Partner: Logo KobietaXL.pl

- Ja myśle, że często nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo dzieciństwo determinuje całe nasze życie – mówi Justyna. – Kiedy patrzę wstecz, wiem, że to jaka jestem, „zawdzięczam” swojej matce. To ona nauczyła mnie tego, że moje problemy muszę rozwiązywać sama, bo dla nikogo nie jestem ważna.

 

Więc robi to całe swoje długie życie. Od dziecka musiała o siebie zadbać, wolała się też na nic nie skarżyć, bo zamiast pociechy, słyszała, że to jej wina.

 

- Jak pobrudziłam sukienkę, podarłam coś, awantura w domu była straszna. Dlatego wolałam nic nie mówić,  jeśli coś mi się stało złego. Wiedziałam, że matka i tak zrzuci na mnie za wszystko odpowiedzialność – opowiada Justyna.

 

Ten strach był głównym motorem jej działania. To strach przed krzykiem matki kazał załatwiać różne sprawy tak, aby matka o niczym nie wiedziała. Co prawda ojciec Justyny starał się jej dać dużo miłości, ale w domu nie miał za wiele do powiedzenia. I tak wszystkie decyzje podejmowała matka i tak, to ona miała zawsze ostatnie słowo.

 

- Mój ojciec był niestety, zwykłym pantoflarzem. Cudowny, ciepły człowiek, kochał bardzo matkę i nigdy jej się nie sprzeciwiał – mówi Justyna. – Dlatego jemu też niczego nie mówiłam. Nic by to nie dało, a tylko by się niepotrzebnie martwił.

 

Dbała więc o siebie sama. Uczyła się koncertowo, ze strachu, bo matka po wywiadowce dałby jej popalić,  jeśli w szkole byłoby coś nie tak. Dostała się do dobrego liceum, dostała się na studia, robiła karierę w pracy. Zaradna, obowiązkowa, zawsze za wszystko odpowiedzialna. Umiała wiele rzeczy załatwić, nie było z niczym problemu. To, że ogarnia, że podoła, że da rade, wpoiła też mężowi i swoim dzieciom.

 

- Najgorsze, że nawet byłam z siebie dumna. Że jestem taka wspaniała, że nie ma dla mnie spraw nie do załatwienia – mówi Justyna. – Tymczasem sama kręciłam bicz na siebie.

 

Ma męża podobnego do swojego ojca. Ciepły, miły, ale życiowa oferma. Jakikolwiek pojawia się problem, przychodzi z nim do Justyny. Kiedy ona mówi, żeby sam to załatwił, słyszy jak mantrę „ależ ty załatwisz to lepiej”.

 

- Dziś już pusty śmiech mnie na to stwierdzenie ogarnia, bo wiem, że mąż uważa, że to jest dla mnie jakiś komplement. Ja wiem natomiast, że z jego strony, to zwykłe wygodnictwo. Ale cóż, sama go tego nauczyłam – wzdycha Justyna – Podobnie jest z moimi dziećmi.

 

Nikt nigdy jej nie pyta, jak ona się czuje, bo przecież zawsze „czuła się świetnie”. Nikomu do głowy nawet nie przyjdzie, że może ją coś boli, że może jest jej źle, albo zwyczajnie smutno. Ona mówić o tym nie umie, bo w rodzinnym domu i tak nikt by tego nie słuchał. No może ojciec, ale zaraz by się denerwował, że o wszystkim dowie się matka, więc Justyna zwyczajnie wolała milczeć. Te lata milczenia, brak wyrażania swoich uczuć, nauczyły ja tego, że dla nikogo nie jest ważna. Że nikogo nie interesuje, co naprawdę czuje, nikt nigdy nie spytał, czy może pomóc, czy sama sobie na pewno poradzi. Nie spytał, bo nosi maskę „Zosi samosi”, osoby samowystarczalnej.

 

Ta maska tak bardzo do niej przylgnęła, że Justyna obsługuje nie tylko najbliższą rodzine, po pomoc dzwonią zuanjomi i dalsi krewni. Ma opinię osoby, która wszędzie dotrze. Nie ważne, czy ktoś szuka dojścia do szpitala czy do wymagającej nauczycielki.

 

- I był czas, kiedy wszystkim pomagałam. Bo pewnie chciałam się czuć ważna, bo uważałam, że w jakiś sposób kiedyś odbiorę sobie te długi – mówi Justyna. – Dziś wiem, że ludzie nie lubią być za cokolwiek wdzięczni, a jak sama szukałam pomocy, to często jej nie otrzymywałam. Każdy uważał, że nie musi się wysilać, bo ja jakieś wyjście z sytuacji znajdę.

 

Od kilku lat uczy się odmawiać. Stanowczo, bez ogródek. Nie chce już rozwikływać cudzych problemów, nie chce wysłuchiwać, nie chce doradzać. Ma dosyć opowieści o chorobach, o kłopotach w urzędach, próśb o pomoc w znalezieniu pracy.

 

- Ja tym dosłownie już rzygam. Szczególnie, gdy dzwonią lub piszą do mnie ludzie, których nie widziałam przez całe lata. Ostatnio napisała znajoma, że ktoś tam w rodzinie jest chory, żebym znalazła dojście do neurochirurga. Ostatni raz miałam z nia kontakt, jak załatwiałam jej lekarza dla jej chorej matki – mówi Justyna. – Przez dziesięć lat ani razu nie zadzwoniła, nie wysłała życzeń na święta Przypomniała sobie, kiedy znowu spotkało ją jakieś nieszczęście.

 

Ale Justyna też wie, że czasu już nie odwróci. Że w najbliższej rodzinie pozostanie tą, która wszystko ogarnie i której nigdy nic nie dolega. Żałuje dziś, że zaciskała zęby i podczas różnych chorób nie zwalała się jak kłoda do łóżka. Żałuje, że nigdy nie umiała się na nic poskarżyć, że zawsze trzymała fason, że nawet jej własne dzieci mają w oczach obraz niezłomnej matki. Że nawet nie zadzwonią zapytać, czy wszystko w porządku. Może mieć jednak żal tylko do siebie.

 

- Cóż, nikt nie nauczył mnie tego, że można usiąść i płakać – mówi Justyna smutno. – Dziś na wiele rzeczy jest zwyczajnie za późno. Wszyscy są przekonani, że świetnie sobie poradzę, że jestem samowystarczalna. I tak już zapewne będzie aż do mojej śmierci.

 

Magdalena Gorostiza

Tagi:

samotność,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót