Jak to się stało, że współczesne kobiety znienawidziły swoje ciała? Ciało stało się centrum zainteresowania, ale musi być perfekcyjne. A ponieważ jest to dla większości nieosiągalne, ciało stało się w dodatku obiektem tortur… Dlaczego same sobie to zrobiłyśmy?

Trudno powiedzieć, że zrobiłyśmy sobie to same, bo przecież społeczeństwa nie składają się wyłącznie z kobiet. To raczej wynika ze sposobu postrzegania zarówno cielesności, kobiecości w połączeniu ze współczesnym, wyidealizowanym przekazem medialnym i obowiązującym wymogiem estetyzacji ciała. Przez wieki kobiety były traktowane przedmiotowo, mówiąc kolokwialnie, jako ozdoba, zdobycz mężczyzny, więc siłą rzeczy, żeby osiągnąć sukces, zapewnić sobie byt musiały być ładne, inwestować w urodę. Było to widoczne szczególnie w warstwach wyższych, aspirujących, arystokracji, bogatych mieszczan, zamożnych chłopów. Tam kapitał kobiety lokowany były w urodzie, to była jej szansa na potencjalnie lepsze życie, poprzez dobre zamążpójście, mowa tu o warunkach materialnych, i zapewnienie prestiżu rodzinie. Ale o urodę dbali też mężczyźni, to nie była domena wyłącznie kobiet. Natomiast wśród biednych chłopów ceniono sobie raczej pracowitość, zaradność niż urodę, chociaż o nią też dbano w miarę możliwości finansowych i stanu ówczesnej wiedzy. Oczywiście, czasy się zmieniły, ale kulturowy przymus „bycia ładną” pozostał.

Co ważne, ciało nie zależnie od płci zawsze było upiększane, torturowane, a jeśli już mówimy tylko o ostatnich wiekach kultury europejskiej to ciało było poddawane rozmaitym zabiegom, oczywiście w imię piękna (dzisiaj zwane terror beauty). Pierwsze skojarzenie to zapewne XIX-wieczne gorsety. Ale było znacznie gorzej, w Renesansie rtęcią leczono trądzik, a zmieszaną z arszenikiem i piżmem, używano do niwelowania przebarwień skórnych. W XVIII wieku niezwykle popularna w śród warstw wyższych była toksyczna biel ołowiana, którą pudrowano twarze, a kąpiele i suplementacja arszeniku była niezwykle popularna między XVII a XIX wiekiem, a odkryty przez Marię Skłodowską-Curie rad reklamowano jako środek do twarzy, który „doda ci radioaktywnego blasku”. A równolegle ciało było silnie dyscyplinowane, aby sprostać wymogom swoich czasów, w epoce nowożytnej promowane były krągłe, pulchne kształty jako oznaka dobrobytu. Stąd też wielowarstwowe suknie, optycznie nadające oczekiwaną figurę. Nie trzeba być historyczką, wystarczy spojrzeć na ostatnie dekady: to dynamicznie zmieniające kanony idealnego ciała. Jak łatwo zauważyć to czym jest piękno i jego kanon nie jest niczym stałym, to konstrukt społeczny.

Ale to prawda, nigdy wymóg estetyzacji ciała nie był tak silny, wręcz zinstytucjonalizowany, nie ingerował tak intensywnie w ciało - tu mam na myśli operacje plastyczne, nie był aż tak łatwo dostępny i nie dotyczył tak licznej grupy społecznej. Druga połowa XX wieku, a tym samym przedefiniowanie wcześniejszych ideałów, bogacenie się społeczeństw i jednoczesna ich atomizacja, konsumpcjonizm, wprowadzenie podziału na pracę i zwiększający się czas wolny, rozwój mediów w tym pornografii, sprawiło, że ostatecznie człowiek stał się centrum swoich zainteresowań, a tym samym skupił się na swoich przyjemnościach. Człowiek stał się istotą autoteliczną, celem i wartością samą w sobie. Ludzi zawsze kusiła nieśmiertelność, zachowanie młodości, a dzisiaj może z tego korzystać. Mówiąc w dużym uproszczeniu, ciało zajęło miejsce średniowiecznej duszy, a to co zewnętrzne ma być odzwierciedleniem tego co wewnętrzne.

Dochodzi do tego, szybki i łatwo dostępny rozwój medycyny, nie tylko estetycznej, mam tu na myśli także pojawienie się tabletki antykoncepcyjnej czy viagry spowodowało, rozluźnienie wstrzemięźliwej, mieszczańskiej, wiktoriańskiej XIX - wiecznej obyczajowości. I słusznie, to była hipokryzja. Można by powiedzieć, że im większe restrykcje społeczne wobec seksualności tym bujniej rozwija się sektor prostytucji, a aseksualny XIX wiek matron i ladacznic jest tego dobrym przykładem.

Estetyzacja ciała, współcześnie szczególnie kobiecego, ale nie tylko jest tak silnie wpisana w bycie człowiekiem, że zmiana nie nastąpi szybko. Po prostu lubimy to co uważamy za ładne, ładnie się ubierać, otaczać ładnymi przedmiotami, a w konsekwencji sami chcemy być ładni. I tu raczej nic się nie zmieni. Kwestia pozostaje w tym co uważamy za ładne. I tu widzę szansę na zmianę.

 

Od jakiegoś czasu istnieje nurt tak zwanej ciałopozytywności. Ma być odpowiedzią na dążenie do ideału. Ja jednak obserwując go mam nieodparte wrażenie, że nie ma szansy na to, by się przebić. I że tak naprawdę, same kobiety, które o ciałopozytwności mówią, nie do końca w nią wierzą.

Momentami też mam takie odczucie. Ale nie dziwi mnie to, bo zaakceptowanie, polubienie swojego ciała jest, wbrew pozorom trudne. Szczególnie, że jesteśmy bombardowani obrazami idealnego ciała i mitem idealnego życia, którego przecież nikt nie ma. Stąd o krok do frustracji.

Odnoszę wrażenie, że ten dyskurs jest rozumiany nieco opatrznie lub wykorzystany jest w wyrywkowy sposób na potrzeby osiągnięcia zysków finansowych, np. budowania własnej marki, zwiększenia sprzedaży. W niektórych przypadkach jako wyraz buntu, mody, jako kontra do zobowiązującego mainstreamu. A nie jako norma, wybór, jeden z wielu. Poza tym, co to znaczy ciałopozytywność? Że mam bielactwo, łuszczycę, amputowaną nogę, protezę ręki, jeżdżę na wózku inwalidzkim i „mimo to” lubię siebie, akceptuję wygląd swojego ciała i uważam, że jestem ładna? A może, że się nie maluję, nie golę nóg i jestem gruba? Bo taki właśnie jest potoczny obraz ciałopozywyności. Nie zawsze zresztą prawdziwy. Ale to ma dalsze konotacje: brzydka, nieatrakcyjna, nieudacznica, feministka, babochłop. W społecznym postrzeganiu taki stereotypowy wizerunek jest negatywny także wśród samych kobiet. Żadna z nas nie chce być przegraną.

Ciałopozytywość ma też drugą stronę medalu, czasem to hasło służy usprawiedliwieniom ludzkich wyborów, „jestem otyła i to akceptuję, więc jestem ciałopozytywna” to duże uproszczenie, często szkodliwe, bo otyłość to choroba. To podważa nie tylko wiarygodność, ale także rozmywa cel, ideę i nie służy zdrowiu. I nie chodzi tu o krytykę osób z nadwagą, fatshaming, wytykanie palcami. Każdej osobie, niezależnie od wyglądu należy się szacunek, pomoc, wsparcie. Ciałopozytywność to akceptacja, dbałość i słuchanie własnego ciała, nie zaniedbywanie go. Przekonanie, że o mojej wartości jako człowieka nie świadczy mój wygląd, kolor skóry, płeć.

Niestety, idea piękna i szczytna jednak jest trudna w realizacji. Nie tylko dlatego, że nasza kultura zakłada binarny podział na żeńskie i męskie, ale dlatego, że za tymi opozycjami idą konkretne powszechne przekonania, stereotypy, które mają przełożenie na ocenę nas samych przez innych. Ładna, piękna i na przykład „dobrze zrobiona” kobieta będzie miała (statystycznie) większe powodzenie wśród mężczyzn niż kobieta, która nie jest idealna. Jednak automatycznie nadana jej zostanie łatka „słodkiej idiotki”, „łatwej” i mimo IQ 190, będzie uważana za głupią.

Jakiś czas temu czytałam wyniki badań, z których wynika, że jeśli kobieta chce szybciej awansować w pracy powinna ubierać się kobieco i chodzić w szpilkach, ale jeśli już osiągnie satysfakcjonujące stanowisko, powinna zacząć chodzić w obuwiu na płaskim obcasie – wtedy zostają jej przypisane „męskie” cechy jak kompetencja, stanowczość, logiczne myślenie, racjonalność. Jest to krzywdzące i bardzo stereotypowe. Jednak wiele kobiet ma świadomość tego jak działają te mechanizmy i wybór „torturowania” ciała jest świadomym wyborem, środkiem do osiągnięcia celu.

 

Ciało ma również związek z seksem. Czy brak idealnej sylwetki powoduje zahamowania w uprawianiu seksu?

Statystycznie rzecz się ma zupełnie odwrotnie i większą satysfakcję z seksu czerpią osoby grubsze niż chudsze. Jednak nie ma to związku z posiadaniem idealnej sylwetki lub jej brakiem lecz z akceptacją własnego ciała, akceptacją własnych niedoskonałości. Osoby szczupłe, o idealnym ciele, najczęściej są skupione na wiecznym dyscyplinowaniu swojego ciała, aby było ono właśnie idealne. I to przekłada się również na życie erotyczne. Trudno czerpać radość z bliskości i doznań cielesnych w momencie kiedy w myślach kołacze się pytanie: jak wyglądam? Czy wystarczająco dobrze? Oczywiście to tylko statystyka. Każda z nas jest indywidualna, a sama sprawa o tyle skomplikowana, bo duże znacznie ma także samoświadomość i to co my same uznajemy za nasz kapitał, w jakie wartości wyznajemy, w jakich zostałyśmy wychowane.

I tu jeszcze w ramach ciekawostki powiem, że wg badań kobiety otyłe są bardziej wyzwolone seksualnie. Natomiast ma to swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że często ich seksualność rozbudzana jest przez ich fantazje. Często trudniej im znaleźć partnera/partnerkę, więc potrzebę doznań seksualnych realizują w fantazjach, samo miłości, co procentuje w związku. Zła jest taka, że często nadwadze, czy otyłości towarzyszy zaniżona samoocena, a w efekcie godzą się na praktyki seksualne tylko dlatego, aby zatrzymać przy sobie partnera/partnerkę.

 

Jak wybrnąć z tej matni? Jak faktycznie pokochać siebie i być na seks otwartą?

Trzeba na początek siebie przynajmniej polubić, być otwartą nie tylko na seks, ale i na świat, rozwijać się, czytać, podróżować, poznawać ludzi, próbować nowości. To najlepszy, najprostszy, a zarazem najtrudniejszy sposób. Pewnie w głowie mamy medialne obrazy bogatych kobiet sukcesu, ale tak naprawdę zmiana życia i na stawienia wcale nie wymaga wielkich funduszy, bo wszystko zaczyna się w naszej głowie. Więc może zamiast kupować wciąż ten sam ser czy wędlinę kupić inny, a może pojechać do pracy inną trasą?

A przede wszystkim, żeby zachować zdrowy rozsądek, być krytyczną w stosunku do tego co nam serwują media. Czerpać wiedzę z różnych źródeł, być otwartą na inność, bo nie wszystkie kultury cenią taki ideał ciała i seksualności jaki istnieje w otaczających nas mediach czy pornografii. Otwartość na inność wzbogaca, ale także zmienia postrzeganie własnej cielesności. A przede wszystkim, pozwala zrozumieć i lubić siebie.

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

 

wiktoria morella

 

Małgorzata Sztylińska-Kaczyńska (Wiktoria Morella) – wrocławianka, doktorka kulturoznawstwa, przez 11 lat związana z antropologią kultury, specjalizuje się w antropologii seksualności, ciała, dyskursach kultury współczesnej. Prywatnie żona swojego męża, mama dwóch przedszkolaków i dwóch kocic.

Tagi:

ciało,  ciałopozytywność,  seks,  kobieta,  wygląd,  Wiktoria Morella, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.
Powrót