Partner: Logo KobietaXL.pl

- Żeby była jasność, synów i wnuki bardzo kocham, ale tradycja świąt w moim domu zaczęła mnie już dawno temu męczyć. Dlatego przestałam zapraszać na święta dzieci – mówi Wanda. - Robię się coraz starsza, coraz mniej miałam ochoty na tę bieganinę, zakupy, wystawanie w kuchni po nocy, a potem sprzątanie po gościach.

 

Tak ją jednak wychowano. Bo i u jej matki zawsze były rodzinne święta. I też taki był zwyczaj – ona jako córka, pomagała, brat z bratową przychodzili na gotowe. Wanda ma dwóch synów, synowe do pomocy nigdy się nie kwapiły. A ona uważała, że świąteczne spotkania cementują rodzinę, że należy ten zwyczaj kultywować.

 

- Synowe nigdy nie spytały, czy może coś trzeba, przyniosły ciasto czy sałatkę. Uważały, że to wystarczy, rozsiadały się za stołem – opowiada Wanda. - Wszystko było na mojej głowie. I najgorsze było to dzielenie, czy przyjdą do nas, czy do rodziców synowych.

 

To Wandę denerwowało najbardziej. Bo zawsze były jakieś dyskusje. Próbowali robić Wigilię na dwa domy, trochę u nich, trochę u drugich teściów. Jak najpierw przychodzili do Wandy, to był pośpiech z zegarkiem w ręku, jak Wanda była druga, przychodzili najedzeni, niczego na stole nie ruszali. Coś tam skubnęli z grzeczności.

 

- To potem dzieliliśmy, że u jednych rodziców Wigilia, u drugich obiad w Boże Narodzenie, starałam się mieć synów w jednym dniu jednocześnie. Podobnie było w Wielkanoc, śniadanie raz u nas, raz u tamtych – wzdycha Wanda. - Też nie zawsze się to udawało i bywały różne niesnaski.

 

A ona musiała być przygotowana. I na Wigilię i na dni świąteczne. Gotowała barszczyk, smażyła karpia, robiła sztandarowe rolady z indyka, piekła ciasto. Nakarmić dziesięć osób to już jest wydatek, każdy z synów ma dwójkę dzieci. Wanda już wcześniej odkładała na święta. Brała się też wcześniej do roboty. Sprzątała mieszkanie, żeby błyszczało. Zakładała świeże firanki.

 

- Też ten zwyczaj z domu wyniosłam, przed świętami zawsze była harówka – mówi Wanda. - Jakby te firanki były najważniejsze.

 

Przez lata jednak niczego nie zmieniała. Synowe były nauczone, że nie muszą niczego robić. I żadna z nich nigdy nie zaprosiła rodziców na święta.

 

- Czy swoim matkom pomagają, tego nie wiem. Może tam jest inny układ – mówi Wanda. - Mnie nie pomagały, a od synów nigdy nie wymagałam pomocy w kuchni, co też pewnie było błędem.

 

Ale potem przyszła pandemia i był lockdown. Ustalili, że nie będą się w święta odwiedzać, bo Wanda z mężem bali się koronawirusa. Mąż ma rożne choroby, nie chcieli ryzykować.

 

- I przed tymi pierwszymi świętami lamentowałam, że jak to będzie. I okazało się, że jest fantastycznie. Zrobiłam trochę żurku, upiekłam białą kiełbasę – mówi Wanda. - Oglądaliśmy z mężem telewizję, czytaliśmy książki. Wreszcie nie czułam się zmęczona.

 

Potem w Boże Narodzenie wprowadzili limity gości, ale Wanda dalej nie chciała ryzykować. Szczególnie, że mówiono, iż dzieci zarażają dziadków, choć one same nie mają objawów.

 

- I kolejne święta spędziliśmy sami. Szczerze? Zaczęło mi się to podobać – śmieje się Wanda. - Nie było żadnej roboty, zamówiłam w restauracji zestaw „Wigilia dla dwojga”. Nie było takie dobre, jak domowe, ale było wszystkiego po trochu. Na świąteczny obiad zrobiłam oczywiście ukochane roladki męża.

 

Ale co innego, gdy w domu są dwie osoby. Nie ma sterty garów, talerzy i półmisków. Wanda nie ma zmywarki, samo zmywanie trwało do północy. A teraz znowu miała czas wolny, obejrzała kilka filmów. Nigdy wcześniej nie mogła sobie pozwolić na taki luksus.

 

- Mąż też był zadowolony. My wszyscy mieszkamy w jednym mieście, więc nie jest tak, że nie widujemy synów czy wnuków – mówi Wanda. - Ustaliłam z mężem, że więcej świąt nie robimy. Jak chcą, to my możemy wpaść do nich na herbatę. Nie muszą nas żadnym obiadem podejmować. Wystarczy kawałek byle jakiego ciasta.

 

Oznajmiła swoją decyzję synom już kiedy minęła pandemia. Powiedziała, że nie ma już siły, że chętnie się z nimi spotka w święta, ale najlepiej u nich i bez żadnych zobowiązań. I że synowe przecież też mogą zrobić w domu Wigilię, Wanda z mężem zawsze chętnie przyjdą.

 

Zaproszeń do tej pory nie dostali, synowie wpadali w święta z wnukami na chwilę. Może synowe poczuły się dotknięte? Wanda tego nie wie, nie rozmawia z nimi o tym, czy one robią coś w domu, czy też dalej chodzą do swoich rodziców.

 

- Szczerze mówiąc nie bardzo mnie to interesuje. Jestem zadowolona, że wyzwoliłam się ze stereotypów. Drożyzna coraz większa, nie muszę się martwic, skąd wziąć na wszystko pieniądze – mówi Wanda. - Niebawem kolejne święta. Zechcą nas zaprosić to pójdziemy. Nie zechcą, też damy radę. Zjemy cokolwiek i wybierzemy się na długi spacer. Nic na siłę.

 

Magdalena Gorostiza

Tagi:

teściowa,  synowa,  święta,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót