Odejście dziadka
Po rozwodzie rodziców Julka razem z mamą i młodszym bratem wyprowadziła się ze wsi do babci, która mieszkała w bloku w jednym z miast województwa łódzkiego. Rodzina próbowała odnaleźć się w nowej rzeczywistości, jednak największym wsparciem dziewczyny pozostawał dziadek.
– Był dla mnie kimś więcej niż dziadkiem. W pewnym sensie zastępował mi ojca. Wiedział o mnie wszystko i zawsze czułam, że mogę na niego liczyć – wspomina Julka.
Mężczyzna chorował na nowotwór płuc. Z miesiąca na miesiąc jego stan się pogarszał, a nastolatka niemal codziennie obserwowała postęp choroby.
– Przed chorobą ważył około 90 kilogramów. Pod koniec życia zostały z niego skóra i kości. Miał prawie dwa metry wzrostu, a ważył niewiele ponad 40 kilogramów. Patrzyłam, jak cierpi i odchodzi. To był najtrudniejszy okres mojego życia – mówi.
Po jego śmierci w styczniu 2013 roku, dziewczyna nie potrafiła poradzić sobie z żałobą. Każdy z domowników przeżywał stratę na swój sposób, dlatego miała poczucie, że została sama z bólem, którego nie umiała nikomu opowiedzieć.
Właśnie wtedy odezwał się do niej 23-letni mężczyzna z tej samej miejscowości. Początkowo pisał wiadomości, pytał o samopoczucie i zapewniał, że może na niego liczyć.
– Wydawało mi się, że po prostu chce mi pomóc. Byłam w bardzo złym stanie psychicznym po śmierci dziadka i potrzebowałam z kimś porozmawiać – wspomina Julka.
Najpierw spotkali się dwa razy w miejscu publicznym. Nic nie wzbudziło jej podejrzeń. Dopiero później zaczął namawiać ją, aby zaprosiła go do mieszkania podczas nieobecności mamy i babci.
– Powtarzał, że jeśli odmówię, zakończy znajomość. Bałam się zostać sama. Dzisiaj wiem, że była to manipulacja, ale wtedy tego nie rozumiałam – mówi Julka.
Niczego nie pamiętam
Pewnego dnia przyszedł do mieszkania i przyniósł bezalkoholowe piwo. Julka wypiła część napoju.
– Po pewnym czasie zrobiło mi się bardzo słabo. Później urywa mi się pamięć. Nie pamiętam, co wydarzyło się przez następne godziny – relacjonuje.
Jak wspomina, świadomość odzyskała dopiero po pewnym czasie.
– Kiedy się obudziłam, nie miałam na sobie ubrań. Byłam zdezorientowana i przerażona. Czułam ból, zobaczyłam krew i od razu zrozumiałam, że wydarzyło się coś, na co nigdy nie wyraziłam zgody – mówi Julka.
Mężczyzna miał powiedzieć jej, że "już po wszystkim".
– Nie rozumiałam, co się dzieje. Byłam w szoku. Nie potrafiłam zebrać myśli ani zareagować – dodaje.
Jak relacjonuje Julka, chwilę później pokazał jej wykonane wtedy intymne zdjęcie.
– Powiedział, że jeśli komukolwiek opowiem o tym, co się wydarzyło, opublikuje je w internecie. Straszył, że zniszczy mi życie i sprawi, że nikt mi nie uwierzy – wspomina.
Od tego momentu – jak relacjonuje – zaczął ją szantażować i kontrolować.
– Bałam się. Miałam 15 lat. Byłam przekonana, że jeśli komukolwiek powiem prawdę, spełni swoje groźby – mówi Julka.
Nikomu nie opowiedziała o tym, co się wydarzyło. Nie zgłosiła sprawy policji, ani nie zwierzyła się rodzinie. Próbowała żyć tak, jakby nic się nie stało, choć – jak przyznaje – od tamtego dnia towarzyszył jej nieustanny strach.
Test ciążowy
Po tym, co – jak relacjonuje Julka – wydarzyło się w jej mieszkaniu, próbowała wrócić do codzienności. Nikomu nie powiedziała o wykorzystaniu seksualnym ani o groźbach. Była przekonana, że jeśli komukolwiek wyzna prawdę, mężczyzna spełni swoje zapowiedzi. Po kilku tygodniach zauważyła, że spóźnia jej się miesiączka.
– Tłumaczyłam sobie, że to przez stres po śmierci dziadka albo mam grypę żołądkową. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę być w ciąży – wspomina dziewczyna.
Kiedy wykonała test, zobaczyła dwie kreski.
– Nie uwierzyłam. Byłam przekonana, że wynik jest błędny. Kupiłam kolejny test. Pokazał dokładnie to samo – mówi.
Miała tylko 15 lat.
– Nie wiedziałam, co mam zrobić. Bałam się wszystkiego. Najbardziej tego, co będzie dalej – dodaje Julka.
Pierwszą osobą, której powiedziała o ciąży, była jej mama.
– Poszłam do niej, bo nie wiedziałam, co robić. Byłam przekonana, że mnie przytuli i pomoże podjąć decyzję – wspomina.
Jak relacjonuje Julka, pierwszą reakcją mamy była propozycja przerwania ciąży.
– Usłyszałam, że powinnam usunąć ciążę. Mama bardzo na to nalegała. Byłam przerażona. Nikt nie usiadł ze mną i nie porozmawiał o tym, jak wygląda ciąża, poród czy sam zabieg. Bałam się, że umrę. Nie myślałam wtedy o dziecku. Myślałam tylko o tym, co stanie się ze mną – mówi.
Był 2013 rok. Jak wspomina Julka, dostęp do rzetelnych informacji był wtedy znacznie mniejszy niż dziś.
– Nie było tylu miejsc, w których można było anonimowo porozmawiać z innymi kobietami albo znaleźć sprawdzone informacje. Czułam się kompletnie zagubiona i miałam wrażenie, że zostałam z tym sama – opowiada.
Na pierwszą wizytę do ginekologa zgłosiła się, będąc już w trzecim miesiącu ciąży.
– Lekarz zapytał mnie, czy chcę przerwać ciążę. Powiedział, że podejrzewa, iż mogła być ona wynikiem gwałtu. Pamiętam, że byłam wtedy w ogromnym szoku – wspomina dziewczyna.
Jak relacjonuje Julka, mimo tej rozmowy sprawa nie została zgłoszona organom ścigania.
– Mama nie chciała tego zgłaszać. Byłam młoda i przestraszona. Nie potrafiłam się jej sprzeciwić – mówi.
Momentem, który zapamiętała najbardziej z tamtej wizyty, było badanie USG.
– Kiedy po raz pierwszy usłyszałam bicie serca mojego dziecka, rozpłakałam się. W tamtej chwili wiedziałam już, że nie przerwę tej ciąży – opowiada.
Strach i groźby
O ciąży Julka poinformowała również 23-letniego mężczyznę.
– Był zaskoczony. Miałam wrażenie, że bardziej niż ciąży bał się tego, że komuś opowiem, w jakich okolicznościach do niej doszło – wspomina.
Od tamtej chwili jego zachowanie jeszcze bardziej się zmieniło.
– Musiał wiedzieć, gdzie jestem i z kim rozmawiam. Potrafił dzwonić po kilka razy dziennie. Kiedy rozmawiałam z koleżanką, kazał mi nie rozłączać telefonu. Chciał słyszeć każdą rozmowę – mówi Julka.
Jak dodaje, kontrolę uzupełniały groźby.
– Mówił, że mnie zabije. Straszył, że zrobi krzywdę naszemu dziecku i mojej rodzinie. Powtarzał, że może spalić dom albo powybijać okna. Groził również, że wyśle do mnie ludzi, którzy mnie pobiją albo zgwałcą. Wierzyłam, że jest zdolny do wszystkiego – relacjonuje.
To właśnie strach sprawił, że nie zdecydowała się zgłosić wykorzystania seksualnego.
– Dzisiaj wiele osób pyta mnie, dlaczego milczałam. Wtedy miałam 15 lat i naprawdę bałam się o swoje życie, o dziecko i o moich bliskich – mówi Julka.
Po narodzinach syna miała nadzieję, że mężczyzna zniknie z jej życia. Tak się nie stało. Pierwsze miesiące po porodzie były dla niej wyjątkowo trudne.
– Nie miałam instynktu macierzyńskiego. Dzisiaj wiem, że było to konsekwencją wszystkiego, co wcześniej przeżyłam, ale wtedy tego nie rozumiałam. Czułam się zagubiona i miałam ogromne poczucie winy – wspomina Julka.
Przez pierwsze miesiące znaczną część opieki nad noworodkiem przejęła jej babcia.
– To ona zajmowała się moim synkiem, kiedy ja nie potrafiłam sobie poradzić. Była dla mnie ogromnym wsparciem i do dziś jestem jej za to wdzięczna – mówi.
Jak relacjonuje Julka, mimo narodzin dziecka mężczyzna nadal pojawiał się w jej życiu. Za zgodą jej mamy przychodził odwiedzać syna.
– Zdarzało się, że był pod wpływem alkoholu. Wiedziałam też, że zażywał narkotyki. Każda taka wizyta była dla mnie ogromnym stresem – wspomina.
Poczucie zagrożenia nie mijało.
– Nadal odbierałam telefony, słyszałam groźby i żyłam w przekonaniu, że każdy sprzeciw może doprowadzić do tragedii. Miałam być mamą, a każdego dnia zastanawiałam się, co jeszcze może zrobić i czy naprawdę spełni swoje groźby – mówi.
Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej zamykała się w sobie. Strach, z którym żyła od dnia wykorzystania seksualnego, zaczął odbijać się nie tylko na jej codziennym funkcjonowaniu, ale także na zdrowiu psychicznym.
Terapia jej pomogła
Przez wiele lat Julka nikomu nie opowiedziała o tym, co wydarzyło się, gdy miała 15 lat. Bała się, że mężczyzna spełni swoje groźby. Jeszcze trudniejsze okazało się jednak życie z poczuciem winy i niezrozumieniem ze strony otoczenia.
– W czasie ciąży i po porodzie wiele osób patrzyło na mnie jak na kolejną młodą dziewczynę, która po prostu zaszła w ciążę. Nikt nie wiedział, co naprawdę się wydarzyło. Słyszałam oceny i komentarze, ale nie miałam odwagi powiedzieć prawdy – wspomina.
Jak przyznaje, brak zrozumienia odczuwała również we własnym domu.
– Miałam poczucie, że mama obwinia mnie za to, co się stało. Z czasem sama zaczęłam wierzyć, że to moja wina. Dopiero po latach zrozumiałam, że odpowiedzialność nie spoczywała na mnie – mówi.
W tamtym czasie wszczęto postępowanie dotyczące kierowanych wobec niej gróźb przez ojca dziecka, matka zdecydowala się zawiadomic policję.
– Ale na sali sądowej nie padło ani jedno słowo o wykorzystaniu seksualnym. Wstydziłam się o tym mówić. Bałam się, że nikt mi nie uwierzy – opowiada Julka.
Ponieważ była jeszcze niepełnoletnia, decyzje dotyczące dalszego prowadzenia sprawy również podejmowała jej mama.
– I to mama zdecydowała o wycofaniu sprawy dotyczącej gróźb. Nie miałam wtedy wpływu na tę decyzję – wspomina dziewczyna.
Po zakończeniu postępowania mężczyzna wyprowadził się z rodzinnej miejscowości.
– Dowiedziałam się później, że zamieszkał w Słupsku. Od tamtej pory nie mieliśmy ze sobą kontaktu – mówi Julka.
Narastający lęk i poczucie osamotnienia odbijały się na jej zdrowiu psychicznym.
– Zaczęłam się okaleczać. Miałam myśli samobójcze. Nie widziałam dla siebie przyszłości. Czułam, że zostałam sama z czymś, czego nie potrafię unieść – wspomina Julka.
Przełom nastąpił dopiero kilka lat później, kiedy rozpoczęła terapię.
– Psycholog i psychiatra byli pierwszymi osobami, którym powiedziałam całą prawdę. Wcześniej nie potrafiłam nawet wypowiedzieć jej na głos – mówi.
Mój syn jest moją siłą
Dziś syn Julki ma 11 lat.
– Nigdy niczego mu nie brakowało. Bardzo wcześnie poszłam do pracy i zrobiłam wszystko, żeby miał spokojne dzieciństwo. Jest moim największym szczęściem – mówi Julka.
Jak podkreśla, z czasem między nią a synem zrodziła się silna więź.
– Na początku, po tym wszystkim, co przeżyłam, nie miałam instynktu macierzyńskiego. Dzisiaj kocham go ponad życie. Oddałabym za niego wszystko. Mówi, że jestem najlepszą mamą na świecie i to są najpiękniejsze słowa, jakie mogę usłyszeć – dodaje.
Chłopiec zna część historii przekazaną w sposób dostosowany do jego wieku przy wsparciu specjalisty.
– Wie, że jego biologiczny ojciec nie uczestniczył w naszym życiu. Nie chce go poznawać i szanuję jego decyzję – mówi młoda matka.
Po latach Julka próbowała uregulować kwestie alimentów. Korzystając z pomocy MOPS, dowiedziała się jednak, że sprawa dotycząca ustalenia ojcostwa i dochodzenia roszczeń jest skomplikowana.
– Uznałam, że nie chcę po raz kolejny wracać do tamtych wydarzeń. Dzisiaj radzę sobie sama i jestem z tego dumna – przyznaje Julka.
Mimo traumatycznych doświadczeń, zdecydowała się opowiedzieć swoją historię.
– Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że muszę milczeć. Dzisiaj wiem, że to milczenie chroniło sprawcę, a nie mnie. Jeżeli moja historia sprawi, że choć jedna osoba odważy się poprosić o pomoc, to znaczy, że warto było ją opowiedzieć – mówi Julka.


