- Ja miałam u niej jak przysłowiowy pączek w maśle. Nawet niczego robić nie musiałam. Więc wszyscy się dziwili, dlaczego? Moja własna matka stwierdziła, że jestem zwyczajnie głupia – opowiada Ewa.

 

Swojego męża Pawła poznała w szpitalu, kiedy była na stażu. Miał lat 30, był o dziwo wolny. Zawsze świetnie ubrany, grzeczny, profesjonalny, przystojny. Lekarz uwielbiany przez pacjentki. Jego matka była wówczas ordynatorem na innym oddziale, ale i tak każdy wiedział, że to ona załatwiła mu pracę. Nikt jednak nie miał o to pretensji, bo Paweł zapowiadał się na świetnego fachowca. Więc czemu matka miałaby nie pomóc synowi, który jest zwyczajnie w tym co robi, dobry?

 

- Mnie też teściowa załatwiła pracę. W tamtych latach etat na oddziale to był marzenie ściętej głowy. Ona pociągnęła za swoje sznurki i pstryk, było dla mnie miejsce. Ale już wtedy było wiadomo, że niebawem będę jej synową – mówi Ewa.

 

Teściowa była ustosunkowana, miała rożne znajomości. Bycie ordynatorem daje takie profity. Jej mąż, też lekarz, zmarł nagle gdy Paweł miał 13 lat. Od tamtej pory teściowa poświęciła się synowi i pracy.

 

- Była między nimi taka dziwna symbioza, rozumieli się bez słów, zawsze wobec siebie byli uprzedzająco grzeczni. Ona chodziła z Pawłem na mecze, wyjeżdżali razem na wakacje. Czasami miało się wrażenie, że nikt więcej im nie jest do szczęścia potrzebny – stwierdza Ewa.

 

Ona zakochała się w Pawle bez pamięci, dziś nie wie, czy z oby na pewno z wzajemnością. Była idealną kandydatką na żonę. Jej rodzina mieszkała daleko, pochodziła z niedużego miasteczka, nie miała żadnych układów, żadnych znajomości. Więc z założenia powinna być uległa.

 

- Powinno mnie tknąć, kiedy moja jeszcze wówczas przyszłą teściowa stwierdziła, że chętnie mnie do rodziny przyjmą. To ja miałam z Pawłem budować rodzinę, a nie stać się częścią trójkąta. Myślę dziś, że to teściowa wybierała mu żonę, bo chciała mieć wnuka, żeby był spadkobierca. Inaczej by Pawła trzymała dla siebie. A jemu było tak wygodnie – mówi Ewa.

 

Teściowa z synem mieszkali w pięknym domu z dużym ogrodem. Ewa chciała, żeby zamieszkali oddzielnie. Paweł uznał jednak, że to byłaby z ich strony głupota. Dom był wystarczająco duży, a matka nie będzie się czuła samotna. Zakochana Ewa dała się przekonać, tym bardziej, że teściowa była wobec niej zawsze bardzo grzeczna.

 

- Najśmieszniejsze jest to, że to nie była taka teściowa hetera. Wiesz, wałki na głowie, kiepska garsonka, jakieś wieczne uwagi czy pretensje. To była kobieta nosząca jedwabie, ubierająca się awangardowo. Zawsze zrobiona fryzura, zadbane ręce. Nigdy nie mówiła podniesionym głosem, zawsze gotowa do pomocy. A jednak im dłużej z nią mieszkałam, tym bardziej nie mogłam jej ścierpieć – opowiada Ewa.

 

Ewa nie sprzątała ani nie gotowała, bo dwa razy w tygodniu przychodziła, jak to teściowa mówiła „kobieta”. „Kobieta” czyli pani Lodzia, robiła porządki, prasowała, myła okna, pastowała podłogi. Była teściowej dozgonnie wdzięczna, bo teściowa wyleczyła jej córkę.

 

- Ale teściowa świetnie jej płaciła, dawała rożne rzeczy. Nie było tak, że wykorzystywała panią Lodzię. Ona umiała owijać sobie ludzi dookoła palca, uzależniać od siebie. I tak samo uzależniła Pawła – opowiada Ewa.

 

Jej mąż wiedział, że dostatnie życie zawdzięcza głównie pieniądzom matki. Sam jeszcze na dorobku jako młody lekarz, nie miałby luksusowego samochodu czy egzotycznych wakacji. Oczywiście jeździli we trójkę, teściowa zawsze brała oddzielny pokój. Niby się na tych wyjazdach nie narzucała, ale wiadomo było, że nigdzie przecież bez niej sami nie pójdą.

 

- I to ona była zawsze w centrum uwagi, umiała skupiać wokół siebie ledwo poznanych ludzi. Zawsze miałam przy niej wrażenie, że jestem jakaś gorsza, jakiś dodatek do niej i do Pawła, bo syna też umiała świetnie zareklamować. I znowu, niby była wobec mnie miła i grzeczna, ale to powoli stawało się niestrawne – opowiada Ewa.

 

Podobnie jak życie pod jednym dachem. Paweł na przykład oznajmiał Ewie, że jedzie z matką z wizytą do ciotki. Pytał, czy ona się z nimi wybierze. Ewę coraz bardziej denerwowały takie sytuacje.

 

- Najgorsze jednak było to, że jej sypialnia była za naszą. Dzieliła nas tylko łazienka. W dni powszednie każdy się spieszył, ale w weekendy teściowa schodząc na dól ni to pukała, ni drapała w nasze drzwi, oznajmiając, że idzie parzyć kawę. Nie wchodziła, ale ja zawsze zastanawiałam się, kiedy w końcu wejdzie i wskoczy nam do łóżka. Zaczęłam mieć dosyć tej złotej klatki, życia w tym dziwnym trójkącie – mówi Ewa.

 

Postawiła mężowi warunek, zaczną wreszcie żyć sami, na swój rachunek kompletnie oddzielnie. Paweł stanowczo odmówił, powiedział, że jest mu tak dobrze, że Ewa histeryzuje, bo ma pod nos podetknięte wszystko. On matki nie zostawi dla jej fanaberii, nie widzi też powodu, by nagle obniżać standard swojego życia. Ewa miała jednak dosyć.

 

- Znalazłam etat w szpitalu w niedużym miasteczku, niedaleko od rodziców. Szpital zapewniał mieszkanie. Wyjechałam, złożyłam papiery o rozwód – mówi Ewa.

 

Zadomowiła się w nowym miejscu, kilka lat później wyszła za mąż. Mieszkają z mężem sami, choć jej obecna teściowa też mieszka w pobliżu.

 

- Ale to inna rozmowa, to inna kobieta. Bywamy dość często u niej, uwielbiam te spotkania, bo mama fajnie opowiada i w dodatku robi świetne pierogi i ciasto. Ale ona kompletnie nie wtrąca się w nasze życie – opowiada Ewa.

 

Ewa ma kontakt z koleżankami z dawnej swojej pracy. Wie, że Paweł ponownie się ożenił, ma teraz żonę znacznie młodszą od siebie. Mają jednego syna, mieszkają z matką Pawła. Nowa synowa też jest lekarką. Kiedyś się skarżyła, że chciałaby mieć więcej dzieci, ale teściowa twierdzi, że jedno wystarczy.

 

- I jakoś mnie to nie dziwi, że więcej dzieci nie będzie. Dlatego ja musiałam uciekać, choć wszyscy mi zazdrościli – mówi Ewa.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione

Tagi:

teściowa,  synowa,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót