aktywistów LGBT, których zachowanie w mojej ocenie uwłacza godności oraz powszechną akceptację dla tych działań ze strony politycznej opozycji, odnoszę wrażenie, że jako społeczeństwo nie tylko nie rozumiemy na czym zasadza się i polega idea praw człowieka, ale także nie dojrzeliśmy moralnie, aby móc w pełni z nich korzystać. Chciałabym jednak uczciwie podkreślić, że swoje pretensje kieruję nie tyle do młodych ludzi, którzy kierowani emocjami przekroczyli wszelkie dopuszczalne granice, co do osób świadomie legitymizujących nieetyczne postawy i działania, szczególnie polityków oraz aktywistów związanych z problematyką ochrony praw człowieka.

 

Nie czujesz się członkinią tęczowej rodziny? Jak odbierasz swoją orientację seksualną?

Zacznijmy od rozgraniczenia społeczności osób nieheteronormatywnych, od aktywnego w rodzimej przestrzeni publicznej środowiska LGBT, które wyrosło z quasi-lewicowych formatów. Pierwszą z tych grup cechuje wyłącznie fakt odmiennej orientacji seksualnej, druga zaś, pod płaszczykiem równości i ochrony praw człowieka, toczy ideologiczną wojnę z tożsamością kulturową, a nierzadko także narodową polskiego społeczeństwa. Jeśli uznamy te różnice za fakt, wynikający z obiektywnej rzeczywistości społecznej, to wówczas będę mogła z czystym sumieniem odpowiedzieć, że należę do społeczności osób nieheteronormatywnych, ale identyfikuję się z rodziną własną, nie tęczową.

Jednocześnie uprzedzam zapewne kolejne pytanie, na temat powodu niechęci do występowania z twarzą i nazwiskiem, o mój stosunek do własnej tożsamości seksualnej, którą w pełni akceptuję i postrzegam jako jedną z naturalnych cech człowieka, ale traktuję w kategoriach spraw intymnych, a tym samym nie podlegających publicznej debacie. Oczywiście nie ukrywam swojej orientacji seksualnej, ale także nie odczuwam potrzeby informowania o tym fakcie każdej nowo poznanej osoby. Uprzedzając inne ewentualne pytania, chciałabym zaznaczyć, że sprowadzanie seksualności do sfery prywatnej nie wynika z lęku przed brakiem akceptacji, ale z szacunku do siebie samej oraz silnie zakorzenionego poczucia własnej wartości.

 

Jesteś osobą wykształconą, aktywną. Czujesz się w jakiś sposób prześladowana?

Nigdy nie doświadczyłam problemów, z jakimi mierzy się część naszej społeczności, a więc braku akceptacji ze strony najbliższej rodziny lub dyskryminacji od osób heteroseksualnych. Oczywiście zdarzały się sytuacje absurdalne, jak choćby ta na pierwszym roku studiów, kiedy podczas zajęć z psychologii, jedna z koleżanek odwróciła się w moją stronę i przerywając trwający wykład, zapytała mnie o to czy jestem lesbijką. Pamiętam, że w sali zapanowała totalna cisza, wykładowczynię zamurowało, choć była psychologiem z wieloletnim doświadczeniem, a ja uśmiechając się szeroko od ucha do ucha, postanowiłam sobie zadrwić. Odpowiedziałam równie głośno, że jej przypuszczenia są prawdą, a co więcej bardzo mi się podoba, dlatego usiadłam tak blisko. Sala ryknęła gromkim śmiechem, a koleżanka z twarzą w kolorze purpury zajęła się swoimi sprawami. I na tym temat się skończył.

Musisz jednak wiedzieć, że z uwagi na posiadaną fizjonomię oraz dość specyficzny sposób bycia, jestem odbierana przez większą część społeczeństwa, jako osoba heteroseksualna. Zwykle, kiedy ludzie dowiadują się o mojej orientacji, nie kryją swojego zaskoczenia, ale zawsze są to reakcje pozytywne. Znam jednak osoby, które na co dzień mierzą się ze stygmatyzacją w swoim otoczeniu, ostracyzmem społecznym i odrzuceniem przez rodzinę, a są to ludzie o wyjątkowej wrażliwości. Paradoksalnie dyskryminacji doświadczyłam tylko raz i to ze strony osoby homoseksualnej, która żądała ode mnie opowiedzenia się po stronie jednej z płci, a była przy tym niebywale napastliwa. Finalnie skończyło się to zerwaniem z nią wszelkich form kontaktu.

Z pewnością nie mogę powiedzieć, że należę do osób prześladowanych, ale też nie czuję się równoprawną obywatelką tego kraju, a przecież jest to także moja ojczyzna. Nie ukrywam również rozgoryczenia faktem, że środowiska autorytatywne, a więc te które wyznaczają pewne standardy życia społecznego, mają do naszej społeczności stosunek uwłaczający godności osoby ludzkiej. I mam tu na myśli nie tylko władze państwowe, które ustawowo są zobligowane do równego traktowania wszystkich obywateli, ale także kościelne. Wielokrotnie słuchałam wystąpień hierarchów Kościoła, których retoryka kierowana pod adresem osób nieheteronormatywnych, poważała nie tylko nasze człowieczeństwo, ale także całkiem niefortunnie moralne podstawy reprezentowanej przez nich instytucji, a co jest pewnego rodzaju paradoksem. Warto pamiętać o tym, że w Polsce Kościół Katolicki jest częściowo finansowany z budżetu państwa, a tym samym z podatków płaconych również przez naszą społeczność. Czy w obecnej sytuacji, chcąc zachować konsekwencję, nie byłoby zasadnym, aby Kościół zrezygnował z tej części kwoty, otrzymywanej w ramach państwowych dotacji, która jest reprezentatywną dla naszego środowiska? A jednak tak się nie dzieje. Można zatem w kontekście wyznawanych przez wspólnotę katolicką wartości, postawić zasadnicze pytanie o hierarchię priorytetów i wartości – co jest ważniejszym dla Kościoła, wierność własnym naukom, czy może utylitarne interesy hierarchów, którzy w swojej próżności przyjmują także pieniądze od środowiska „zepsutego wrogą chrześcijaństwu ideologią gender”? Szach-mat, a to tylko jeden z naprawdę licznych absurdów, obecnych w naszej rzeczywistości.

 

Co uważasz należałoby w Polsce zmienić na gruncie prawnym, żeby osoby LGBT czuły się tu dobrze?

Domyślam się, że pytasz mnie o mój stosunek do uregulowania w polskim prawie relacji partnerskich i przyznania takim związkom statusu równego małżeństwu. W publicznej debacie, poruszającej tę problematykę, często jako kontra pojawia się argument, że relacje odbiegające od tradycyjnego modelu rodziny nie są zdolne do wydania na świat potomstwa, a tym samym z definicji odbiegają od pierwotnych jej założeń. Przeciwnicy powołują się przy tym na treści, zawarte w Katechizmie Kościoła Katolickiego, twierdząc, że akty homoseksualne są „sprzeczne z prawem naturalnym” ponieważ „wykluczają z aktu płciowego dar życia” (KKK 2357). Tymczasem nieheteronormatywność nie ma związku z bezpłodnością, tak samo, jak nie skutkuje w automatyczny sposób mizoginią czy mizoandrią. Wielu z nas posiada biologiczne dzieci z poprzednich relacji i obecnie wychowuje je wspólnie z partnerem tej samej płci. Odmawianie takim parom możliwości zmiany mocą urzędową statusu ich relacji i podniesienia do rangi rodziny, stawia w uprzywilejowanym miejscu względem samego człowieka, jego orientację seksualną, która nie jest przecież kwestią indywidualnego wyboru. Wartościowanie społecznej przydatności człowieka poprzez pryzmat jego naturalnych zdolności rozrodczych stoi w opozycji do idei godności osoby ludzkiej oraz dyskryminuje także heteroseksualne pary bezdzietne i bezpłodne.

Podobnie sytuacja wygląda z uniemożliwieniem partnerom tej samej płci nabywania praw rodzicielskich do wspólnie wychowywanego, a biologicznego potomstwa jednego z nich, co jest jawną dyskryminacją praw dziecka. Życie pisze różne scenariusze i zdarzają się takiej przypadki, w których jeden z rodziców biologicznych nie chce lub nie może uczestniczyć w wychowaniu swoich dzieci, wówczas partner drugiego z nich bardzo często wypełnia swoją obecnością powstałą lukę. A jeśli los dodatkowo doświadczy taką rodzinę chorobą lub śmiercią jedynego, biologicznego rodzica, to czy wówczas mamy prawo odbierać dziecko człowiekowi, z którym łączy je obiektywnie trwała więź emocjonalna i narażać na kolejne traumy? Casusy, które opisuję nie są odrealnione, ale stanowią dla naszej społeczności chleb powszedni, powodując tym samym nieustanne poczucie zagrożenia i braku bezpieczeństwa. Trzeba to jasno powiedzieć, że polskie państwo w swoim prawodawstwie stygmatyzuje nie tylko osoby nieheteronormatywne, ale przede wszystkim dzieci, a przecież one powinny być otoczone szczególną ochroną.

Wielu z nas podejmuje inicjatywy na rzecz lokalnych społeczności, a także potrafimy organizować się w skali ogólnopolskiej, działając na rzecz wspólnego dobra, jak chociażby podczas pandemii, kiedy część naszego środowiska zaangażowała się w pomoc osobom starszym i samotnym albo szpitalom. Odprowadzamy w Polsce podatki, wykonujemy również zawody pożytku publicznego, służąc całemu społeczeństwu i nie wartościując przy tym ludzi w kategoriach, w jakich sami jesteśmy oceniani. Tworzymy trwałe relacje, które stażem dorównują związkom małżeńskim i oparte są na miłości, a nie krótkotrwałym podążaniu, jak sugerują nasi przeciwnicy. Czy nie mamy zatem prawa oczekiwać elementarnego szacunku i jakiejś formy wzajemności, która w minimalnym stopniu mogłaby wpłynąć na poprawę jakości naszego życia? Nie oczekujemy żadnych przywilejów, tylko respektowania tych zasad, które stanowią normę i zarazem podstawę każdej struktury społecznej, a więc równości w obowiązkach oraz prawach.

A można byłoby rozwiązać ten problem na wiele sposobów, m.in. dopisując do Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej artykuł, traktujący o możliwości wyrażenia w sposób urzędowy tzw. „aktu woli” przez osoby uprawnione, który rodziłby określone skutki prawne, jak chociażby ustanowienie wspólnoty majątkowej, możliwość wspólnego opodatkowania i korzystania z ulg podatkowych, zmiany nazwiska, nabycia prawa dziedziczenia oraz prawa do informacji o stanie zdrowia partnera. Oczywiście przez osoby uprawnione, rozumiem m.in. te, które mają ukończonych 18-lat, nie pozostają w związku małżeńskim, nie są spokrewnione, ani też spowinowacone oraz posiadają pełną zdolność do czynności prawnych. Myślę, że w obecnej sytuacji takie rozwiązanie byłoby wystarczającym, choć osobiście uważam, że osoby prowadzące wspólne gospodarstwo domowe, niezależnie od charakteru łączących je więzi, powinny mieć ustawowo gwarantowane prawo do wspólnego opodatkowania.

 

Co można zrobić, aby nasze społeczeństwo zaakceptowało inność. Bo jak widać mamy z tym jednak problem.

Należę do osób, które są zwolennikami budowania płaszczyzny dialogu ponad podziałami, a więc zapraszania do dyskusji wszystkich, zainteresowanych określoną problematyką, a także solidaryzowania ludzi wokół wspólnych celów czy idei. Wśród bliskich znajomym mam zarówno osoby, które uczestniczyły w ostatnich protestach środowiska LGBT, jak i zadeklarowanych narodowców. Kiedy spotykamy się na gruncie prywatnym, to nagle okazuje się, że wszyscy jesteśmy w stanie ze sobą rozmawiać, wspierać się i pomagać w trudnych sytuacjach życiowych. Dlatego uważam, że kluczem do tolerancji jest otwartość i wrażliwość na drugiego człowieka, a przede wszystkim wzajemność w tych aspektach życia, które dotyczą nas wszystkich, jako ludzkiego gatunku, czyli możliwości realizacji podstawowych potrzeb, wymienionych w piramidzie Maslowa. Szczególnie potrzeby poczucia bezpieczeństwa czy społecznej akceptacji. Z całą pewnością ofensywne zachowania zarówno przeciwników, jak i sprzymierzeńców czy samym osób LGBTQ+, nie sprzyjają budowaniu kultury szacunku. Doszliśmy, jako społeczeństwo do takiego punktu, w którym żadna ze stron konfliktu nie chce wykazać odrobiny woli we wzajemnym wysłuchaniu racji i szukaniu konsensusu, ale kibicuje pogłębiającym się podziałom. A fundament tej niezgody, w moim odczuciu, ma wymiar stricte polityczny, ponieważ jestem przekonana, że żaden człowiek w głębi duszy nie jest wrogiem miłości. I może wokół tej prawdy powinniśmy budować nasze porozumienie, wychodząc nie tyle na ulice, co do konkretnych grup społecznych czy też ludzi. Dobrą praktyką we wszelkich negocjacjach są także propozycje tego, co sami możemy dać od siebie. Dlatego jestem głęboko przekonana, że najpierw powinniśmy zacząć od działań na szczeblu lokalnym, angażując się w inicjatywy, które jednoczą wszystkich ludzi, niezależnie od ich orientacji i poglądów, wokół wspólnego celu. To jedyna droga do nawiązania względnie trwałych relacji, opartych na wzajemnym zaufaniu i szacunku.

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Tagi:

homoseksualizm,  LGBT,  lesbijka,  gej, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót