Droga Marty do gminnego mieszkania była długa. W kolejce czekała wiele lat. Dokumenty złożyła już po tym, jak była zmuszona wyprowadzić się z rodzinnego domu. Potem był przemocowy związek i ucieczka z dzieckiem.

 

- I wtedy dostałam informację, że jest dla mnie mieszkanie. Ale musiałam je własnym sumptem wyremontować. Byłam bez grosza i chciałam odmówić jego przyjęcia. Jednak urzędniczka powiedziała – teraz, albo nigdy, da pani radę. I tak dostałam dwa pokoje z kuchnią – opowiada Marta.

 

Na remont składali się znajomi, pomógł trochę ojczym, który jest elektrykiem. Panele kładła sama z koleżanką, razem malowały, kładły gładź.

 

- Ty robisz remont, gmina sprawdza, czy wszystko w porządku, dopiero dostajesz przydział. Komisja mieszkanie przyjęła, odetchnęłam z ulgą – mówi Marta.

 

Okazało się, że nie na długo. Już niedługo po przeprowadzce w mieszkaniu zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Marta mówi, że powoli też docierają do niej informacje od sąsiadów o poprzednich, nieżyjących już lokatorach.

 

- Wieści jak z horroru, człowiek który tu mieszkała był mocno zaburzony, więził swoją partnerkę, czasami głodził, nie płacił rachunków. Opowiadał sąsiadom jak podczas wojny gardła podcinał ludziom. Był postrachem kamienicy – opowiada Marta.

 

Nie robiło to jednak na niej większego wrażenia, bo całe życie myślała racjonalnie. Było, jak było, teraz ona tu mieszka z synem i wszystko będzie w porządku.

 

Kilka miesięcy później ma dziwny sen.

 

- Miałam paraliż senny ,wiesz taki jak opisują w książkach . Jakby ktoś mi siedział na piersi i śni mi się że dwie istoty, takie duchy z głową człowieka, mężczyzna i kobieta latają po mieszkaniu i demolują mi wszystko. Wywalają meble i sprzęty. Sen jest bardzo realistyczny, jakby na żywo. Mam otwarte oczy i nie mogę oddychać. To jest jakby na jawie, ale wolałam myśleć, że to tylko sen, nie wiem, jak to wytłumaczyć. I ten duch mężczyzna mówi do mnie:

„Nie będziesz szczęśliwa w tym mieszkaniu bo to nasze mieszkanie, wszystko nie będzie ci się układać ani w życiu prywatnym ani zawodowym". I znika – opowiada Marta.

 

Stara się o tym nie myśleć, żyć normalnie. Ale zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Marta opowiada, że było ich wiele. Pralka sama z siebie się włącza albo nagle wyłącza. Jedzą z synem kolacje, nagle solniczka upada na stole, turla się i spada na podłogę. U syna wiszą w oknie muszelki, dzwonią, choć nie ma grama wiatru i okno jest zamknięte.

 

- Pamiętam jak w nocy upiekłam sernik, wyjęłam go z piekarnika, chciałam spróbować. Nagle drzwi w kuchni otwierają się same z takim impetem, jakby ktoś wszedł do środka, ciągle działo się coś dziwnego – opowiada Marta.

 

Próbuje jednak żyć dalej i próbuje zapomnieć o śnie. Wini za ten sen traumę po nieudanym małżeństwie.

 

 

- Ale tego jest coraz więcej, migające światło, spadające naczynia szklane z szafy na górze. Słyszymy kroki jakby ktoś chodził po podłodze i nagle staje przed łóżkiem lub siada na łóżku i i widać to w biały dzień, bo ugina się na łóżku pościel. Mamy z synem wrażenie że ktoś nas obserwuje. Drzwi same się otwierają, ale tak dynamicznie że nie jesteś to w stanie wytłumaczyć przeciągiem czy otwartym oknem – wylicza Marta.

 

Podkreśla jednak, że jest zdrowa psychicznie. Są z synem w terapii po przemocowym związku. Żeby tam się dostać oboje mieli robione badania. Nie mają żadnych zaburzeń osobowości.

 

- I to jest niemożliwe, żebyśmy obydwoje mieli naraz halucynacje. A my te rzeczy obserwujemy, widzimy, słyszymy oboje. Mamy drzwi do pokoju naprzeciwko siebie, dzieli nas z synem korytarz. Obydwoje oglądaliśmy w nocy telewizję, każde u siebie. Nagle przez korytarz przemyka jakaś dziwna postać, jak łuna świetlna, wyskakujemy jednocześnie z łóżek, bo oboje to widzimy – relacjonuje Marta.

 

Ojczym elektryk sprawdza instalacje. Wszystko jest w porządku, żadne sprzęty nie mają prawa same się włączać. Marta trochę chce traktować te dziwne zjawiska z przymrożeniem oka, ale z drugiej strony wkrada się niepokój. To trwa już latami, a ona ma stale pecha.

 

- Nieudane związki, niemożność załatwienia ważnych spraw. Wiecznie coś pod górkę, jakby ktoś naprawdę rzucił na nas klątwę – opowiada Marta.

 

Syn odbudowuje kontakt z ojcem, bywa, że wyjeżdża do niego na kilka dni. Marta zostaje sama w domu i zaczyna się bać coraz bardziej.

 

- Nagle radio w kuchni zaczęło się włączać, samo z siebie i grać na cały regulator, tak od cichego dźwięku do hałasu. To się powtarza kilka razy, ojczym sprawdza radio, gniazdko. Znowu wszystko jest w porządku – mówi Marta.

 

Ale ona już ma serdecznie dość. Rozmawia o całej sytuacji ze starszą sąsiadką.

 

- A ona mówi, że ja nigdy do domu nie zaprosiłam księdza, że trzeba szukać pomocy. U nas w Dąbrowie Górniczej jest taki zakon, w którym jest egzorcysta. Postanowiłam, że tam napiszę z prośbą o pomoc – mówi Marta.

 

Do kościoła nie chodzi, choć uważa się za osobą wierzącą. Co ciekawe, była chrzczona w kościele, który jest przy tym zakonie, bo tak chciał jej dziadek. Marta opisuje więc w korespondencji do zakonu wszystko, co się w domu dzieje. Boi się, czy wystarczy jej pieniędzy na egzorcystę, ale uznaje, że najwyżej od kogoś pożyczy. Po jakimś czasie dostaje odpowiedź i umawia wizytę.

 

- To było we wrześniu zeszłego roku. Uzgodniliśmy termin. Przyszło ich dwóch, ksiądz i ten zakonnik egzorcysta. Powiem ci, że to było niesamowite. Ksiądz był bardzo miły, ale od tego zakonnika biła ogromna siła. Ja jestem wrażliwa bardzo i poczułam ją już jak tylko wszedł. Nie potrafię tego opisać, moc ogromna – opowiada Marta.

 

Odmawiali wspólnie modlitwy, część modlitw odmawiał sam zakonnik po łacinie. Marta mówi, że było trochę jak na filmie.

 

- Jak on to robił mnie zrobiło się słabo, nagle poczułam takie zmęczenie, jakbym przejechała na rowerze kilkadziesiąt kilometrów. Patrzyłam na syna, a on był blady i trzymał się za serce. Pies też zachowywał się bardzo dziwnie. Mnie nagle zaczęła boleć głowa – opowiada Marta.

 

Egzorcysta poświęcił całe mieszkanie. Zabrał afrykańskie pamiątki, które Marta dostała od dawnego partnera, w tym piękną bransoletkę.

 

- Pytał, czy nie czuję się przez nią, jak bym byłą w kajdanach. Mówił, że katolicy nie powinni mieć w domu żadnych symboli innych wyznań, bo tym samym otwierają drogę do ich domów złym duchom – opowiada Marta.

 

Za egzorcyzmy nie zapłaciła ani grosza. Po wyjściu gości poczuła niesamowitą ulgę. Pierwszy raz spała spokojnie i przy zgaszonym świetle.

 

Od tamtej pory minęło już trochę czasu. Nagle wszystko zaczęło się inaczej układać, Marta rozwiązała kilka ważnych problemów. Mówi, że poprzedni lokatorzy nie mieli katolickiego pochówku. Najwyraźniej dlatego nie mogli spokojnie odejść, a mieszkanie było nawiedzone.

 

- Ja wiem, że to brzmi jak scenariusz horroru. Ale myśmy z synem przeżyli to na własnej skórze i to trwało dziewięć długich lat – kończy Marta.

 

 

Magdalena Gorostiza

 

 

Tagi:

duchy,  egzorcyzmy,  nawiedzone miejsca, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót