Brak turystów, spacerowiczów, narciarzy, zamknięte hotele, pensjonaty, bary, restauracje. Tak wygląda codzienność w każdym turystycznym miejscu. W Wiśle postanowili się zbuntować i otworzyć stoki od 1 lutego. Za wyciągami narciarskimi mają iść restauracje i hotele.
 
- Oczywiście nie wszyscy się otworzą – zastrzega Karolina Wantulok, prezes Wiślańskiej Organizacji Turystycznej. - Mamy tego świadomość. Jest jednak wielu przedsiębiorców, którzy już mają nóż na gardle, nie dadzą rady dłużej. U nas turystyka to naczynia połączone, większość mieszkańców żyje z przyjezdnych.
 
W 11-tysięcznej Wiśle jest 12 tysięcy miejsc noclegowych. Eleganckie hotele, pensjonaty rodzinne, agroturystyki, apartamenty, pokoje do wynajęcia. Zamknięte na głucho nie tylko generują koszty, nie dają również pracy i zarobku miejscowym sklepom, masarniom, piekarniom.
 
- Mam wrażenie, że z poziomu Warszawy czy innych większych miast tego problemu nie widać wyraźnie – mówi Karolina Wantulok. - Żeby go unaocznić, przedstawię cyfry: nasz największy hotel, tylko przy 30 procentowym obłożeniu musi wyprodukować tonę żywności, upiec 2 tysiące bułek dziennie. Jeśli teraz stoi zamknięty, zabija tym samym okoliczne małe biznesy. A to tylko fragment większej całości.
 
Karolina podaje przykład Browaru Wisła, który zatrudnia 14 osób, otworzył się w zeszłym roku w czerwcu, pracował zaledwie kilka miesięcy. Co więcej, z dnia na dzień musiał zainwestować kolejne pieniądze aby stać się restauracją na dowóz i na wynos. Właściciel włożył w swój biznes wszystkie oszczędności, jest w stanie przetrwać może jeszcze kilka tygodni. Większość jest w podobnej sytuacji, są na krawędzi, krok od przepaści.
 
Banery w Wiśle
 
 
- A przecież ludzie widzą tłok w sklepach budowlanych, w supermarketach – dodaje prezes WOT. - To tym bardziej boli, bo gdybyśmy wszyscy siedzieli w domach, a chleb dowoziłoby wojsko, można by było takie rygory zrozumieć. Tego jednak, że wypoczynek na świeżym powietrzu ma być groźny, zjedzenie posiłku w reżimie sanitarnym w restauracji ma natychmiast doprowadzić do większej ilości zakażeń, tego pojąć się zwyczajnie nie da.
 
Arek Matuszyński jest pełnomocnikiem zarządu spółki Wiślański Skipass. Spółka zrzesza 15 wyciągów, 3 w Ustroniu, 1 w Istebnej, reszta jest w samej Wiśle. Wyciągi jeżdżą, ale tylko dla turystów pieszych, można zabrać na górę sanki albo jabłuszko.
 
 
 - Ktoś już to świetnie opisał, te opary absurdu -mówi Arek. - Możesz wjechać na górę bez nart, możesz bez nart zjechać wyciągiem, możesz zejść ze stoku na piechotę albo zjechać na sankach. Nie możesz ani wjechać z nartami, ani z nimi zjechać na krześle. Ale możesz wejść na piechotę i wówczas szusować po trasie. Przecież to są jakieś przepisy, których zrozumieć nie da się w żaden sposób.
 
 
Banery w Wiśle
 
Tymczasem czas na możliwy zarobek kurczy się dla stacji narciarskich niemiłosiernie. Straty są ogromne, bo każdy dzień utrzymania stoku to dla średniej stacji około 20 tysięcy złotych dziennie.
 
- Ludziom wydaje się, że jak wyciąg stoi to nie ma kosztów – wyjaśnia Arek Matuszyński, - ale to jest nieprawda. Musimy naśnieżać trasy, warto by przejechał po nich ratrak. Tylko poza sezonem utrzymanie średniego stoku to 100 tysięcy złotych miesięcznie. Są ludzie na etatach, trzeba robić przeglądy, naprawy. W listopadzie kontraktujemy prąd, oczywiście nie zapłacimy za ten, którego nie zużyliśmy, ale opłaty za przesył będą ogromne. Jeśli ktoś w dodatku spłaca leasing za kolej, za armatki (jedna kosztuje około 100 tys. zł), albo za ratrak (około 1 miliona złotych sztuka), to koszty ma niebotyczne. Pomocy od państwa praktycznie żadnej.
 
Karolina Wantulok wyjaśnia, że choć na stacji narciarskiej etat ma zaledwie 5 osób, w sezonie daje ona pracę średnio 90 osobom. To instruktorzy, goprowcy, właściciele wypożyczalni sprzętu, gastronomii, sklepików z pamiątkami.
 
- Ja myślę, że tego właśnie nie rozumieją rządzący. 85 procent wiślan żyje z turystyki – tłumaczy. - Tu nie chodzi o stok wyłącznie, to dramat ludzi, którzy zostali bez pracy i bez środków do życia. Dam przykład- żona pracuje w hotelu, mąż jest instruktorem narciarskim. Oboje bez pracy, alternatyw w Wiśle i w pobliskich miejscowościach nie ma. 
 
Arek Matuszyński dodaje, że pierwsza tarcza była niewystarczająca, choć coś tam prawie każdy dostał. Jednak warunki w tej obecnej są już kompletnie nie do przyjęcia. W przypadku mikroprzedsiębiorstw a takich wśród właścicieli wyciągów jest sporo:
- Musi być 30 procentowy spadek dochodów pomiędzy II a IV kwartałem, a przecież pierwszy lockdown był w marcu, czyli po sezonie, w grudniu już coś się u nas ruszyło,  lub trzeba też wykazać różnicę w dochodach w listopadzie i grudniu 2019 a 2020. W 2019 roku zima przyszła w Sylwestra, w tym roku były przychody na początku grudnia – wylicza.- Większość przedsiębiorców już wie, że nie dostanie żadnego wsparcia. A średnio zarabiają na wyciągach o 90 do 95 procent mniej niż w normalnym sezonie. W Wiśle są jednodniowi turyści – spacerowicze i właściciele swoich apartamentów.
 
Żeby więc przynajmniej zarobić na koszty chcą się otworzyć 1 lutego. Część przedsiębiorców z Wisły zwyczajnie nie widzi innego wyjścia.
- U nas sezon narciarski trwa 12 tygodni – podkreśla Arek Matuszyński. - Każdy tydzień zamknięcia to jak miesiąc w innej branży. Luty, jeśli przyjadą ludzie, może uratować wiele firm przed bankructwem.
 
 
Banery w Wiśle
 
 
Karolina Wantulok nie rozumie rządowych decyzji.
 
- W lecie pracowaliśmy w reżimie sanitarnym, mamy to przećwiczone – mówi. - Wzrostu zakażeń nie było. Dlaczego nie rozłożono ferii jak dawniej? Dlaczego nie pozwolono ludziom wypocząć, a nam pracować, nawet z obostrzeniami? To jest dobijanie turystyki. Wiele osób jest zdeterminowanych, ale także boją się wysokich kar administracyjnych. Owszem, są wyroki uchylające te kary ale najpierw przedsiębiorca musi opłacić taką karę, a później dopiero dochodzić swoich praw.
 
Ale na razie chcą mieć nadzieje, że ich głos zastanie usłyszany. Dlatego Wiślańska Organizacja Turystyczna i Wiślański Skipass zwarły szyki. Robią akcję informacyjną, piszą do rządzących, posłów, senatorów.
- Jesteśmy ponad podziałami politycznymi, nie negujemy pandemii i zagrożeń z nią związanych – podkreślają zgodnie Karolina i Arek. - Chcemy tylko bezpiecznie móc pracować i mieć w Wiśle turystów.
 
Magdalena Gorostiza

Tagi:

pandemia,  koronawirus,  Wisła,  turystyka, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót