Wiele lat była „normalna”, nie miała problemów z nadwagą. Nawet nie musiała się bardzo trudzić, jadła właściwie, co chciała. Cieszyła się, że ma „takie geny”. 

 

- Nigdy specjalnie też nad tym się nie zastanawiałam, bo chyba miałam w sobie jakieś przekonanie, że tak będzie zawsze. Nie musiałam stosować diet, katować się ćwiczeniami, choć urodziłam dwójkę dzieci – opowiada Dorota.

 

Niestety, przed czterdziestką zachowała na nerki. Lekarz przepisał jej sterydy. Wśród rożnych objawów ubocznych, które powodują leki z tej grupy, jest nagły wzrost wagi.

 

- Zaczęłam tyć, zrobiła mi się gruba szyja, nagle zaczął rosnąć mi brzuch. Z osoby, która zawsze była szczupła, zaczęłam zmieniać się w kobietę z nadwagą. Miałam i mam do tej pory ogromny apetyt, dziś mogę o sobie powiedzieć, że jestem gruba. Tylko czy z tego powodu powinnam być pod obstrzałem, czy naprawdę liczy się wyłącznie wygląd? – pyta retorycznie Dorota.

 

Nie polubiła swojego nowego wizerunku w lustrze, ale postanowiła się ne przejmować. Nie brała wszak sterydów dla przyjemności, musiała je brać, żeby wyzdrowieć. Jednak zmiana sylwetki wywoływała szereg komentarzy.

 

- Głównie wśród znajomych, których nie widziałam jakiś czas. Nawet jeśli nic nie mówili, widziałam ich wyraz twarzy. Czasami było to gorsze od wielu słów. Albo od pytań, co się ze mną stało. Czy naprawdę muszę się ludziom tłumaczyć z powodu tego, jak wyglądam? Naprawdę wolno tak kogoś oceniać? Nigdy wcześniej nie miałam takich doświadczeń. Nagle okazało się, że  nie liczę się ja, jako ja. Że najważniejszy jest mój wygląd – mówi Dorota.

 

Zaczęło dochodzić do tego, że unikała wyjść z domu. Nie chciała chodzić na proszone kolacje, nie chciała znosić tych spojrzeń. Lepiej się czuła wśród obcych ludzi, którzy nie wiedzieli, jak wyglądała wcześniej. I jeśli nawet i oni nie patrzyli przychylnie na jej tuszę, nie miała w sobie poczucia, że dopuściła się jakiejś zbrodni.

 

- Bo wśród znajomych czułam się jak wyrzutek, jak osoba, która popełniła jakieś przestępstwo. A ja nie miałam ochoty każdemu tłumaczyć, że jestem chora, że mój wygląd to wynik przede wszystkim branych leków – opowiada Dorota.

 

A przecież w środku została taka sama. Mądra, inteligentna, oczytana kobieta. Ma dobrą pracę, jest lubiana. Dlaczego tego nikt nie widział?

 

- I to jest dla mnie straszne, że tak powierzchownie ocenia się ludzi. Że ceni się tylko tych, którzy są szczupli, że grubi są jakimiś wyrzutkami, pariasami społeczeństwa – podkreśla Dorota stanowczo.

 

Może gdyby miała wsparcie w domu, byłoby z tym jej jakoś łatwiej. Ale zmiany w jej wyglądzie komentował i jej mąż i jej matka. Od męża słyszała ciągle, że powinna mniej jeść, przejść na dietę, coś ze sobą zrobić. Wtórowała mu jej własna matka.

 

- Zamiast troski o moje zdrowie, była troska o moje parametry. Matka nawet zasugerowała, że może lepiej tych leków nie brać, skoro mam być taka gruba! Jakby bycie przy kości miało być największym nieszczęściem. Ja spodziewałam się raczej wsparcia, niż ciągłych uwag pod swoim adresem. Im częściej mąż mówił mi, żebym wreszcie schudła, tym więcej jadłam. Chyba ze stresu. Zaczęłam też jeść w ukryciu. Ktoś kto nie był gruby, nie zrozumie tego. Zaczynasz się wstydzić, że w ogóle jesz. Zamawiasz ciastko w kawiarni i widzisz te ironiczne spojrzenia wkoło. „Nie dość, że gruba, to jeszcze ciastka żre”. To jest prawdziwy koszmar. Dlatego starałam się nie jeść przy ludziach. Ograniczałam się, jak mogłam. Ale nie ukrywam, że potem w domu, najczęściej kiedy byłam sama, zajadałam swoje smutki – opowiada Dorota.

 

Podjęła kilka prób odchudzania, efektów nie było, tyła tylko potem jeszcze więcej. Próbowała mężowi wytłumaczyć, że swoimi komentarzami robi jej zwyczajnie krzywdę, że jest jej z powodu jego tekstów przykro. W końcu o odchudzaniu przestał już mówić. Ale Dorota widzi, jak na nią patrzy. Od czasu kiedy tak utyła, praktycznie nie uprawiają seksu.

 

- On twierdzi, że przestałam go pociągać, choć sam wcale nie jest taki chudy. Przywykłam już do tego, trudno. Ale ostatnio mi powiedział, że chyba nie powinnam ubierać kostiumu na plażę. Zapytałam go więc, w czym mam tam siedzieć? Zawinięta w jakiś worek? Wzruszył tylko ramionami i na tym skończyła się dyskusja – opowiada Dorota.

 

Ale przez swoja historię chce pokazać, że nic nie jest nam dane na zawsze. Że ważne chyba powinno być, to jacy jesteśmy, a nie jaki nosimy rozmiar.

 

- Dopóki jednak media będą lansować chude modelki, nie widzę szans na zmiany społeczne. Grubi stali się wykluczeni, są na celowniku, są postrzegani jako istoty gorszej kategorii. I nikogo nie obchodzi, dlaczego ktoś nagle przytył, co takiego się w jego życiu stało. To on jest wyłącznie winien, bo otyłość to w świecie szczupłych oznaka lenistwa i braku silnej woli. A nie zawsze taka jest prawda – mówi Dorota.

 

Dlatego Dorota opowiada o sobie i uważa, że nawet jeśli jedna osoba zmieni swoje nastawienie do kogoś znajomego grubego, po przeczytaniu jej historii, to było warto o tym powiedzieć.

 

- Powstrzymajmy się od tych spojrzeń, od głupich komentarzy. One nie pomagają, robią tylko niepotrzebną krzywdę – mówi. 

 

Imię bohaterki zmieniono na jej prośbę.

Tagi:

otyłość,  nadwaga,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót