Lawendowy Dworek żyje z imprez i z cateringu. Restauracja położona jest z dala od centrum Lublina. Tam mało kto wpadnie zjeść obiad z karty. Dla firmy racją bytu są wesela, komunie, firmowe spotkania.

 

- W sobotę Lublin wszedł do czerwonej strefy, mamy bardzo duże ograniczania, straciliśmy wszystkie zamówienia – mówi Paulina Augustyniak – Dobosz. - Moi rodzice budowali firmę 30 lat, nie jesteśmy sieciową restauracja, która sobie poradzi. Nie mogę spokojnie patrzeć na to, jak dorobek rodziców upada. Ta firma to również moja pasja. Postanowiliśmy coś zrobić.

 

Na pomysł gotowania za darmo wpadł Mirosław Augustyniak, Paulina uruchomiła media społecznościowe. Klient płaci wyłącznie za produkty, firma nie dolicza marży ani za posiłek, ani za włożoną pracę.

 

Od lewej: Paulina Augustyniak-Dobosz, Mirosław Augustyniak i Adam Augustyniak- Dobosz

Od lewej: Paulina Augustyniak-Dobosz, Mirosław Augustyniak i Adam Augustyniak- Dobosz na pierwszym planie.

 

- U nas jest zatrudnionych jedenaście osób, średnia wieku 30 lat, jesteśmy młodzi, zdrowi i chcemy pracować – mówi Paulina Augustyniak-Dobosz. - Nie chcemy siedzieć w domu, oglądać seriali i się nudzić. Nie ma też mowy, żeby wszystkie restauracje nagle zaczęły zarabiać na posiłkach na wynos, przecież też chyba nie o to chodzi?

 

W niedzielę wrzuciła post na Facebooka. „Z dnia na dzień pozbawiono nas pracy i pasji w jednym” - napisała.

UGOTUJEMY DLA CIEBIE ZA DARMO Przyjedź do nas, wybierz danie z karty i zapłać tylko za składniki, koszt naszej pracy...

Opublikowany przez Lawendowy Dworek - Lublin Niedziela, 18 października 2020

 

Zasięg przeszedł najśmielsze oczekiwania, post zobaczyło ponad 60 tysięcy osób, udostępniono go kilkaset razy. Od poniedziałku w Lawendowym Dworku urywał się telefon. Ludzie dzwonili, zamawiali dania, niektórzy od razu przychodzili i czekali na miejscu. Do pomocy zjawili się szefowie kuchni innych lubelskich restauracji, wydano ponad 400 rożnych dań.

 

- Mamy wielu przyjaciół w gastronomii, nie tylko nasza restauracja jest w takiej sytuacji, kucharze siedzą w domach, bo nie mają co robić. Chętnie przyszli do pomocy – podkreśla Paulina Augustyniak – Dobosz. - Mogę ławo wymienić inne miejsca, które też żyją wyłącznie z imprez. To nasz protest i nasze wołanie, by nie zabijać gastronomii.

 

W Lawendowym Dworku podkreślają, że już pierwszy lockdown wpłynął fatalnie na kondycję firmy. Obostrzenia w czerwonych strefach to dla nich drugie zamknięcie. Kiedy otworzyli się na nowo w czerwcu, przestrzegali wszystkich przepisów sanitarnych, nie słyszeli, żeby ktoś się zaraził na jakiejś imprezie. Zrobili ponad 200 imprez.

 

- Dla nas to nie tylko pieniądze, to misja i pasja – podkreśla Paulina Augustyniak-Dobosz. - Ja kocham wesela. Jeden z klientów odwołuje je po raz drugi. Inny ma umierającego ojca i dla niego wybrał jak najbliższy termin. Ludzie nie chcą odwoływać imprez. Są skłonni je organizować, stosując oczywiście obowiązujący reżim sanitarny. Nasz protest to wołanie do rządzących, niech nas usłyszą.

 

Akcja protestacyjna ma trwać do końca tygodnia. Telefon w Lawendowym Dworku od rana się urywa.

 

Magdalena Gorostiza

 

 

Tagi:

koronawirus,  restauracje,  obostrzenia, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót