Jak żyjesz w czasie pandemii?

Jak żyję? Tragicznie. Zakład zamknięty, nie mam żadnych oszczędności Nie mam żadnych perspektyw. Na początku próbowałam nie poddawać się, coś robiłam, gotowałam. Potem wpadłam w depresję. Kilka tygodni leżałam w łóżku wpatrzona w sufit. Wstałam dwa dni temu, z myślą, że może jednak zawalczę, tylko jak i o co? Moja sytuacja jest dość skomplikowana. W zeszłym roku złamałam nogę, nie pracowałam przez 9 miesięcy. W tym roku zaczęłam widzieć światełko w tunelu, wróciłam do pracy, wróciły moje klientki. I kiedy nadeszła wiosna, miały być niebawem święta, wierzyłam, że zacznę wychodzić na prostą, pospłacam wszystkie zaległości. Byłam pełna optymizmu. Bo lubię swoja pracę i nie boję się wysiłku. No i wtedy przyszedł wirus. Lawinowo zaczęło się odwoływanie wizyt, nawet już wtedy, kiedy jeszcze zakłady fryzjerskie były otwarte. Bo rezygnowano ze ślubów, wesel, klientki nie chciały ryzykować. Więc już zrobiło się pusto, a potem rząd zamknął wszystko, no więc siedzę w domu, a moje długi rosną.

 

 Z pomocy dla przedsiębiorców nie skorzystałaś?

Ja jestem ubezpieczona w KRUS. W pierwszej tarczy o KRUS nie było mowy. Więc nie jestem w dobrej sytuacji. Podobno teraz coś dla nas jest, ale nie miałam siły nawet do tego spojrzeć. Nie oglądam wiadomości, nie chcę tego słuchać. Mam okropnego doła, nie wiem, jak dalej żyć. Niedawno przyjaciółka wyciągnęła mnie na spacer do lasu. Zawsze kochałam wiosnę, jej rozkwit, jej rozmach. Trochę mnie to podniosło na duchu. Może zacznę się rozglądać, za tym, co mogę zrobić? Ale popadłam w taki stupor, tak jak mówiłam, kilka tygodni leżałam tylko w łóżku. W końcu wstałam zrobiłam sobie włosy, bo sama sobie mogę… trzeba jakoś zacząć żyć…

 

No właśnie, z czego płacisz rachunki?

Mieszkam sama. Przyjaciel zapłacił za prąd, koleżanka robi zakupy. Martwię się, bo syn też stracił pracę, córka, która jest zagranicą, oferuje mi pomoc, ale sama jest w trudnej sytuacji, więc nie mam sumienia, żeby jeszcze mi wysyłała pieniądze. Co mogę powiedzieć? Beznadzieja totalna. Chcę zacząć się rozglądać, za tym, co ewentualnie należy się mojej firmie. Bez pomoc państwa nie przetrwam.

 

Niebawem, w ramach odmrażania gospodarki, maja być otwarte salony fryzjerskie. Może jest nadzieja jednak?

Nie bardzo na to liczę, śluby, wesela, komunie, wszystko odwołane. Wiele osób nie przyjdzie zwyczajnie ze strachu, bo nie będą chciały ryzykować dla urody. No i jeszcze jedna kwestia. Wiele moich klientek też potraciło pracę, ich firmy upadły. Czy w tej sytuacji uznają, że fryzjer jest na liście niezbędnych rzeczy? Wątpię? I w dodatku, doskonale to rozumiem. Widzę też jeszcze inny aspekt, ja już mam swoje lata, na rynku są młodsi, mają więcej siły, energii. Oni będą pracować nawet za mniejsze pieniądze, byle utrzymać się na rynku. Ja już nie mam na to siły, żeby się przepychać łokciami. Doszłam do smutnych konkluzji, że kobieta 50 plus jest na końcu łańcucha pokarmowego. Że mój wiek też robi swoje, jestem na rynku pracy zbędna. To wszystko nie napawa optymizmem.

 

Nie wierzysz, że wrócą czasy sprzed wirusa, a epidemia sprawi, iż staniemy się lepsi?

Ostatnio przeszłam się Krakowskim Przedmieściem, wszystko zamknięte, nie ma ogródków, nie ma żywego ducha. Zastanawiam się, czy będziemy w ogóle mieli do czego wrócić? Słyszałam, że część restauracji ma się likwidować, nie przetrwali. Co zresztą biznesów? Nie wiadomo. A ludzie, czy lepsi? U wielu ta epidemia pokazała ich prawdziwe oblicze. Widzę to u niektórych znajomych. Nie dzwonią, nie pytają, jak żyje, bo jeszcze nie daj Boże chciałabym pożyczyć pieniądze…

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

 

Tagi:

koronawirus,  biznes,  Anna Wereszczak- Młynarska, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.
Sprawdź niesamowite filmy:


Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót