Partner: Logo KobietaXL.pl

Jacek jest piętnaście lat po ślubie. Z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy chodzili z żoną i dziećmi na święta do jej lub jego rodziców. Żona zrobiła w domu jakieś śledzie czy sałatkę, zaniosła, co było trzeba. Ale pięć lat temu uznała, że czas przejąć pałeczkę, że rodzicom jest za ciężko.

 

- I od tamtej pory jest koszmar, bo żona rywalizuje ze swoja bratową. Święta muszą być najwspanialsze, wszystko domowej roboty, a stół musi się uginać od jedzenia – wzdycha Jacek. - Tak naprawdę u nas święta zaczynają się w połowie listopada.

 

Już wtedy żona buszuje po sklepach, szuka nowych świątecznych dekoracji, serwetek czy bombek.

 

- Mamy tyle tego badziewia w domu, że moglibyśmy przystroić salę gimnastyczną. Ale nie, zawsze musi być coś nowego. A to reniferek, a to srebrny Mikołajek, a to jakaś nowa bombka – wylicza Jacek. - Dla mnie to wywalone pieniądze w błoto. Nie lubię tego blichtru, tych świątecznych ozdób. Dla mnie wystarczy kilka, a nie obwieszanie domu dekoracjami, jak na jakimś odpuście.

 

Ale stara się nie odzywać, bo zaraz są uwagi. Że on nie rozumie, że jego matka zawsze była chłodna i powściągliwa. Że jak do niej chodzili na święta, to zamiast choinki były w wazonie gałęzie, a Kasia, żona Jacka dba o tradycję. Więc Jacek woli przemilczeć.

 

Potem zaczyna się dzielenie, gdzie wigilia, gdzie świąteczny obiad. Raz jest u brata żony, raz u nich. Jacek jest jedynakiem, jego rodzice też spędzają z nimi święta, choć do brata żony wolą nie przychodzić.

 

- Więc jak wigilia jest u nich to jeszcze pójdą, ale na świąteczny obiad nie chcą. W tym roku wigilia jest u nas, będzie cały tłum ludzi, brat, bratowa żony, ich dzieci, jej rodzice i nasi rodzice – wzdycha Jacek. - A moja żona musi odstawić pokazowe przyjęcie. Jak z tych reklam w telewizji.

 

W drugiej połowie grudnia zaczynają się generalne porządki. Przychodzi do pomocy pani Stasia i obie z żoną zaglądają do każdego kąta.

 

- Żona segreguje odzież, każe robić to samo dzieciom, wywalane są niepotrzebne rzeczy – mówi Jacek. - I super, tylko czy to akurat musi być robione w tym czasie? Nie można w styczniu? Żona jest pedantką, w domu u nas jest zawsze czysto.

 

Po generalnych porządkach, w domu trzeba prawie chodzić na palcach. Żeby nie nanosić, żeby nie pobrudzić. Zaczyna się gorączkowy czas przed świętami. Nic tak Jacka nie wkurza, jak robienie zakupów.

 

- Jeździmy po tych marketach, wózek puchnie w oczach. Pytam, po co ci tyle? Przecież u nas jest tylko wigilia. To nic nie daje, Kasia dostaje jakiejś manii. Mówiłem, bierz kartkę, kupuj tylko to, co naprawdę potrzebne – opowiada Jacek. - Ale zawsze jest jakaś okazja. Więc rośnie sterta produktów.

 

Potem zaczyna się wielkie gotowanie. Lepienie uszek, pieczenie ciasta. Oczywiście zawsze czegoś zabraknie, więc on musi być w „gotowości bojowej”. Zawsze w stresie, bo nie wie, czy dobrze wybrał.

 

- Dla mnie śmietana czy śmietanka to akurat wszystko jedno, nie wiem też czemu ma być akurat takie masło, a nie to, które jest najtańsze – wzdycha Jacek. - Krążę po tych półkach, staram się sprostać zadaniu, wykonuję telefony do domu, bo zaraz będzie awantura, że „nawet głupiego sera nie potrafię kupić”.

 

Ma też zawsze kupić choinkę i co roku słucha, że wybrał beznadziejną. Jacka ta atmosfera bardzo męczy. Chętnie pomógłby żonie, ale do kuchni nie ma wstępu. Proponował kilka razy, żeby kupić coś gotowego, ale żona natychmiast czuje się dotknięta. Bo raz, że gotowe to drożyzna, dwa, że jest niesmaczne.

 

- A ja kiedyś sprawdziłem cateringi i powiem tak, gdybyśmy wszystko zamówili, wydalibyśmy znacznie mniej na święta – mówi Jacek. - Bo kupiłoby się określoną ilość potraw, nie byłoby tego szaleństwa.

 

Nie byłoby półmisków z rybami, których nikt już po wigilii nie chce, śledzi w pięciu odsłonach, walających się po lodówce. Ilość jedzenia, która po świętach trafia u nich do kosza Jacka wręcz przeraża. Ale rozmowy z żoną nie przynoszą efektu.

 

- Idziemy na obiad do brata żony w pierwszy dzień świat, w drugi przyjdą do nas tylko moi rodzice – mówi Jacek. - Tymczasem mamy upieczone cztery rodzaje mięs i zrobiony pasztet. Kto to zje, ja się pytam?

 

Proponował już żonie, żeby wyjechali, że przecież mogą zabrać ze sobą rodziców. On chętnie pospacerowałby sobie gdzieś po górach, nie chce tego zamętu i bałaganu w domu. Tego obżarstwa, tych samych rozmów przy stole.

 

- Też by pewnie taniej nas wyszło – mówi Jacek. - Jakby tak wszystkie wydatki podliczyć, łącznie z tymi ozdóbkami, serwetkami i bóg wie czym. Ale żona o wyjeździe nawet słyszeć nie chce.

 

Patrzy na tę jej krzątaninę, na to jak jest zmęczona, jak ubolewa, że czasem coś się nie uda. Kasia już przed świętami jest poddenerwowana, a w święta nie ma już siły na nic.

 

- A ja się czuję, jak piąte koło u wozu. I komu to potrzebne, ja się pytam. Ja rozmawiam z kuplami i oni też mają świąt dosyć, są zmęczeni świętami, atmosferą w domu, narzekaniem na kupę pracy – mówi Jacek. - Żaden z nas nie wymaga od swojej żony takiej harówki. Wystarczyłby barszczyk i kawałek śledzia. Więc tak naprawdę, to kobiety same sobie fundują takie przygotowania. Wystarczy, gdyby spytały o to swoich mężów.

 

Magdalena Gorostiza

 

Tagi:

święta,  mąż,  zona,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót