Już kilka pokoleń Polaków żyje bez wojen, bez biedy, we względnym dobrobycie. Mamy, a raczej mieliśmy do niedawna, praktycznie wszystko w zasięgu ręki. Luksusowe dobra dla bardzo bogatych, niezłe podróbki z chińskich bazarów, możliwość znalezienia pracy jak nie w Polsce to w Europie, tanie loty na koniec świata, all inclusive w Egipcie za małe pieniądze. Świat stał otworem, tylko brać i korzystać. Do tego korzystania jesteśmy zresztą, nawet teraz zachęcani nieustająco. Bombardowani reklamami, must have to nowy telefon, nowe buty na jesień albo kolejny, jeszcze większy telewizor. Jest za to zero szacunku do rzeczy, produkowanych by szybko się psuły, ubrań, które wytrzymują dwa prania w pralce. Szybkie przyjemności, szybkie jedzenie, zabawa w klubie, dobra do nabycia tak konstruowane, by zadowolić rożne kieszenie i rożne gusty. Zalew konsumpcji, bo posiadanie wyznacza dla wielu poziom samooceny. Im więcej mam, tym więcej jestem warty.

No jeszcze do tego piekny wygląd. Nienaganna figura, płaski brzuch z siłowni. Uroda poprawiona w gabinecie medycyny estetycznej. Selfie na Facebooku obrobione w fotoszopie stało się kwintesencją samozadowolenia. A ilość lajków była dodatkowym bonusem.

 

I przyszło Wuhan, jakiś nietoperz, który przyniósł ludziom nowego wirusa. Po pierwszym lockdownie już było nieswojo, ale letnie rozprężenie zapowiadało rychły powrót do starych nawyków. Niestety, maleńki wirus wywrócił wielu osobom ich wyobrażenie o życiu. Przyszło poczucie pustki, strach o miejsce pracy, padły dobrze prosperujące biznesy. Zbędne się okazały tony ubrań zalegających w niejednej szafie, a maseczka przykryła dokonania specjalistów od medycyny estetycznej. Padł mit o konsumpcji, która miała być panaceum na wszelkie lęki. Rzeczy nie stały się sprzymierzeńcem, a często wyrzutem sumienia źle zainwestowanych pieniędzy, które przydałyby się w ciężkich czasach.

 

Dlaczego nas to spotkało, można by spytać? I czemu ten wirus ma służyć? Myślę, że odpowiedź na to pytanie jest jedna, jeśli spojrzymy na to z szerszej perspektywy. Świat zabrnął w ślepą uliczkę. Rzeczy i ich posiadanie omamiły współczesnego człowieka. Więc jeśli można szukać w pandemii czegokolwiek dobrego, to może będzie to przywrócenie właściwej hierarchii potrzeb.

 

Po pierwsze, zapomnieliśmy kompletnie o umieraniu i o śmierci. Wypchnięta wstydliwie za szpitalne parawany, nie pasowała do życia z reklam. Do wypielęgnowanych kobiet i mężczyzn, odzianych w najmodniejsze ciuchy, spędzających czas na wiecznych przyjemnościach. Śmierć przypomniała o swoim istnieniu, natrętnie dopomniała się o swoje prawa. Przypomniała nam o tym, że jesteśmy śmiertelni, o tym, że przyszliśmy tu na chwilę. Czy po to, żeby tylko się obkupić i umrzeć pod gruzami zbędnych rzeczy?

Bo przecież uczono nas przez lata, a robili to najwięksi spece od marketingu, że posiadanie da nam szczęście. Żeby więcej posiadać, trzeba więcej zarabiać, więc nauczono nas wyścigu szczurów. Pojawili się więc natychmiast nauczyciele od sukcesu. Przekonujący, że każdy może założyć swój biznes, zrobić oszałamiającą karierę. Bo tylko sukces daje szczęście. A sukces to kasa i kupowanie. Dwie rzeczy, które miały zapewnić nam nie tylko szczęśliwe życie ale i bezbrzeżne poczucie bezpieczeństwa.

 

A tu nietoperz i bańka prysła. Buty z czerwoną podeszwą schowane w szafach. Na zdalnym wystarczą kapcie, spodnie od dresu i jakaś schludna bluzka.

Może więc czas przewartościować sens swojego pobytu na Ziemi? Ja się domyślam, że ta samotność w domach często boli ze strachu przed byciem ze sobą. Bo wtedy czasami przychodzą pytania, od których łatwo uciec w rozbawionym tłumie, popijając drinka pod palmami, albo krążąc w poszukiwaniu kolejnych łupów po galerii handlowej. Ucieczki już nie ma, stoimy pod ścianą. Umierają znajomi, którzy mogliby jeszcze przecież pożyć. Odchodzą ludzie z pierwszych stron gazet. Dusimy się z lęku, boimy o jutro, pytamy, kiedy i czy i nas dopadnie covid? Martwimy się o swoją przyszłość, o pracę, o niespłacany kredyt.

 

A przecież można żyć bez tego strachu, można inaczej spojrzeć na sprawy. Przyjąć do wiadomości, że przyszliśmy tylko na chwilę, a cierpienie tworzymy sobie sami.

 

Już 2500 lat temu Budda wyjaśnił coś, co jest nadal w pełni aktualne, że źródłem cierpienia jest po prostu pragnienie: pragnę czegoś, nie mam, cierpię. Pragnieniem jest również niechęć do czegoś i brak akceptacji stanu, w którym jesteśmy. To odwrócenie „chcenia” i o tym też trzeba pamiętać. To chcę czy nie chcę jest więc praktycznie równoznaczne - „nie chcę być biedny” oznacza przecież tylko „chcę mieć więcej pieniędzy”.

W pragnieniu zaś jest przywiązanie, które jest jednym z aspektów, które najbardziej generuje ból: przywiązujemy się do czegoś lub kogoś, a kiedy tego nie mamy, cierpimy.

Jest piękna przypowieść na ten temat „Cierpiący udał się do Buddy po pomoc. Widząc Buddę, powiedział: „Ja chcę szczęścia”. Budda odpowiedział: najpierw zabierz „ja”, to jest ego; następnie wyeliminuj „chcę”, ponieważ to jest pragnienie. Teraz zobacz – zostało tylko szczęście”.

 

To pokazuje, jak wielką pułapkę zastawiła na ludzi nieokiełznana konsumpcja, życie iluzją posiadania, dążenie do niego za wszelką cenę. Pandemia obnażyła tę prostą i smutną prawdę. Zatraceni w posiadaniu ludzie, stracili nagle sens życia w pandemii. Nie ma jak wyjść, pojechać, nie ma gdzie błysnąć, pochwalić się nowym samochodem czy nową torbą. Nawet do domu nie ma jak znajomych zaprosić, by podziwiali telewizor wielkości szafy albo nowy komplet skórzanych mebli.

Jest za to czas, by o tym pomyśleć. O niezaspokojonym ego i smutku w duszy. O tym, co ważne i co nieważne. O przemijaniu, o śmierci, o swoich marzeniach.

Kiedyś ktoś zapytał mnicha, który sam siedział w swojej pustelni, czy się nie nudzi.

„ - Dlaczego miałbym się nudzić? - odparł. - Przecież we mnie jest cały Wszechświat.”

Wystarczy więc dobrze poszukać, a pandemia nabierze innego sensu. Może była nam zwyczajnie potrzebna?

Magdalena Gorostiza

 

 

Tagi:

koronawirus,  pandemia,  społeczeństwo, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót