Prowadzisz z mężem Jurkiem od ponad 30 lat jeden z najbardziej rozpoznawalnych biznesów w Lublinie. Restaurację Koncertową znają chyba wszyscy. Wydawało się jeszcze niedawno, że nic wam nie zagrozi. To nie tak miało być…

Zupełnie nie tak. My nasz biznes prowadziliśmy na dwóch poziomach – restauracja i catering. Catering zaczęliśmy wiele lat temu jako chyba pierwsi w mieście. Chodziło nam o bezpieczeństwo, nie stawianie wszystkiego na jedna kartę, rozłożenie sił i środków. Wszystko wydawało się być pod kontrolą, wygraliśmy kilka poważnych przetargów na ten rok, było zaplanowane wiele imprez. Okazało się, że przyszła pandemia i nie ma żadnego bezpieczeństwa w naszej branży. Teraz obydwoje pracujemy za darmo, nie ma dochodów, są długi. Próbujemy jeszcze utrzymać się na powierzchni, ale to naprawdę chwytanie się brzytwy.

 

Wynajmujecie lokal do spółdzielni mieszkaniowej, poszli wam na rękę?

No skąd. Czynszu płacimy ponad 20 tysięcy zł miesięcznie. Na początku pandemii dostaliśmy 10 procent obniżki, w październiku przyszła informacja o podwyżce. Nikogo nie obchodzi, skąd weźmiemy pieniądze. A ja prywatnie usłyszałam, że spółdzielnia woli mieć pusty lokal niż najemców z długami. Po tylu latach działalności. Wszyscy restauratorzy, którzy wynajmują lokale, mają podobne problemy. Mam świadomość, że nie tylko my. Dlatego każdy próbuje coś działać, stąd akcja „Ratujmy gastro”.

 

Ale ludzie się skarżą, że chcieliby ratować, tylko ceny są horrendalne. Że każdy ma dziś gorzej, nikt nie zapłaci za porcję zupy 16 zł, a widziałam takie ceny u niektórych.

Każdy sam ustala cenę. Myśmy otworzyli sklep przy restauracji, u nas słoik zupy kosztuje 15 zł, tam są trzy porcje. Staramy się tak kalkulować ceny, żeby były rozsądne, no jednak musimy doliczyć jakąś naszą marżę, inaczej się nie da. Wiesz, że jestem fanką kuchni regionalnej i produktów od lokalnych producentów. Na tym bazujemy. Sama teraz staję w kuchni i gotuję. Nie ma innego wyjścia. Mamy swoich fanów, którzy lubią taką kuchnię, ja wprowadzam do menu potrawy bezglutenowe, bez kazeiny, wegetariańskie itp. Ale to są półśrodki. My mamy 80 tysięcy zł miesięcznie kosztów. Czynsz, energia, płace, ZUS, leasingi. W małym sklepiku, bez imprez, wesel, cateringu, nie da się na to zarobić. Wolimy jednak robić cokolwiek, żeby dać ludziom jakąś pracę i nie będziemy przecież siedzieć bezczynnie w domu.

 

Udało wam się wszystkich z personelu zatrzymać?

To dość długa historia. Kiedy nas zamknęli na wiosnę, podpisaliśmy porozumienia o płacy minimalnej, żeby każdy miał chociaż cokolwiek na przeżycie, żeby nie dawać wypowiedzeń. Ja wtedy popadłam w depresję, to był straszny czas. Otworzyliśmy się 18 maja i natychmiast część osób wystąpiła o podwyżki. Nie przemawiały argumenty, że jeszcze nie zdążyliśmy zarobić złotówki. Że trzeba zainwestować znowu, żeby dostosować lokal do wymogów sanitarnych na czas pandemii. Wszyscy z kuchni odeszli, bo ja stwierdziłam że nie ulegnę szantażowi. Kelnerzy zostali. Mamy już nowy personel, a ja się przekonałam, że trzeba liczyć wyłącznie na siebie w tych trudnych czasach. Ale to było dość bolesne doświadczenie, zważywszy na fakt, że sprzedaliśmy rodzinny majątek, żeby ratować firmę i nie zwalniać ludzi. Pozbyliśmy się czegoś, co było w naszej rodzinie prawie 200 lat. Uznaliśmy jednak, że trzeba przede wszystkim zabezpieczyć nasz biznes. Ale jeśli sytuacja się nie zmieni, wytrwamy jeszcze góra dwa miesiące. Potem zaczniemy za bezcen wyprzedawać sprzęt, wyposażenie, o ile ktokolwiek zechce to kupić. Część naszych znajomych z branży już pozamykała swoje lokale. Czy jeszcze kiedyś je otworzą, nie wiemy. Sytuacja w branży jest tragiczna i znikąd nie mamy żadnej pomocy. Nie wiem, jak dalej mamy funkcjonować.

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Tagi:

koronawirus,  pandemia,  restauracja,  ratujmy gastro, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót