W salonie jest telewizor, więc mąż między odpowiedziami na maile i rozmowami przez telefon, ogląda sport albo wiadomości. Słuchawek nie chce założyć, bo mówi, że musi słyszeć, czy ktoś przypadkiem nie dzwoni. Syn, na szczęście ma słuchawki, więc nie słyszę tych strasznych odgłosów z jego gier. Ale też nie wiem, kiedy gra, a kiedy się uczy. Jest mi to zresztą obojętne.

Jemy przede wszystkim fast foody, bo zapał do gotowania straciłam. Najpierw wymyślałam jakieś zdrowe potrawy, teraz mi się nie chce. Zamawiamy pizzę, hamburgery, bo tak jest najprościej. Ja od rana chodzę w dresie, mąż od czasu do czasu zakłada koszulę i krawat, bo miewa wideokonferencje.

Przeczytałam tony książek, obejrzałam dziesiątki filmów. Nie mam ochoty ćwiczyć jogi czy uprawiać mindfulness, nie mam ochoty słuchać o tym, że pandemia to czas na szukanie sensu w życiu. Kilka razy w tygodniu jeździłam na fitness, uwielbiam kino, ale KINO, duży ekran, fotele, ciemność. Kocham TEATR, ale nie mogę oglądać teatru w komputerze, bo to jest jakaś okropna namiastka. Mąż chodził grać z kumplami w kosza, do kina chodziliśmy wspólnie, spotykaliśmy się ze znajomymi, wyjeżdżaliśmy na weekendy.

Teraz nikt się z nikim nie spotyka, bo i po co? O czym mamy rozmawiać, skoro nic nowego się nie dzieje? O książkach ostatnio przeczytanych i o tym, kto zachorował na koronawirusa? Nikomu się nie chce i nikt nie chce ryzykować zakażenia. Często nie wiem, jaki mamy dzień tygodnia. Odwalam swoją pracę, mogę to robić nawet w nocy. Potem siedzę na kompie i oglądam jakieś oferty. Niczego nie kupuję, bo nigdzie nie wychodzę, sterty butów, torebek, swetrów, to wszystko wydaje mi się teraz zbędne. Na zakupy na targ też jeżdżę w dresie, nie widzę sensu, żeby się przebierać. Nie jestem fanką spacerów, zmuszam rodzinę, żebyśmy wyszli się przewietrzyć choć raz w tygodniu, ale nikt z nas w tę pogodę nie robi tego z chęcią.

Zastanawiam się co dalej, ile to jeszcze potrwa. Mam wrażenie, że powoli tracę zmysły, że zaczynam odłączać się od ciała, a mój duch gdzieś wędruje bez mojej wiedzy i zgody. Jakiś kompletny matrix. Może to początki depresji? Może zwykłe załamanie? Koleżanki, z którymi rozmawiam przez telefon mają podobne odczucia. Ale te rozmowy też są coraz rzadsze, bo ile można o tym samym mówić? Rozmowy się ostatnio nie kleją. Mam wrażenie, że zabrano mi moje życie. Jeszcze bardziej niż wirusa, boję się tego, że niedługo oszaleję. A może nie oszaleję, a tylko popadnę w jakiś taki wieczny stupor? Najbardziej się boje tego, że już nigdy nie będzie normalnie. To znaczy, może pandemia minie, ale ja nie będę umiała już się z tego cieszyć i zapomnę, jak się żyło wcześniej. Tak, chyba tego się boję najbardziej.

Anna

Tagi:

pandemia,  koronawirus, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót