Gdzie w tej chwili państwo jesteście, co się z wami dzieje, jak się czujecie?

Mąż jest na OIOM, nie mam żadnych dokładnych informacji na temat jego stanu zdrowia. Ja z córką w jednej izolatce w szpitalu klinicznym przy ul. Staszica w Lublinie. Tu jest też starszy syn, najmłodszy w szpitalu przy ul. Biernackiego, na oddziale dziecięcym. Tylko mąż jest w ciężkim stanie, my czworo czujemy się dobrze, nie mamy żadnych objawów. Ale podobno jesteśmy zarażeni, tak nam powiedziano, bo ja wyników badań nie widziałam, nikt ich nam nie pokazał. Chorujemy bezobjawowo, możemy innych zakażać. Przyjechaliśmy tu po kwarantannie domowej. Aczkolwiek nic się nie dzieje, nie dostajemy żadnych leków, raz dziennie mamy pomiar temperatury i ciśnienia. Dostajemy jedzenie. Personel chce nam pomóc, ale częściej nie zagląda, bo za każdym razem potrzebne jest jednorazowe ubranie ochronne. A tych podobno brakuje. Więc siedzimy i myślimy o tym wszystkim, co spotkało naszą rodzinę. Nie jest łatwo, martwię się przede wszystkim teraz o męża.

 

Od niego zaczęła się ta historia. Trafił 9 marca do szpitala w Bełżycach. Potwierdzono koronawirusa i zaczęła się fala hejtu. Bo najstarszy syn był we Włoszech. Bo, podobno nie poinformowaliście o tym…

Może zacznę od początku. Syn gra w lidze Orlikowej. Nagrodą za zwycięstwo był wyjazd na mecz do Mediolanu. Pojechało w sumie 11 dorosłych facetów, to był czas, kiedy jeszcze nie było mowy o tak koszmarnej sytuacji we Włoszech, bo ja jestem panikarą i nie pozwoliłabym mu tam jechać. Wrócili 24 lutego do Polski. Ponieważ był z nimi trener miejscowego klubu, a już zaczęło być głośno o koronawirusie we Włoszech, 26 lutego lubelski sanepid otrzymał listę osób, które wyjechały.

 

 koronawirus

Trener został zawieszony na 2 tygodnie i dostał informację z sanepidu do przekazania innym uczestnikom wyjazdu, żeby kontrolowali swój stan zdrowia i zgłosili się w przypadku niepokojących objawów, takich jak gorączka czy kaszel. Oni mają swoją grupę na facebooku, wymieniają się tam informacjami.

 

koronawirus

 

koronawirus

 

Syn, choć nie miał kompletnie żadnych objawów, chciał zrobić badania na wszelki wypadek, odmówiono mu tego, nie dało się też zrobić badań prywatnie. I co więcej – z całej jedenastki oprócz syna został przebadany tylko jeden chłopak, ma wynik ujemny. Do reszty wysłano dopiero dziś, w sobotę 14 marca!  mobilne laboratorium i to po błaganiach, bo jeden z kolegów syna ma małe dziecko. Tak w praktyce wygląda prewencja, bo takie mamy procedury. To, że nasza rodzina, że wszyscy jesteśmy zarażeni okazało się dopiero wtedy, gdy mąż trafił do szpitala.

 

I podobno ukrył to, że syn wyjeżdżał…

Bzdura, nikt niczego nie ukrywał. Mąż choruje od połowy stycznia, był na antybiotykach, źle się czuł. Chodził ciągle do lekarza, był niedoleczony. Ponieważ ma swoją firmę to nadal pracował, wyjeżdżał. 27 lutego miał biznesowy kontakt z Polakami, którzy wrócili z Włoch. Mówił o tym lekarzom. Nam do głowy nie przyszło, że to może być koronawirus, bo leczono go na zapalenie gardła. A ponieważ długotrwała choroba osłabiła organizm, to on jako jedyny z całej rodziny choruje pełnobjawowo. My, odpukać, jak mówiłam, czujemy się dobrze. I moim zdaniem obciążanie najstarszego syna, że to on przywiózł tego wirusa z Włoch jest kompletnie bezzasadne. Mogło tak być, ale tego nie wiemy. Mógł zakazić się mąż, mogłam ja, bo pracuję w szkole, były ferie, ludzie wyjeżdżali z dziećmi na narty. Mogła wirusa przynieść córka, bo teraz okazuje się, że zakażona jest też przyjaciółka córki ze studiów i jej współlokatorka z innej uczelni. Szukanie winnych w takiej sytuacji jest kompletnie pozbawione sensu. Ja chciałabym powiedzieć jasno – nie szukajmy kozłów ofiarnych, bo nasz przykład pokazuje, jak ten wirus jest podstępny i tak naprawdę, nie ma znaczenia, kto kogo zaraził. Pracownica męża, z którą długo przebywał ma wynik ujemny, chłopak córki też. Wszystko zależy od indywidualnej odporności.

 

Ale spadła na waszą rodzinę fala hejtu…

Tak i z tym trudno jest żyć. Synowi przede wszystkim bo czuje się winny, choć wcale nie wiadomo, czy to on. Byli w tym Mediolanie raptem 2,5 doby, mecz, na który pojechali odwołano, nie mieli kontaktu z wieloma osobami. Wszystkim nam nie jest łatwo. Jesteśmy z małej miejscowości. Wszyscy nas tam znają. 

 

Współczują, pomagali?

Byliśmy najpierw w domu 2 dni na kwarantannie, zanim trafiliśmy do szpitala. Nikt z gminy nie zadzwonił zapytać, czy potrzebujemy choćby chleba. Czy tak to powinno wyglądać? Wójt do dziś nie zapytał o nasze zdrowie. Owszem, skontaktował się z nami, córka z nim rozmawiała. Powiedział, że chcą odkazić nasz dom. Nie mam nic przeciwko temu, wręcz przeciwnie, ale chyba jest to naturalne, że chciałabym wtedy tam być?

 

Uważa pani, że jesteśmy przygotowani do epidemii?

Kompletnie nie. Nie mam zastrzeżeń do personelu medycznego, widzę, że chcą nam pomóc, ale mają swoje ograniczenia. Natomiast działania sanepidu to już inny temat. Mówiłam o badaniach, o prewencji. Zlekceważono problem. W środę prosiłam o koordynatora dla mojej rodziny, jedną osobę do kontaktu, bo przecież mąż jest na OIOM, starszy syn gdzie indziej, młodszy w innym szpitalu. Chciałabym wiedzieć, co się dzieje. Do dziś nie mam odpowiedzi. A dlaczego nie mogą trzymać nas razem, skoro jesteśmy rodziną? Chyba wiadomo, że byłoby nam raźniej. Prosiłam, błagałam w sanepidzie o pomoc psychologiczną. Nie otrzymałam jej. Jakaś starsza pani powiedziała mi, że potrzebuję dobrego kleju, żeby się posklejać, bo muszę być silna dla rodziny. Jakaś urzędniczka, nie psycholog. Dzięki znajomym udało się dotrzeć do lubelskiego psychologa, z którym rozmawiałam. Postawił mnie trochę do pionu, za co jestem wdzięczna. Ale załatwili tę rozmowę przyjaciele, nie służby państwowe. Dzwoni dziś policjant i mówi, że jest pod naszym domem, żebyśmy wychylili się przez okno, bo sprawdza, czy przestrzegamy kwarantanny. Mówię, że jesteśmy w szpitalu. On na to, że nie ma takiej informacji. I to się dzieje w przypadku zaledwie jednej rodziny, a co będzie jak przybędzie zarażonych i chorych? Trzeba o tym głośno mówić, bo przekaz medialny to jedno, od środka to inaczej wygląda.

 

Dacie radę to przetrwać?

Musimy, najbardziej się martwię o męża. Chciałabym też wrócić do domu. Niech nas tam nawet zamkną, obiecuję, że nawet na taras nie wyjdę, bo chcielibyśmy być we czwórkę razem. Potem zaczniemy się zastanawiać, jak to wszystko odbudować, jak wrócić do jako takiej normalności. I wiem, że nie będzie to łatwe.

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

 

 Rodzina jest już w domu - czytajcie ciąg dalszy!

Tagi:

koronawirus,  Lublin,  Niedrzwica Duża, 



Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót