Partner: Logo KobietaXL.pl

Weronika to imię zmienione. Moja bohaterka takie sobie wybrała. Prawdziwych danych zdradzać nie chce. Bo rozmawiamy i o uczuciach i o pieniądzach, o straconych złudzeniach. Swoje przeszła, chce dalej walczyć, nie potrzebuje rozgłosu.

Weronika pracuje na wysokim stanowisku w znanej firmie. Mąż też sporo zarabia, inaczej nie udźwignęliby kosztów in vitro.

- Bo nic nie jest refundowane, nawet badania, które można by na NFZ zrobić. Wszystko robisz prywatnie i za wszystko płacisz – podkreśla.

Ona i tak nie jest w złej sytuacji bo ma jedno dziecko. Poczęte w sposób naturalny. Ale dziecko jest z pierwszego jej małżeństwa, a ona z jej drugim mężem marzą o potomku.

- Mąż nie ma dzieci, dla niego to ważne, dla mnie tak samo. Dziecko byłoby ukoronowaniem naszej miłości – mówi Weronika.

Starali się w naturalny sposób, bo skoro raz rodziła, wydawało się, że nie będzie żadnych przeszkód. Niestety, ciąży nie było, postanowili iść do specjalistów. U Weroniki stwierdzono jakieś zrosty na jajowodach, robią jej się wodniaki. Podjęła leczenie. Nic to jednak nie dało. Próby udrożnienia jajowodów też spełzły na niczym. A czas goni, bo Weronika dobiega już czterdziestki.

- Wybraliśmy więc klinikę, pojechaliśmy tam. Zaproponowano nam in vitro, wyraziliśmy zgodę – mówi Weronika. - Mnie się wydawało, że to będzie proste. A to jest bardzo bolesna procedura, ciężka psychicznie i fizycznie .

 

Zaczęło się od stymulacji lekowej, żeby pozyskać jak najwięcej jajeczek. Weronika mówi, że musiała brać 14 różnych leków w odpowiednim momencie, dosłownie z zegarkiem w ręku.

- Zastrzyki, leki doustne, dopochwowe, doodbytnicze. Puchłam, byłam w depresji albo wpadałam w furię – opowiada Weronika. - Ale zaciskasz zęby, bo chodzi o dziecko. Za leki zapłaciliśmy kilka tysięcy złotych. No ale mówi się trudno.

 

Samo pobranie jajeczek nie jest zabiegiem bolesnym, robi się to w narkozie, pacjentka nic nie czuje. Do akcji wkracza embriolog. Weronice pobrano 10 komórek jajowych.

 

- Potem szukają w nasieniu męża najlepszych plemników, dochodzi do zapłodnienia, zaczyna się hodowla zarodka, a ty umierasz ze stresu – mówi Weronika. - Bo nie masz pojęcia, ile zarodków przetrwa.

 

U niej z dziesięciu aż pięć zginęło już w pierwszej dobie, w kolejnej dwa, potem jeszcze jeden. Zostały dwa. Weronika w tym czasie była przygotowywana do transferu.

 

- Szóstego dnia miałam transfer, to też zabieg bezbolesny. W swojej głowie od tej chwili jesteś już w ciąży, bo dla wszystkich kobiet korzystających z in vitro zarodek to dziecko – mówi Weronika. - Nie używamy też terminologii zarodek, jest albo Świeżak, albo jak zarodek za mrożony to Śnieżynka lub Mrozak. Bo to nasze przyszłe potomstwo. Ale nie myśl sobie, za przechowanie zamrożonego zarodka też płacisz. 500 złotych rocznie.

 

Po transferze znowu bierze się leki, które mają podtrzymać ciążę. Nieustająco, to zastrzyki, to coś doustnie, to coś dopochwowo. To najgorszy moment, bo kobieta czuje się w ciąży, ale z medycznego punktu widzenia wcale to nie jest takie pewne.

- Snujesz się z kąta w kąt, obserwujesz siebie. Czekasz na każdy niepokojący objaw. Biegasz do toalety, czy nie ma krwawienia. Są kobiety, które wtedy leża plackiem, są takie, które wolą żyć normalnie – opowiada Weronika. - I czekasz, niektóre kobiety robią co chwila testy ciążowe. Te takie apteczne. Nie są za bardzo wiarygodne, ale są kobiety, które zużywają wówczas po kilkadziesiąt sztuk testów.

 

Po tygodniu można już zrobić test ciążowy z krwi. Te testy badają dokładną wartość stężenia beta- HCG w surowicy i z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić można dzięki nim obecność lub brak ciąży.

 

- I to jest kolejny koszmar. Jedne kobiety idą zrobić test natychmiast, inne z tym zwlekają, odkładają w czasie. Bo póki nie ma wyniku jest nadzieja, że jednak jest się w ciąży – opowiada Weronika.

 

Ona szczęścia nie miała, ciążę szybko straciła. Został zamrożony zarodek, postanowili z mężem jeszcze raz spróbować.

 

- I zaczyna się ta sama procedura, leki, fatalne samopoczucie i znowu nadzieja – mówi Weronika. - Niestety, znowu niespełniona. Więc to nie jest tak, że jak w naszym przypadku, zapłacisz 40 tysięcy złotych i wychodzisz z dzieckiem na ręku.

 

Weronika poszukała innego lekarza. Dowiedziała się od niego, że przy jej stanie jajowodów in vitro raczej nie mogło się udać.

- Powiedział, że przy wodniakach szansa na to, że zarodek się zagnieździ jest bardzo nikła – mówi Weronika. - Pytałam w swojej klinice, czemu mi tego nie powiedzieli. Usłyszałam, że wodniak raz jest, raz go nie ma. Że mogło się udać.

 

Ona jednak nie wie, komu już ma wierzyć. Poprosiła o swoją dokumentację medyczna z kliniki, bacznie ją studiuje. Może poszuka porady jakiegoś prawnika?

- Wiem, że dwa transfery to nie jest tak dużo, bo na grupie, na której jestem, są kobiety, które miały po kilkanaście transferów i nic z tego nie wyszło – mówi Weronika. - I kobiety znoszą to wszystko, płacą grube pieniądze, tak bardzo chcą mieć dziecko. Oddałyby za to wszystko, sprzedają mieszkania, wydają wszystkie oszczędności.

 

Ona in vitro już nie chce. I nie chodzi o koszty, choć te 40 tysięcy złotych mieli wydać na coś zupełnie innego. Spróbuje innych metod, może znowu udrażniania jajowodów? Była u kilku specjalistów.

 

- Nie chcemy się poddawać, będziemy próbować – mówi. - Ale chciałabym, żeby ludzie wiedzieli, czym jest in vitro. To z jednej strony wspaniały rozwój medycyny, z drugiej - sprzedawanie marzeń o dziecku, gehenna finansowa, psychiczna i fizyczna. Oczywiście, są kobiety, którym się udaje, nie ma dyskusji. Ale to wcale nie jest takie łatwe, lekkie i przyjemne, jak się komuś mogłoby wydawać.

 

Magdalena Gorostiza

 

 

Tagi:

matka ,  ciąża ,  dziecko ,  in vitro ,  życie , 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót