Partner: Logo KobietaXL.pl

Bez znajomości, bez zapewnionego mieszkania i bez umowy podpisanej jeszcze przed wyjazdem. Miała tylko jeden plan – znaleźć pracę, odłożyć pieniądze i jak najszybciej sprowadzić dzieci do siebie.
Dziś, po latach, zgodziła się opowiedzieć swoją historię, choć prosi o zmianę personaliów. Chce ostrzec innych przed mechanizmami, które – jak twierdzi – niemal doprowadziły do tragedii.

– Nie wyjechałam po przygodę. Wyjechałam po normalne życie – mówi Anna.
Po przyjeździe wynajęła niewielką przyczepę na kempingu, bo była najtańszym miejscem, a na takie mogła sobie pozwolić. Każdy dzień wyglądał podobnie. Wsiadała na rower lub do samochodu i jeździła od jednej szklarni do drugiej, pytając o pracę. Nie korzystała z pośredników ani agencji. Wolała sama szukać zatrudnienia i mieć pewność, z kim współpracuje.
Jej determinacja szybko przyniosła efekty. Pracę przy uprawach szklarniowych dostała niemal od razu. Nie zamierzała jednak poprzestawać na jednym źródle dochodu. Wiedziała, że jeśli chce jak najszybciej sprowadzić dzieci, musi zarabiać więcej.
Po pracy zaczęła sprzątać domy. Sama rozwieszała ogłoszenia w sklepach, zostawiając numer telefonu i informację, że podejmie się sprzątania. Z czasem telefon dzwonił coraz częściej.
– Ludzie polecali mnie sobie nawzajem. Miałam naprawdę dużo zleceń – wspomina.
Pracowała od świtu do późnego wieczora. Nie narzekała. Każde dodatkowo zarobione euro przybliżało ją do celu, którym było ponowne zamieszkanie z dziećmi. Z każdym miesiącem czuła też coraz większą pewność siebie. Oswajała język, poznawała okolicę i przestawała czuć się obco.
Po kilku miesiącach los postawił na jej drodze małżeństwo, które wydawało się życzliwe. Sprzątała ich dom regularnie. Byli zadowoleni z jej pracy, rozmawiali coraz częściej i stopniowo zdobywali jej zaufanie.
W końcu usłyszała propozycję, która wydawała się spełnieniem marzeń.
Polka i jej holenderski mąż zaproponowali, że wynajmą jej cały dom należący do rodziny. Dla samotnej matki była to szansa, na którą czekała od dnia wyjazdu z Polski. Własny dom oznaczał stabilizację, bezpieczeństwo i możliwość sprowadzenia dzieci. Nie zastanawiała się długo.
Pojechała do Polski, odebrała dzieci spod opieki swojej mamy i razem wrócili do Holandii.
– Byliśmy szczęśliwi. Dzieci poszły do szkoły, miały ogród, nowych kolegów. Wszystkie rachunki były na mnie. Sama pracowałam, sama wszystko opłacałam i dawałam sobie radę. Wydawało mi się, że właśnie tak miało wyglądać nasze nowe życie – opowiada Anna
Przez kolejne dwa lata nic nie zapowiadało katastrofy. Nadal pracowała w szklarni, sprzątała domy i planowała przyszłość. Coraz częściej myślała, że decyzja o wyjeździe była najlepszą, jaką mogła podjąć.
Nie wiedziała, że osoby, którym zaufała najbardziej, wkrótce postawią przed nią ultimatum, które w jednej chwili zamieni marzenie o lepszym życiu w walkę o bezpieczeństwo własne i swoich dzieci.

Wszystko zmieniło sie jednego dnia
Przez blisko dwa lata nic nie zapowiadało, że życie pani Anny nagle się zmieni. Nadal pracowała w szklarni, po godzinach sprzątała domy, a dzieci chodziły do szkoły i coraz lepiej odnajdywały się w nowym kraju. Holandia przestała być miejscem, do którego przyjechała tylko na chwilę. Stała się domem.
Wszystko zmieniło się jednego dnia.
– Przyjechała do mnie ta sama Polka, od której wynajmowałam dom. Powiedziała, że muszę się wyprowadzić, bo do budynku wprowadzą się inne dziewczyny – wspomina.
Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie druga część rozmowy. Kobieta usłyszała, że może zostać, ale pod jednym warunkiem.
– Powiedziała, że mam pojechać z nimi w pewne miejsce i tam pracować – mówi Anna.
Nie usłyszała od razu, o jakie miejsce chodzi. Dopiero po przyjeździe zrozumiała, dlaczego została tam zabrana.

Od razu wiedziałam, gdzie jestem
Jak opowiada Anna, po wejściu do środka nie miała już żadnych wątpliwości.
– Widziałam kobiety. Wyglądały bardzo źle. Zrozumiałam, że to dom publiczny – mówi. - Pomyślałam tylko o swoich dzieciach. Wiedziałam, że muszę stamtąd wyjść.
Nie próbowała wdawać się w kłótnie ani okazywać strachu.
– Powiedziałam, że potrzebuję tygodnia, żeby wszystko przemyśleć i pozałatwiać swoje sprawy. Zgodzili się – dodaje Anna.
Dopiero po latach przyznaje, że nie był to czas na zastanowienie. To był sposób, by bezpiecznie opuścić to miejsce.
Zamiast wrócić i czekać na rozwój wydarzeń, pojechała prosto na policję.
– Bałam się, ale wiedziałam, że jeśli nic nie zrobię, później może być za późno – mówi Anna.
Holenderscy funkcjonariusze potraktowali jej zgłoszenie poważnie. Jak relacjonuje, jeszcze tego samego dnia została przewieziona do prokuratury, gdzie przez wiele godzin składała zeznania. Cała relacja została zarejestrowana. Była przekonana, że od tej chwili najgorsze ma już za sobą.
Nie wiedziała jeszcze, że osoby, o których opowiedziała śledczym, bardzo szybko dowiedzą się o jej zeznaniach. Od złożenia zawiadomienia nie minęła nawet doba.
– Następnego dnia przyjechała ta sama kobieta razem z kilkoma mężczyznami – mówi Anna. - Mężczyźni mieli przy sobie broń.
Usłyszała tylko jedno. Że ma natychmiast wycofać zeznania. Nie protestowała.
– Powiedziałam, że zrobię to od razu – opowiada.
Mężczyźni odjechali przekonani, że spełni ich żądanie.
Ona jednak, gdy tylko zniknęli z pola widzenia, ponownie chwyciła za telefon. Tym razem nie prosiła już o pomoc.
Zażądała natychmiastowej ochrony dla siebie i swoich dzieci.

Po drugim telefonie na policję wszystko potoczyło się błyskawicznie. Jak wspomina Anna, funkcjonariusze potraktowali sytuację jako realne zagrożenie. Najpierw pojechali do szkoły, gdzie uczyły się jej dzieci. Nie wróciły już tego dnia do domu. Zostały odebrane przez policjantów i przewiezione w bezpieczne miejsce.

Policjanci zawieźli Annę do domu, aby mogła spakować najpotrzebniejsze rzeczy.
– Dostałam około dwóch godzin. Musiałam zdecydować, co zabrać, a co zostawić. Wiedziałam, że być może już nigdy tam nie wrócę – mówi.
Jeszcze niedawno był to dom, który kojarzył jej się z nowym początkiem. To właśnie tam dzieci zaczęły naukę, tam planowała przyszłość i wierzyła, że znalazła swoje miejsce. Teraz opuszczała go w pośpiechu, pod eskortą funkcjonariuszy.
Potem cała rodzina została przewieziona na komisariat. Tam poinformowano ją, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie natychmiastowy wyjazd z Holandii.
– Nie chciałam wracać do Polski. Zbudowałam tam całe nasze życie. Ale wiedziałam, że bezpieczeństwo dzieci jest najważniejsze – mówi Anna.
Wkrótce razem z nimi opuściła kraj.

Do dziś myślę o tych kobietach
Powrót do Polski nie zakończył strachu. Jak relacjonuje bohaterka, przez pewien czas otrzymywała groźby. Obawiała się, że osoby, o których opowiedziała śledczym, mogą próbować ją odnaleźć.
Najbardziej jednak zostały z nią wspomnienia kobiet, które – jak twierdzi – widziała w miejscu, do którego została zabrana.
– Do dziś zastanawiam się, co się z nimi stało. Czy udało im się z tego wyjść. Czy ktoś im pomógł – mówi.
Nigdy nie zapomniała również chwili, w której zrozumiała, jak niewiele brakowało, by sama znalazła się w podobnej sytuacji.

Relacja Anny znalazła odzwierciedlenie w działaniach holenderskich służb. W maju 2014 roku policja poinformowała o zatrzymaniu kobiety z Ossendrecht i mężczyzny z Halsteren w związku z podejrzeniem handlu ludźmi. Śledczy przekazali wówczas, że postępowanie dotyczyło wykorzystywania kobiet do prostytucji oraz czerpania z tego korzyści. W sprawie przeprowadzono przeszukania i zabezpieczono materiał dowodowy. 
Anna nie zna dalszych losów tego postępowania. Do kraju, w którym chciała rozpocząć nowe życie, już nie wróciła.
Dziś mówi, że nie opowiada swojej historii po to, by wzbudzać sensację.
– Chcę tylko, żeby inni wiedzieli, że coś takiego naprawdę może się wydarzyć. Czasami najbardziej ufamy osobom, które przez wiele miesięcy wydają się życzliwe. Gdybym wtedy zlekceważyła to, co zobaczyłam, albo bała się pójść na policję, nie wiem, jak potoczyłoby się życie moje i moich dzieci – mówi.


Źródła:

https://www.omroepbrabant.nl/nieuws/1915327/duo-uit-ossendrecht-en-halsteren-opgepakt-voor-mensenhandel

 

Tagi:

prostytucja , 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót
Newsletter
zapisz