Zrobiłam „przegląd” swoich koleżanek, tych bliższych i dalszych. Szczerze mówiąc niewiele wśród nich jest kobiet, które miały dobre relacje z matkami, takie prawdziwe, szczere. Kiedy o tym rozmawiamy, to raczej wypływają na powierzchnie różne żale. Tyle tylko, że kiedy my byłyśmy młode, psychoterapia nie była w modzie. Musiałyśmy sobie z tym radzić same. Wiele koleżanek do dziś sobie nie poradziło.

A ja teraz mam w gabinecie „wysyp” córek waszego pokolenia. To kobiety powiedzmy 25 – 40 letnie. Przychodzą, bo albo mają problem ze znalezieniem partnera, problemy w związku, z własnym dzieckiem, albo nadal z matką.

 

I z tymi matkami przychodzą?

No skąd, kobiety 55 plus, tak je nazwijmy, nie chcą iść na terapię. One nie czują się niczemu winne. Ale to zwykły strach. Boją się tego, co by zobaczyły.

 

A co by to było?

To, jak poniżały swoje córki, jak strasznie je traktowały w dzieciństwie, a nawet teraz, kiedy one są już dorosłymi kobietami. Wolą tego nie widzieć. Wolą uciec od odpowiedzialności.

 

Skąd się takie traktowanie córek bierze?

Z dwóch powodów: z nadmiaru albo z niedoboru. Ta pierwsza grupa to kobiety, które same jako dzieci „gwiazdorzyły” w domu. Oczko w głowie mamusi/ tatusia, ukochane córeczki. Są roszczeniowe, egocentryczne, chcą mieć ostatnie zdanie i wymagają od wszystkich adoracji. Są o własne córki zazdrosne, szczególnie jeśli te są kochane przez ojca. W tym drugim przypadku są to matki, które same miały zimne i surowe rodzicielki. Nie dostały za wiele, to i nie mają czym obdzielać. Dla synów jeszcze znajdują miejsce w sercu, dla córek już go brakuje. Bo mężczyzna to mężczyzna, a syn to często mężczyzna ich życia. Zdarza się i tak, że jeśli w domu są dwie córki, to obiektem poniżania jest tylko jedna, raczej akurat ta starsza. Młodsze mają już więcej przywilejów. To często wynika z faktu, że wychowanie pierwszego dziecka wiąże się z dużym stresem, jest jak skok na głęboką wodę, przy drugim jest znacznie łatwiej. I ta pierwsza córka staje się taką ofiarą, obywatelką drugiej kategorii. Czasami jest przygotowywana do roli domowej służącej albo niańki dla młodszego rodzeństwa. Albo opiekunki dla rodziców na starość.

 

Czemu matki, które same miały kiepskie dzieciństwo, powielają ten schemat?

Bo stosują wyparcie. Już tych swoich krzywd nie chcą pamiętać. I uważają, że nic się nie dzieje, że one w stosunku do swoich córek są jak najbardziej w porządku. Ale nie są…

 

Co im robią?

Metod poniżania są dziesiątki. One wynikają poniekąd z faktu, że kobietom wmówiono, że muszą kochać swoje dzieci. I ja miewam takie pacjentki, które jak usłyszą, że wcale nie muszą kochać, to odczuwają prawdziwa ulgę. Jest gradacja uczuć – miłość, przyjaźń, akceptacja, tolerancja i w końcu negacja. Gdyby matki wiedziały, że zamiast miłości można polubić albo zaakceptować własne dziecko, też nie czułyby się takie bezsilne w relacjach. Tymczasem jedno dziecko kochają, drugie nie za bardzo. I to drugie staje się kozłem ofiarnym. Dam przykład, moja pacjentka opowiadała mi, jak w dzieciństwie musiała zajmować się młodszym bratem. Kiedyś matka przyniosła pomarańcze, a były to czasy, gdy jadało się je tylko na święta. I matka powiedziała córce – nie ruszaj, to jest dla brata. To są słowa rzucane do córek – zobacz, jak ty wyglądasz, nic z ciebie nie będzie, nikt ciebie nie zechce, naucz się chociaż gotować, bo i tak kariery nie zrobisz. Mam pacjentki z anoreksją, które wpadły w chorobę, bo słyszały od matek – żresz jak świnia, albo - zobacz, jaka jesteś tłusta. Brak miłości tak podkopuje samoocenę, że te córki kiedy dorosną i wejdą w związek, to nawet jeśli znajdą normalnego faceta, sprawią, że za kilka lat mąż czy partner też będzie je poniżał. One prowokują takie zachowania, bo bycie ofiarą jest jedyną rzeczą jaką znają i w tej „roli” czują się bezpiecznie. One tak rozumują – poniżanie nie jest OK, ale to jedyna forma bliskości, jaką znam. Oczywiście, nie wszystkie kobiety, nie generalizujmy, wiele zależy od charakteru, od osobowości. Opisuję tu tylko pewien mechanizm, choć tak to wygląda niestety, w zbyt wielu przypadkach.

 

Ale nawet te poniżane córki garną się do swoich matek. Ja ze zdumieniem obserwuję, jak część moich znajomych, właśnie z takim dzieciństwem, nadal o matki zabiega. Troszczą się o nie, chronią je, czują się zobligowane do opieki. Ja tego kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć…

Bo są od matek emocjonalnie uzależnione w wielu przypadkach. Poza tym nic nie jest czarne albo białe. Czasami były przytulane, usłyszały dobre słowo. Marzą o tym, by jeszcze raz na to zasłużyć, żeby matka powiedziała, jakie są wartościowe, jak bardzo kochane. Został jakiś ślad po bliskości i one dążą do tego za wszelką cenę. Niektóre matki wiedziały, że przeginają. Wtedy w nagrodę za poniżanie brały na przykład córkę na zakupy. Albo pochwaliły. Więc są i takie wspomnienia. Było poniżanie i gloryfikacja. I te dorosłe dziś córki liczą jeszcze na jakieś okruchy. A jeśli przygotowywane były w dodatku w rodzinie, jak wspominałem, do roli opiekunki czy służącej, to mają zakodowaną w sobie tę rolę służenia. I wypełnią ją aż do końca.

 

Czemu się nie zbuntują?

Część się buntuje i trafiają do mnie albo do innych terapeutów. Ale wiele z nich myśli, że tak powinny żyć, taki ich los kobiecy. Bunt to ciężka praca nad sobą, musiałyby poddać się jakiejś formie terapii, namówić na wspólną terapię matkę, a że to jak mówiłem, praktycznie niemożliwe, należałoby się odseparować od rodzicielki. Nie mówię o ucieczce, ale o mądrym dystansie, a nie odrzuceniu relacji. Trzeba by matce postawić granice, nie być na każde skinienie, postawić siebie na pierwszym miejscu. To jest możliwe, ale dla wielu nieosiągalne.

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Tagi:

toksyczna matka,  matka,  córka,  Janusz Koczberski, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót