Jakby było, gdyby wzięła matkę? - to pytanie zostanie z nią już na zawsze, podobnie jak te nieszczęsne wyrzuty sumienia. Może trzeba było inaczej problem rozwiązać? Tylko jak? przecież podejmowała próby, zadanie ją przerosło. Mąż wsparcia odmówił, wiele osób twierdzi, że miał do tego prawo.

 

- A ja już sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Kiedyś ludzie w domach, wśród bliskich umierali. Ale kobiety wówczas nie chodziły do pracy. Trudno jest pogodzić wszystkie obowiązki. Choć tak sobie myślę, że gdyby mama była u nas, jakoś dałabym radę – wzdycha ciężko Krystyna.

 

Jest jedynaczką i było wiadomo, że opiekę nad matką będzie mieć wyłącznie na swojej głowie. Matce dużo zawdzięczała, bo kiedy urodziły się dzieci Krystyny, jej matka przeszła na wcześniejszą emeryturę, żeby pomóc młodym.

 

- Myśmy wówczas na dorobku byli, mąż rozkręcał firmę, potem dom żeśmy budowali. Bez pomocy mamy byłoby trudno. Bawiła nam dzieci, obiady gotowała. Nie przepadali za sobą z mężem, on twierdził, że mama to robiła, aby czuć się ważna i niezastąpiona. Ja uważam, że robiła to z serca – opowiada Krystyna.

 

Tak czy owak, oni mogli czuć się wolni. Mama zostawała, ile było trzeba. Latem babcia zabierała dzieci do siebie na działkę, mogli sami z mężem wyjechać na urlop, odpocząć od kieratu. Nie wszyscy tak mieli, koleżanki zazdrościły Krystynie takiej pomocy ze strony matki.

 

- Ale to już przeszłość, dzieci są dorosłe, rozjechały się po świecie. Kilka lat temu moja mama zaczęła chorować. Na początku chodziłam do niej codziennie i to wystarczało, ale sprawy zaczęły się komplikować – mówi Krystyna.

 

Mama mieszkała w bloku na trzecim piętrze bez windy. Zaczęła mieć kłopoty z chodzeniem, zaczęła się demencja. Strach było zostawiać ją samą w domu, bo nie wiadomo było, co wymyśli. Bo po mieszkaniu nadal sama chodziła, tyle, że nie mogła już zejść na dół ze swojego piętra.

 

- Pomyślałam wówczas, że najlepiej będzie, jak mama się do nas przeprowadzi. Dom jest duży, mamy nawet na dole pokój gościnny z oddzielną łazienką. Ale mąż zaprotestował. Powiedział, że on nie po to tyle lat harował, żeby teraz patrzeć na chorą teściową i znosić jej chodzik i szuranie kapci. I jej głupie teksty, bo faktycznie mama czasami coś plotła od rzeczy – wzdycha znowu Krystyna.

 

To był dla niej policzek, bo uważała, że skoro matka tyle im pomogła, zięć mógłby ją przyjąć pod swój dach na stare lata. Ale siostra męża poparła brata. Też powiedziała, że Krystyna nie zdaje sobie sprawy, co oznacza taka opieka, że zaraz w domu pojawią się obce osoby pod postacią opiekunek, że traci się całą prywatność.

 

- „A twojej matce i tak już wszystko jedno, bo niewiele rozumie. My mamy z naszą ustalone, że jak jej się pogorszy, to pójdzie do domu opieki. Sama sobie nawet ten dom wybrała.” - tak mi to tłumaczyła. I mówiła, że jej brat też już młody nie jest, dalej ciężko pracuje i ma prawo do spokojnego życia – opowiada Krystyna.

 

Ona matki nigdzie oddawać nie chciała. Zaczęła się gehenna. Krystyna nadal pracuje, pracy rzucać nie chciała. Stale poszukiwała nowych opiekunek, wydawała na nie majątek, a matka była i tak niezbyt dobrze zaopiekowana. Sama jeździła do matki codziennie, próbowała żyć na dwa domy. Przenieść na stałe do matki się nie mogła, bo nie wyobrażała sobie życia kompletnie bez męża. Poza tym mają psa i dwa koty, a on stale jeździ w interesach. Krystyna kocha swoje zwierzęta na zabój i nie wyobrażała sobie zostawienia ich bez opieki.

 

- Żyłam tak prawie dwa lata. Byłam cieniem człowieka. W weekendy opiekunki nie chciały przychodzić, jeździłam do matki po kilka razy dziennie, czasami spędzałam u niej noce. I cały czas złorzeczyłam w duchu na męża, choć czasami obserwując zachowanie matki, wiedziałam, że on by chyba tego nie zdzierżył – mówi Krystyna.

 

Ale w końcu i ona poległa. Miała kompletnie dosyć. Nieodpowiedzialnych opiekunek, życia na dwa domy, braku chwili czasu nawet na to, by zająć się w lecie ukochanym ogrodem. Znalazła dobry dom opieki, odesłała tam matkę.

 

- Prawda jest taka, że odetchnęłam, jakbym wyszła z więzienia na wolność. Z drugiej strony miałam wyrzuty sumienia. Człowiek to naprawdę istota dość dziwna – mówi Krystyna.

 

Do matki jeździła dwa razy w tygodniu. Starsza pani już jej nie poznawała, stan jej zdrowia się pogarszał. Potem przyszła pandemia i odwiedzin nie było. Matka zmarła kilka miesięcy temu. Krystyny przy niej nie było, dostała z domu opieki telefon.

 

- I to mnie tak wówczas ruszyło, że matka zmarła samotnie, między obcymi ludźmi. Że może mogło być inaczej, może mogła u nas w domu umrzeć. Tego mężowi chyba nigdy nie wybaczę, że nie dał mi nawet spróbować. Może też bym podjęła taką samą decyzję, może też nie dałabym rady. Ale myślę, że nie miałabym wówczas takich wyrzutów sumienia – mówi Krystyna smutno.

 

Magdalena Gorostiza

 

PS Imię i niektóre szczegóły zostały zmienione

Tagi:

starość,  opieka,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót