Partner: Logo KobietaXL.pl

- Podjęłam jedną dobrą decyzję, zainspirowana lekturą książki. To otworzyło mi drogę do nowego życia – mówi. Ale zanim do tego doszło, wiele lat spędziła sądząc, że nie da się odmienić swojego losu.

Nigdy nie była szczupła i wiotka, nawet jako młoda dziewczyna. Ale wtedy mąż mówił, że „kochanego ciała nigdy dość” i nie przeszkadzały mu jej kształty.

- Ja taka dorodna „kobić” zawsze byłam zawsze, pulchna, ale proporcjonalna – śmieje się do słuchawki, bo rozmawiamy przez telefon. I kiedyś to nie przeszkadzało mężowi, jak ślub brali miała rozmiar 44.

Mieszkają rzut beretem od Warszawy, mąż prowadzi z teściem własną firmę. Zaczynali praktycznie od zera, Martyna od ślubu pracuje z nimi, wiele rzeczy tylko ona potrafi załatwić. Mają dwóch synów, młodszy jest w podstawówce, starszy już w liceum.

- Ja to taka zwykła kobieta jestem, wiele mi do szczęścia nie trzeba. Praca, dom zawsze posprzątany, domowe obiady świeże ciasto. Sądziłam, że i mężowi to wystarczy, przynajmniej tak było na początku – mówi.

Jeść lubi i nie ukrywa tego. Teraz ma rozmiar 48. Jej to jednak by nie doskwierało, gdyby nie zachowanie męża.

W biznes wstrzelili się doskonale, firma się rozwinęła, zaczęli zarabiać poważne pieniądze. Na Martynie to wrażenia nie robiło, dalej sama sprzątała, piekła ciasto. Ale mąż zaczął wyjeżdżać na targi, na spotkania biznesowe, w głowie mu się zakręciło jak patrzył, jak żyją inni. Nagle Martyna stała się nie taka jak trzeba, nie ma odpowiedniego wizerunku dla żony bogatego faceta, który ciągle kupuje najnowsze modele mercedesa.

- I zaczęło się wypominanie mojego wyglądu, że jestem gruba, że żrę coś ciągle, żebym popatrzyła wreszcie w lustro – opowiada Martyna.

Raz, drugi można gorzka pigułkę przełknąć, ale słuchanie tego na okrągło sprawiło, że poczuła się kompletnie bez wartości. Przestała nawet jeść cokolwiek przy mężu, bała się kolejnych wymówek, że się obżera, że wygląda jak słonica, że nijak nie jest podobna do żon kolegów biznesmenów, kobiet wypielęgnowanych i szczupłych.

- Najgorsze było to, że nawet się nie hamował przy dzieciach, starszy syn zawsze mnie pocieszał, ale młodszemu zrobił wodę z mózgu. Mały zaczął przebąkiwać, żebym na wywiadówki nie chodziła,bo wstyd mu z powodu takiej matki – opowiada dalej Martyna.

Jak się wtedy czuła? Strasznie, odrzucona, niekochana, bez żadnej wartości. Potem było tylko gorzej, bo jej mąż wzorem innych kolegów, zaczął nagle pasjonować się golfem. Znikał z domu na weekendy, wyjeżdżał do drogich hoteli w Polsce, latał ze znajomymi na Wyspy Kanaryjskie, do Turcji.

- Zapytałam go, dlaczego mnie ze sobą nie weźmie, bo wiedziałam, że inne żony tez jeżdżą, nawet jak nie grają w golfa. Powiedział wtedy: Wstyd mi pokazać ciebie kolegom gruba krowo! I tak skończyła się dyskusja – mówi Martyna.

Seks się skończył, życie małżeńskie również. Ona jednak karnie pracowała, gotowała, piekła ciasta, podsuwała pod nos smakołyki.

- Głupia byłam, oj głupia. Ale to ze strachu. Myślałam, a co jak mnie zostawi? Gdzie ja pójdę z dziećmi? Dom stoi na działce teściów, ja całe życie w tym jednym zakładzie, gdzie ja bym robotę znalazła? - tego bała się najbardziej.

Ale kiedyś w jakiejś księgarni wpadła jej w ręce książka o przemocy psychicznej. Przeczytała, zrozumiała, że sama jest ofiarą, że wcale tak dłużej żyć nie musi. Książka to jedno, ale jak to wcielić w życie? Pojechała do pani psycholog, ta zaproponowała terapię grupową.

- Powiedziała, że dla mnie to będzie lepsze, że potrzebuję zobaczyć siebie oczami innych ludzi, dostać od nich feedback. A ja nie wiedziałam nawet wtedy, o czym ona mówi – śmieje się Martyna.

Na zajęcia jeździła raz w tygodniu, w domu powiedziała, że jeździ na spotkania w kościele, bo szykuje się do pielgrzymki. Mąż ryknął śmiechem, że jak przejdzie piechotą do Częstochowy to i może trochę sadła zgubi. Ale ona już zaczynała nowy rozdział i spokojnie przełknęła kolejną zniewagę.

- W grupie poznałam inną „golfową wdowę”, nie wiedziałam nawet, że jest takie określenie. Ona akurat miała problem z córką, ale były kobiety szczupłe i zadbane, również z problemami w związkach – mówi Martyna.

Otworzyły jej się oczy. Zobaczyła, że najlepsze ciuchy i figura wcale nie muszą dawać szczęścia. Została w pełni zaakceptowana, przywoziła czasami swoje wypieki, które robiły furorę wśród uczestników. Dowiedziała się, że ze swoją wiedzą w tym niszowym biznesie znalazłaby super pracę od ręki.

- Tak powoli budowałam swoje nowe ja. Dzwoniłyśmy do siebie, byłam zdumiona, że nagle mam takie „miastowe” koleżanki. Zaprzyjaźniłam się z „golfową wdową”, umawiałyśmy się w weekendy na różne wypady. Powiedziała mi, żeby nie żałowała tych wyjazdów z mężem, bo te kobiety co grają, noszą głowy wysoko i te niegrające żony traktują z dystansem. A gadanie jest tylko o jednym – kijach, dołkach, wynikach, turniejach. Dlatego ona przestała jeździć, choć dla niej pasja męża nie stanowiła akurat żadnego problemu – mówi Martyna o dobroczynnych skutkach terapii.

W domu nadal było bez zmian, wyszydzający mąż, traktujący ją jak zero. Po pół roku podjęła decyzję.

- Trzęsłam się w środku jak osika. Ale zrobiłam to – mówi z satysfakcją Martyna.

Któregoś dnia, jak leżał na kanapie w salonie i oglądał telewizję, weszła do pokoju i zawołała chłopców. Wyłączyła pilotem telewizor i nie zważając na protesty męża, powiedziała, że ma dla wszystkich ważny komunikat.

- Powiedziałam, że nie życzę sobie takiego traktowania i wyzywania mnie od tłustych czy grubych krów. Że jak mężowi nie odpowiada życie ze mną, niech sobie mieszkanie gdzieś kupi i się wyniesie, bo stać go na to. Synom zakomunikowałam, że jak się matki wstydzą, to mogą zostać z ojcem, wtedy ja zniknę z ich życia. Trzeba było widzieć ich miny, jak w tej reklamie – bezcenne – mówi Martyna i dodaje, że jak już wszystko powiedziała, sama była zdumiona, że poszło jej tak łatwo. Że ten strach, który ją całe lata paraliżował, nagle zniknął i poczuła euforię.

Od tamtej pory zmieniła swoje życie, przestała się starać, obiady gotuje raz na dwa dni albo kupuje coś w garmażerce. Raz w tygodniu przychodzi dziewczyna do sprzątania i prasowania, bo Martyna powiedziała też wtedy, że ma dosyć bycia darmową służącą. Jej małżeństwo nie rozkwitło, nie jest wcale tak jak dawniej. Raczej żyją każde swoim życiem, ale ona już bez stresu zjada lody wtedy, kiedy jej przyjdzie na to ochota. Rozwodu nie chcą oboje, bo wiążą ich dzieci, pieniądze i biznes.

- Jest w porządku, synowie i mąż nagle nabrali do mnie szacunku. On wie, że beze mnie byłoby im w zakładzie trudno, bo ja znam wszystko od podszewki. Może nie jest to związek idealny, ale ja uważam, że wszystkiego mieć i tak nie można – mówi Martyna.

Z „golfową wdową” jeżdżą w weekendy do SPA, wspólnie spędziły zagranicą ostatnie wakacje. Martyna dużo się od niej nauczyła i choć są bardzo różne dobrze im razem w swoim towarzystwie. Mąż dalej gra w golfa, biznes nawet mimo pandemii idzie nadal bardzo dobrze.

- Można jednak zmienić swoje życie, podnieść do góry głowę - mówi Martyna i dodaje, że wygląd jest w życiu mało istotny. Bo jak człowiek przestaje się bać to zaczyna i siebie akceptować. Ona dalej nosi rozmiar 48 i zwyczajnie jej z tym dobrze.

 

Magdalena Gorostiza

Na prośbę bohaterki ze względu na dobro jej dzieci, imię i niektóre szczegóły zostały zmienione.

Tagi:

otyłość ,  związek ,  życie ,  toksyczny związek , 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót