Jej historia jest jedną z wielu samotnych matek niepełnosprawnych dzieci.

 

- Przepraszam z góry wszystkich ojców, którzy pomagają, zostali, bo wiem, że i tacy są. Ale wielu mężczyzn nie wytrzymuje tej presji. Nie potrafią pogodzić się z faktem, że dziecko nie jest idealne, nie chcą się poświęcać, odchodzą. My zostajemy same, przywiązane do dzieci już do końca życia – mówi Iwona.

 

Już kiedy Martyna się urodziła, były symptomy, że coś jest nie tak, choć badania robione w ciąży pokazywały, że będzie zdrowa dziewczynka. Komplikacje okołoporodowe sprawiły jednak, że stało się inaczej.

 

- Ale póki szukaliśmy ostatecznej diagnozy, były jakieś nadzieje od różnych pseudoterapuetów, to mąż z nami był. Kiedy okazało się, że niczego nie da się zrobić, zrejterował – mówi Iwona.

 

Martyna jest dziś w liceum i świetnie się uczy. Ale jeździ na wózku, nie chodzi, ma pampersa, wymaga całodobowej opieki. Mówi niewyraźnie, ale Iwona podkreśla, że po kilku spotkaniach z dziewczynką bez problemu można ją zrozumieć. Ma indywidualne nauczanie w domu.

 

- To też była swoista walka, bo ludziom się wydaje, że jak ktoś jest na wózku, bełkocze, jest spastyczny, to musi być niedorozwinięty umysłowo. Ile przez to Martyna łez wylała, słuchając uwag obcych ludzi. A moja córka jest inteligentna i bardzo wrażliwa. Piękny umysł zamknięty w niepięknym ciele – wzdycha Iwona.

 

Więc tym bardziej boli postawa byłego męża, który zapomniał o chorej córce. Nie ma nawet życzeń na urodziny czy święta.

 

- Jak miała trzy lata powiedział mi, że nie umawialiśmy się na kalekie dziecko. I zniknął. Płaci alimenty, nawet spore, to fakt. Ale nic poza tym. Od Martyny odwrócili się też dziadkowie ze strony męża. Dodam, że wszyscy wierzący, wszyscy katolicy. Ślub musiał być kościelny, a jakże. Teściowa co tydzień na msze lata. Ale jak jej syn nas zostawił to stwierdziła, że jest zbyt wrażliwy na takie rzeczy. Że muszę go zrozumieć i mu wybaczyć – mówi Iwona. I podkreśla, że nie potrafi jednak zrozumieć tego, że można własne dziecko ot tak, wygumkować ze swojego życia. Martyna bardzo przeżywa fakt, że ojciec nie chce z nią kontaktów. Wie, że ma inną rodzinę i drugą, zdrową córkę.

 

A życie Iwony nie rożni się niczym od życia innych samotnych matek, mających niepełnosprawne dzieci. Masa pracy, rehabilitacja, opieka nieustająca. Martyna jest coraz większa, kręgosłup boli, więc przychodzą myśli, ile sił jeszcze starczy?

 

- Moi rodzice pomagają, ale też już sił brakuje. Na szczęście mamy jakieś tam pieniądze. Jak mówiłam, mężowi się dobrze powodzi, płaci wysokie alimenty, czasami ekstra coś nawet wyśle. Myślę, że w gruncie rzeczy zabijają go wyrzuty sumienia i tak próbuje je uspokoić. Ale wiem, że są matki, które nie dostają ani grosza. Więc doceniam te gesty, choć nie ukrywam, że bardzo bym chciała, żeby do córki się kiedyś odezwał – mówi Iwona.

 

Opowiada swoją historię, bo może coś do takich ojców dotrze? Może zrozumieją, że to jednak ich dzieci, których nie powinno się ze swojego życia skreślać?

 

- Niedługo święta, może jakaś kartka, paczka ze słodyczami, choć oczywiście najlepsza byłaby wizyta. Nasze dzieci czuja tak samo jak inne, los je mocno skrzywdził, to nie ich wina, że urodziły się chore. Martyna o tym nigdy nie mówi, ale wiem, że marzy, by ojciec nawiązał z nią kontakt – wzdycha ciężko Iwona.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione.

 

Tagi:

niepełnosprawność,  kalectwo,  porażenie mózgowe,  matka,  dziecko,  ojciec,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót