- Nigdy nie żałowałam, bo to był wyjątkowy facet. A ja nie wiem, czy z kimś innym, wolnym, byłabym szczęśliwsza. Lubiłam z nim być i rozmawiać – mówi Ewa. - Nigdy nie traktował mnie protekcjonalnie, choć on był „kimś”, a ja „tylko” właścicielką butiku.

 

Nie skończyła studiów, nie udało się, bo w czasie, gdy inni się uczyli, ona zajmowała się małym dzieckiem. Ale zawsze dużo czytała, interesowała się wieloma rzeczami. Wyszła za mąż bardzo młodo, bo zaliczyła, jak to się wówczas mówiło „wpadkę”. Związek nie miał szans na przetrwanie.

 

- Byliśmy kompletnie niedojrzali, ja musiałam szybko dorosnąć, on pozostał Piotrusiem Panem. Szybko żeśmy się rozeszli – opowiada Ewa. - Bardzo pomogli mi rodzice.

 

Ona była zawsze osoba obrotną. Szukała sposobu na życie, na utrzymanie siebie i dziecka. Założyła mały butki. Wtedy eleganckie ubrania to był rarytas, szczególnie w małym miasteczku. Miała talent do wyszukiwania perełek. Szybko wyrobiła sobie odpowiednia markę.

 

- Jego żona była moją stała klientką, dużo u mnie kupowała. Elegancka, zadbana kobieta – mówi Ewa. - Jego poznałam, kiedy przyszedł po prezent dla niej. Pomogłam mu wybrać, znałam jej rozmiar i gust świetnie.

 

Został dłużej w sklepie, zaczęli rozmawiać. Tak się zaczęła ich znajomość, która przerodziła się w wieloletni romans. Ona była wówczas dojrzałą kobietą. Miała 40 lat, syn był już na studiach w innym mieście. On był piętnaście lat starszy.

 

- Nie przeszkadzało mi to. Dojrzały, fajny facet. Niektórzy mówili, że poleciałam na kasę. To nieprawda – mówi Ewa. - Ja miałam swoje pieniądze, bo interes szedł świetnie.

 

Przyjeżdżał po nią do sklepu, kiedy wracał z pracy. W butiku zostawała pracownica. Jechali do niej albo gdzieś w plener. Wieczorem wracał do domu na kolację. Oczywiście miasteczko huczało od plotek, nawet matka robiła Ewie wymówki. Ale po czasie plotki ucichły, jakby każdy się przyzwyczaił do tej dziwnej konfiguracji.

 

- Miał taki układ z żoną, wiedziałam, że jej nie zostawi. Chodziło i o majątek i o dzieci. On zawsze je bardzo kochał, chciał spędzać z nimi czas, nawet gdy były już wówczas dorosłe. Co niedzielę zasiadali do rodzinnego obiadu, dzieci przyjeżdżały zawsze do nich – opowiada Ewa.

 

Czy jej to nie przeszkadzało? Nie bolało, że sama spędza sylwestry i święta?

 

- Ja nie byłam taką tradycyjną kochanką. Młodą, liczącą na ułożenie sobie życia, mamioną czczymi obietnicami. Miałam swoje dziecko, swoją rodzinę. Pewnie, że byłoby przyjemniej żyć razem, ale w moim przypadku nie stanowiło to wielkiego problemu – wyjaśnia Ewa.

 

Na sylwestra chodziła do znajomych, wielkich bali nigdy nie lubiła. Święta spędzała u rodziców. Na narty jednak wyjeżdżali często razem, bo jego żona nie znosiła ani nart, ani zimy.

 

- To były piękne wyjazdy, zawsze jeździliśmy sami, nie chcieliśmy żadnych znajomych wokół siebie. Żona wiedziała o tym, myślę, że było jej tak wygodniej. To on zarabiał na dom, on dbał o wszystko – mówi Ewa.

 

Był mężem, którego można było tylko pozazdrościć. Zajmował się wszystkimi sprawami, dbał o dom, o samochód żony, o jej wszelkie zachcianki. Żona nie musiała niczym sobie głowy zaprzątać. Spędzała czas na zakupach, wyjeżdżała często do sanatorium, na zagraniczne wycieczki.

 

- On za to płacił, bez żadnego szemrania. Pamiętam, jak kiedyś przyszła do mnie do sklepu w futrze z norek takim, że opadła mi szczęka – mówi Ewa. - Wiem, że zrobiła to celowo, żeby mi pokazać, że ona dba cały czas o nią, że to ona jest jego prawowitą małżonką, którą ja nigdy nie będę.

 

Bo jego żona dalej była Ewy klientką. Nigdy nie rozmawiały o nim, jakby nie istniał. Wdawały się czasami w pogawędki, rozmawiały o swoich dzieciach, o pogodzie, o wakacjach, o najnowszych trendach. Ewa podkreśla, że to była kobieta z klasą, nigdy nie dała jej do zrozumienia, że ma o cokolwiek pretensje.

 

- On twierdził, że ich małżeństwo dawno się rozpadło, że przez jego romanse, bo lubił kobiety. Ale byli razem, bo tak jej obiecał – opowiada Ewa. - Może trudno to zrozumieć, ale w jakiś sposób ją rozumiałam. W stosunku do niej byłam przecież zawsze na straconej pozycji.

 

Śmieje się, że była kochanką „na etat”. Ale nie czuła się przez to gorsza. I tak nigdy nie poznała faceta, który by ją zafascynował, z którym chciała by się związać. Gdyby nie ten romans, byłaby całe życie samotna. A tak wiedziała, że jest ktoś, na kogo zawsze może liczyć. Jej też przeciez pomagał, załatwiał wiele spraw.

 

- Miałam kiedyś nieprzyjemną sytuację ze skarbówką. Wystarczył jego jeden telefon, wszystko się wyjaśniło, obyło się bez stresu – opowiada Ewa. - Pomagał mi też, kiedy moja mama zachorowała. Załatwił najlepszych specjalistów na drugim końcu Polski. Pomógł mojemu synowi znaleźć dobrą pracę w stolicy. Taki był, troskliwy i opiekuńczy.

 

Dlatego Ewa nie żałuje żadnego dnia spędzonego z nim w charakterze kochanki. Rozstali się po dwunastu latach. Tak zupełnie naturalnie. On się postarzał, zaczął chorować, trochę może im się też znudził ten związek?

 

- Ale wiem, że gdyby coś się działo, mogę na niego liczyć, choć oczywiście dziś możliwości ma inne. Czasami widuję ich z żoną, mają ulubioną kawiarnię w parku. Ja też tam czasami chodzę. Kłaniamy się sobie z daleka, ona zawsze się miło uśmiecha – opowiada Ewa. - Cóż w gruncie rzeczy wygrała. Dalej jest z nim, ja pozostałam samotna.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imię bohaterki i niektóre szczegóły zostały zmienione.

 

Tagi:

kochanka,  zdrada,  związek,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót