Partner: Logo KobietaXL.pl

Oto jej doświadczenia dotyczące świat:

 

„Nie mam na imię Amelia, ale proszę mnie tak podpisać, bo gdybym podała prawdziwe imię, a mama albo teściowa przeczytały, to byłaby ciężka obraza. Z zainteresowaniem przeczytałam artykuł o pani Wandzie, która nie chce zapraszać już dzieci na święta. Bo ma dość zakupów, wydatków, roboty i sprzątania. Ma dosyć synowych, które przynoszą jakąś sałatkę i zasiadają za stołem. Jestem też synową. Teściowa uwielbia tradycyjne święta. Też musi być w domu błysk, dwanaście potraw na Wigilię, wypasiony świąteczny obiad. I nie wyobraża sobie, że jej synowie nie pojawią się w tych dniach. Moja mama jest podobna. Kocha zastawiony stół, a gdybyśmy odmówili przyjścia, to byłaby czarna rozpacz. Nie ma mowy, żeby nie przyjść i nie podzielić się opłatkiem. No i usiąść za stołem choćby na godzinkę… Mój brat też ma obowiązek, żeby być, ale jemu jest łatwiej, bo rodzice żony mieszkają w innym mieście, 60 kilometrów od nas. Więc po wspólnej Wigilii jadą do nich i tam zostają do końca świat. Nam się jednak nie odpuszcza. Więc zawsze najpierw Wigilia jest u mojej mamy. Staram się ją choćby trochę wyręczyć, robię więc jakąś rybę po grecku, sałatkę, czasami śledzie. Do teściowej też nie chce jechać z pustymi rękoma. Więc albo robię podwójne porcje, albo wymyślam co innego. Ostatnio na Boże Narodzenie życzyła sobie mój barszczyk.

 

Pozornie więc mam święta z głowy, bo jestem zaproszona do dwóch domów. Ale to tylko teoria. Mamy troje małych dzieci. Musi być obowiązkowo choinka, muszą być prezenty, domowe pierniczki. No i trzeba przygotować dania „na wynos”. Więc tak samo jak mama i teściowa latam po sklepach, potem stoję godzinami w kuchni. Też piekę jakieś ciasto, przygotowuję zimne mięsa. Bo coś trzeba zjeść i w domu, nie siedzimy dwunastu godzin w gościach. Nawet jeśli robię nieco mniej, to i tak mam kupę roboty. No i mam na głowie trójkę dzieci.

Z tego co tylko ja zrobię, mielibyśmy zupełnie wystarczające święta. My z mężem nie musimy mieć nie wiadomo ile jedzenia, wystarczyłyby po dwa, trzy dania. Więc ja najchętniej zostałabym w święta w domu, sama z rodziną. Nie musielibyśmy się stroić, mielibyśmy święty spokój. Położylibyśmy dzieci spać i obejrzelibyśmy jakiś film w telewizji. Nic z tego. Moje święta polegają na przygotowywaniu tobołów. Pakuję w pojemniki tę nieszczęsną rybę, sałatkę, barszczyk i co tam jeszcze mam. Muszę pamiętać, żeby siatek nie pomylić. Potem pakuję dzieci, dwójka jest mała, nosi pieluchy. Więc trzeba wziąć pampersy i ciuchy do przebrania, bo zawsze może być „wypadek przy pracy”. No i jeszcze sama muszę jakoś wyglądać, ubrać się, pomalować oraz odświętnie ubrać trójkę dzieci. Kiedy obładowani wychodzimy z domu, mam już dość świąt. Najpierw jedziemy do mojej mamy. Staramy się nie objadać, bo teściowa na nas czeka z zastawionym stołem. I co roku jest podobna śpiewka – czemu tak mało jemy, ona się tak napracowała…

Oczywiście zawsze któreś z dzieci pochlapie się barszczem, albo coś na siebie wyleje. Trzeba je przed wyjściem do teściowej przebrać. Zbieramy się do wyjścia, jest narzekanie, że tak szybko, że tyle jedzenia się zmarnuje. Jakby moja mama nie wiedziała, że tak jest co roku. Teściowa czeka już na nas z zegarkiem w reku. Wykładam kolejne pojemniki. Stół zastawiony pod sufit, my już praktycznie pełni. Ale zmuszamy się od nowa do jedzenia tego samego, śledzik, barszczyk, karpik. Za godzinę mamy dość, ale trzeba swoje odsiedzieć. Wracamy do domu około godziny 22, dzieci są nieprzytomne, marudzą. Kolejne dni świąt wyglądają identycznie. No ale według mojej mamy i teściowej, przychodzimy na gotowe. A ja zasiadam za stołem i w niczym nie pomagam. Bo to, co przynoszę to „samo się robi” i gnie w morzu innych potraw. Bo mając troje dzieci i pracując, nie mam prawa czuć się zmęczona.

Mogłabym tak godzinami. O tych świętach dzielonych na dwa domy, o tych świętach które tylko mnie męczą. Jednak nie ma żadnych wymówek. Mama i teściowa byłyby śmiertelnie obrażone, gdybyśmy się u nich codziennie nie pojawiali. Ale ja mam serdecznie dość. Tego gotowania, pakowania tobołów, wożenia dzieci po mieście. Mam dość tego, że nie możemy z mężem napić się wina, bo jedno musi być abstynentem, żeby wozić rodzinę. Mam dość słuchania tego, ile mama i teściowa się napracowały, naszykowały, a my jemy tyle, co nic. Nasze żołądki nie są przecież z gumy. Więc w tym roku zapowiedziałam mężowi, że będę w święta ciężko chora i leżę przez trzy dni w łóżku. Wigilię zjemy w piżamach. Dosyć wożenia się z pampersami i rybą po grecku.”

 

Amelia

 

Tu możecie przeczytać historię pani Wandy:

https://www.onet.pl/styl-zycia/kobietaxl/bardzo-kocham-moje-dzieci-ale-juz-ich-nie-zapraszam-na-swieta/l4sm3wq,30bc1058

 

 

Tagi:

święta,  synowa,  teściowa,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót