- Nie tak mnie wychowywano, żeby rodziców zostawiać samotnych. I wydawało mi się, że nie tak wychowuję swoich synów. Ale w praktyce okazało się inaczej. Mają firmy, pieniądze, wyjeżdżają w ciepłe kraje z żonami i wnukami. Nie obchodzi ich to, że matka zostaje kompletnie sama – wzdycha Barbara ciężko.

 

Kiedy miała jeszcze siły i nie była emerytką, to ona robiła święta w domu. Bo chciała, żeby rodzina była w komplecie choć dwa razy w roku. Synowie byli już na swoim, mieli żony, dzieci. Ale ona niestrudzenie organizowała rodzinne spotkania. Żeby podtrzymać tradycję.

 

- Spędzaliśmy razem przynajmniej jeden dzień, bo rozumiałam, że i synowe mają rodziców. Czekałam na to z utęsknieniem, czułam, że mam w ich życiu swoje misce – opowiada Barbara.

 

Dlatego kupowała, krzątała się, gotowała do utraty tchu. Nauczona w domu, że stół ma się uginać, robiła pasztety, piekła domowe torty, ciasta. Za wszystko płaciła ze skromnej pensji, bywało, że zaciągała na święta pożyczki.

 

- Bo nikt z nich nigdy nie spytał, czy nie trzeba by się było dołożyć do świat. Synowe nie pomagały, odsuwały krzesła i szły do swoich domów. Chętnie zabierały pasztet czy ciasto. Ja zostawałam z bałaganem i czasami z długami. Dziś widzę to bardzo wyraźnie. Wtedy byłam zaślepiona, uważałam, że skoro tak dbam o synów, przyjdzie czas, że będą mi wdzięczni – opowiada Barbara.

 

Po przejściu na emeryturę podupadła na zdrowiu, nie miała za co robić wystawnych świąt. Ale pamięta, jak pierwszy raz zadzwoniła do synów, że tym razem nie da rady, że już dla niej za ciężko.

 

- Liczyłam, że powiedzą, że nie ma sprawy, że tym razem ja do nich pójdę. Ale żaden z nich nie zaprosił mnie na Wigilię. Pojechali z żonami do swoich teściów. Zadzwonili z życzeniami i było na tyle. Przepłakałam wtedy całe święta – mówi smutno Barbara.

 

Czas leciał, wnuki podrosły, synowie zaczęli lepiej zarabiać. Do teściów też już nie chodzą, w każde święta wyjeżdżają na zagraniczne wakacje.

 

- Tyle, że ich teściowie są przynajmniej we dwoje. Mają też inne rodziny. Ja jestem sama, jak palec. Ale synów to wcale nie obchodzi – opowiada Barbara.

 

Kilka razy jej tylko mówili, że przecież mogłaby iść do jakiejś koleżanki. Mogłaby, ale nie chce. Smutno jej jak patrzy na tamte rodziny, razem siedzące przy stole. I ona, jakby z kompletnie innej planety, stara, samotna, opuszczona. Jakby dzieci nie miała, jakby o nich nie dbała, nie wychowywała.

 

- Nie ogrzejesz się przy cudzym ogniu. Nie chcę być zapraszana z litości. To dla mnie podwójnie bolesne. Dlatego wolę już sama w domu zostać – mówi Barbara.

 

Synowie zawsze dzwonią z życzeniami, to rzecz jasna. Słyszy ich radosne głosy z drugiego końca świata, zapewnienia „kochamy cię mamusiu tu wszyscy”. Jednak ona dobrze wie, że miłość nie polega na pustych gestach. Ona chciałaby być z synami przy stole, móc ich po głowie, jak kiedyś, pogłaskać.

 

- Póki mogłam szykować święta, a oni jeszcze nie byli tacy majętni, to chętnie do mnie przychodzili. Kiedy jestem już bez siły, zostałam samotna. Nie tak wychowywałam swoje dzieci – kończy smutno swoją opowieść Barbara.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imię bohaterki zostało zmienione.

Tagi:

święta,  starość,  samotność,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót