Reklama:
blocker

Moje pierwsze spotkanie z tą kobietą pamiętam - piękna, wysoka blondynka opowiada o swoim buncie i o tym, że była terrorystką. Robiła bomby. Do dziś nie wiem czy jakaś bomba wybuchła, ale wrażenie pięknej kobiety, która mówi, że robiła bomby jest pierwsze. Dopiero potem inne wrażenia - ciepłe, serdeczne mimo zawsze obecnego dystansu.

O tym osiągniętym spokoju jako o wielkiej zdobyczy myślę sobie w tym miejscu - miejsce przepiękne, totalne odludzie, ale przecież oni a żyją tu z ludźmi, w wielkiej przyjaźni z tubylcami, ściągają tu też ich przyjaciele z kraju. Kolejna zdobycz to te głębokie wieloletnie relacje z ludźmi, jakby coś więcej niż przyjaźń.

Dom ogromny, bez zbędnych luksusów, wydaje się na pierwszy rzut oka zaniedbany, ale potem odkrywa się zaskakującą, mądrą zasadę – gospodarze potrafią zadbać o rzeczy ważne dla nich i odpuścić uleganie drobnomieszczańskiej dbałości o całą resztę. Piękna kuchnia w śródziemnomorskim stylu zdradza dbałość o smaki, wielkie stoły niosą ze sobą nadzieję na spotkanie, rozmowę, odkryte tarasy z bezkresnym widokiem na morze pokazują właściwy kierunek dla myśli, a sypialnie to mała intymność w wielkim domu. Świetna biblioteka, muzyka głównie poważna, dobre filmy, kilka podstawowych przepisów kulinarnych i zeszyt z instrukcją obsługi domu to wyposażenie podstawowe. Koty mają prawo stałej rezydencji i rezydenci czasowi mają za zadanie je utrzymywać, bo koty są wieczne albo przynajmniej mają lepszy kontakt z wiecznością niż człowiek, kaleki w postrzeganiu świata, a cóż dopiero w poznaniu tego, co poza nim.

Spokój ciągle wydaje mi się wartością najwyższą, podstawą szczęścia, jest kruchy i nietrwały, ciągle niszczony przez nacisk świata, przez innych ludzi, przez własne niepokoje, ambicje i dążenia. Po raz pierwszy tutaj jest wartością stałą, patrzę na spokojne morze i wiem, że jest. Ale słyszę głosy z dołu, widzę mały statek i już wiem, że są też potrzeby, dążenia, plany …

Piękna droga na plażę, kręta, ostro schodząca w dół, pusta, prowadzi do małej zatoczki, do której by zejść trzeba uwiesić się na piniach i zaufać ich korzeniom , za dwa, trzy dni pokonamy pewnie to zejście, dziś poszliśmy na małą plaże trochę dalej. Miłe w dotyku, ciepłe otoczaki, słońce zza chmur, morze dość spokojne, więc na chwile odleciałam w nieznane rejony. Nie spałam, cały czas słyszałam szum morza, wszyscy wokół litościwie milczeli lub radośnie pływali.

Zaczynam rozumieć ludzi, którzy nigdy nie opuszczają swego domu, bo znaleźli właściwe miejsce i właściwe proporcje. Takie miejsce jak to nakazuje zostać tutaj, uspokoić nerwową ciekawość świata, zachłanność na życie.

 

Dorosnąć, czas dorosnąć

 

Nauczyć się być ze sobą, to najtrudniejsze, przestać toczyć spór, udowadniać coś sobie, zgodzić się wreszcie na siebie. Potem można starać się stawać lepszym, ale dopiero wtedy, gdy punkt wyjściowy jest zaakceptowany, boleśnie doświadczony i wszystko zostało powiedziane. Dojść o takiego momentu i zacząć tworzyć siebie według tego, co jest marzeniem o samym sobie. Lord Jim nie dorósł do marzenia o samym sobie, zabrakło mu „cal, może dwa”, chyba źle dookreślił punkt wyjściowy – uwierzył w siebie – złotego chłopca, a był jeszcze bardzo niedojrzały i to się zemściło.

„Czy naprawdę trzeba umrzeć, aby stać się dorosłą?” zapytała Eurydyka, a potem powtórzyła to pytanie M., kiedy w wieku 30 lat przewalczyła raka i zaczęła kolejną batalię – o dziecko. Chyba trochę trzeba umrzeć, trzeba zgodzić się na to , co nieuchronne i na to, co nieosiągalne.

Dlaczego o tym myślę? Morze dziś szaleje, wiatr, przewalają się chmury, zaskakująco pojawia się słońce. Nie oczekuję już o d wakacji upału, plaży, ciągłych atrakcji i nieustannego biegu. Zwolniłam. Siedzę na tarasie, pod drzewem oliwkowym i cytrynowym, jem pomidory, ser, pije wino, wodę. Czy zgodziłam się na nieuchronne? Ciągle jednak nie. Ale nieosiągalne już nie jest bolesne.

Uniezależnić się od warunków zewnętrznych i zadbać o dobre warunki wewnętrzne. Nie jest to odkrycie, bo greccy filozofowie na tym pobudowali stoicyzm. Ale nadal, jak Dekalog, to marzenie człowieka, trudne do spełnienia i rozumiane jak wyzwanie.

 

Relacje za trudne

 

Dojmująca cisza pozwalająca usłyszeć myśli – piękny poranek z wielką tęczą nad wyspą – po wczorajszych deszczach rozumiem ją jako kolejny pakt Boga z człowiekiem, obietnicę, że już nigdy nie zniszczy ziemi potopem. Ironista z tego Boga. Ma jeszcze w zanadrzu ogień Sodomy i Gomory oraz piekło, które człowiek zgotuje sobie sam. Bo piekło to inni, jak zauważył Sartre. Umiejętność budowania relacji z drugim człowiekiem to jedno, a z ludźmi - to drugie. Relacje jeden na jeden – przyjaźń, miłość są trudne. Przyjaźń to surowe ludzkie prawo, Sandor Marai, którego dzienniki ciągle czytam uważał, że złe czyny nie niszczą przyjaźni, że jest ona silniejsza, jest ponad to i to daje jej rangę najważniejszego uczucia. „Zabiłeś we mnie wszystko, zniszczyłeś mnie, a mimo to jesteś moim przyjacielem” mówi bohater „Żaru” do swojego przyjaciela. Obaj mają wtedy po 80 lat i nie widzieli się od 40, od momentu, kiedy jeden z nich zdradził ich przyjaźń. Ta minipowieść powiedziała wszystko, co chciałam wiedzieć o przyjaźni, ale uczyniła z niej kolejne wyzwanie ponad siły. Miłość z jej siłą namiętności, erotyką, prawem wyłączności i intymnością wydaje się być prostsza. Zdrada jest dla niej śmiercią, reguły są jasne, ale chyba prostsze niż w wypadku przyjaźni. Relacje z kilkom osobami, budowanie rodziny, grupy przyjaciół to jakaś „gra na wielu szachownicach”. Rodzina to niepojęty splot relacji, emocji, uczuć i oczekiwań. Budowanie rodziny, wychowywanie dzieci, zmieniające się z czasem więzi i role to coś niemożliwie skomplikowanego, ale czasami ludzie radzą sobie z tym tak intuicyjnie, podświadomie. Czasami nie radzą sobie w ogóle. Mimo wyostrzonej świadomości a czasami nawet wielkiej chęci.

Otoczenie się silnymi relacjami międzyludzkimi, zbudowanie wokół siebie rodziny wraz z jej zależnościami i przepływem emocji to być może coś istotnego, ale mocno ogranicza, zamyka. Otwartym umysłom to szkodzi, zabiera przestrzeń i możliwości. Obsesja na temat przestrzeni i czasu jest czymś przedziwnym, tu nad morzem widać to bardzo wyraźnie, bo właściwie wystarcza by widok z tarasu, by poczuć się świetnie. Niczym nieograniczona przestrzeń morza i czas, który zaczął tu płynąć rytmem naturalnym, nie podanym żadnej presji to coś, co tak trudno zdobyć. Poczułam się władcą własnego życia, mam szczęście poróżować z ludźmi, którzy nie wymagają obecności, nie organizują mi czasu, nie narzucają woli, choć czasami coś proponują, ale wiem, że zawsze mogę to odrzucić. Przestrzeń, czas i cisza. Spokój. Szczęście? Zbyt intymne pytanie.

 

Aleksandra Borkowska

Tagi:

szczęście,  życie,  dom,  morze, 

Loading...
Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Zostaw komentarz:


    Brak komentarzy
Powrót
Wyszukiwarka
Najnowsze
Newsletter
zapisz
Reklama:
Loading...