- Ale córka powiedziała, że ojciec twierdzi, że pieniędzy nie ma. Rozmawiała dość dziwnie i nie ukrywam, że mnie zaniepokoiła. Obiecałam, że jej parę złotych wyślę na konto babci, ale już czułam w brzuchu niepokój – opowiada Marta.

 

Zaraz po rozmowie sprawdziła wspólne z mężem konto w banku. Rzeczywiście, zamiast odłożonej sporej sumki, było na nim dwieście złotych!

 

- Świat mi zawirował. To ja tu siedzę jak niewolnica, tyram od świtu do nocy, a on przetracił moje zarobki? Zadzwoniłam natychmiast do niego. Kręcił i opowiadał coś o tym, że wydał na naprawę samochodu, na remont pieca i pieniądze poszły. Ale ja mu już nie wierzyłam w ani jedno słowo. Niestety, nie mogłam ot tak, rzucić wszystkiego i przyjechać – wzdycha Marta.

 

I dodaje, że to ona poświeciła się dla rodziny, choć tak naprawdę powinna chłopa wygonić z domu za robotą. Jej mąż stracił pracę podczas pandemii, stwierdził, że nowej znaleźć nie może. Marta jednak wie, że nie za bardzo szukał, przez myśl mu też nie przeszło, żeby gdzieś pojechać. Ona też stałej pracy ostatnio nie miała, dorabiała przy weselach czy chrzcinach, ale pandemia też znacznie ograniczyła jej możliwości.

 

- Mieszkamy w niewielkiej miejscowości, mamy swój mały domek, mamy ogródek, mały sad. Są swoje warzywa, owoce, robi się przetwory. Kosztów wielkich nie mamy, ale jest dwoje dzieci, córka 15 lat i syn 13 lat, trzeba je ubrać, posłać do szkoły, zapłacić za prąd i za gaz – mówi Marta. Jakieś pieniądze w domu muszą więc być. I ponieważ mąż się nie kwapił do ich zarabiania, ona wzięła sprawy w swoje ręce.

 

Ma koleżankę, która jeździ do Niemiec jako opiekunka. Wszystko formalnie, przez dobrą agencję. Marta miała w liceum niemiecki i ma to szczęście, że lubiła ten język. Biegle nie mówi, ale się dogada. Na początek wystarczająco. Koleżanka załatwiła jej kontakt z agencją i Marta zdecydowała się na wyjazd.

 

- Najczęściej kobiety jeżdżą na trzy miesiące i mają miesiąc przerwy. Ale ja zdecydowałam się od razu na pół roku. Od maja, w listopadzie miałam wrócić do domu i zdecydować co dalej – mówi Marta.

 

Pojechała, trafiła na osobę leżącą. Praca jest ciężka, praktycznie bez dnia wolnego, choć w teorii taki mieć powinna. Musi dom posprzątać, ugotować, nakarmić podopieczną i przyjść, kiedy czegoś potrzebuje i zadzwoni dzwonkiem. Ale Marta nie narzeka, dostaje 1200 euro na rękę, ma mieszkanie i jedzenie, córka kobiety, którą się opiekuje jest bardzo miła. Przyjeżdża do matki w każdą niedzielę i wtedy Marta wychodzi na dłuższy spacer. Może też wyjść na zakupy w ciągu tygodnia.

 

- Ale mimo wszystko to jak więzienie. I ta samotność jest najgorsza. Zrobię swoje, idę do pokoju. Rozmawiam przez telefon, piszę z koleżankami. Ale jestem w obcym kraju, nie u siebie. Żyję w izolacji – mówi.

 

Na wspólne konto wpłaciła 3 tysiące euro, dla niej kwota zawrotna. Mąż miał wziąć część pieniędzy na remont dachu, wiadomo, coś tam potrzeba na życie, reszta miała być zabezpieczeniem na przyszłość. Dlatego Marta aż się zagotowała, jak zobaczyła puste konto.

 

- Córka ma 15 lat nie jest już małym dzieckiem. Wysłałam jej SMS, żeby zadzwoniła, jak będzie mogła mówić. Okazało się, że jak wyjechałam, to mężem zainteresowała się bardzo sąsiadka. Młodsza ode mnie, samotna, ma troje dzieci. Mąż zaczął do niej chodzić jej pomagać, razem gdzieś zaczęli wychodzić, Elwira powiedziała, że ojciec zaczął wydawać na nowe ubrania i zabiera sąsiadkę do restauracji – mówi Marta.

 

Mężowi nic jednak nie powiedziała, uznała, że musi sprawę załatwić osobiście. Sierpniowej wypłaty już do domu nie wysłała, założyła sobie własne konto. Zdziwiony mąż dzwonił co się dzieje, powiedziała mu, że agencja się spóźnia. Porozmawiała z córką swojej podopiecznej i wyjaśniła,że musi pilnie na tydzień wyjechać, ale wróci, na pewno wróci.

 

- Kobieta załatwiła kogoś dorywczo, bardzo jest ze mnie zadowolona, więc nie robiła mi kłopotów. I tak na początku września zjawiłam się znienacka w domu. Ale specjalnie przyjechałam wieczorem, bo córka mówiła, że ojciec wieczory spędza u sąsiadki – opowiada Marta.

 

Tak było i tym razem. Męża w domu nie było, poszła na drugą stronę szosy i rozsierdzona wpadła w środek randki. Na stole zakąski, wódeczka, mąż z sąsiadką wyraźnie rozbawieni.

 

- Jak mnie zobaczyli to zamarli. Jakbym duchem była. A ja spokojnie powiedziałam mężowi, że jak mu tak dobrze w tym towarzystwie, to żeby już u sąsiadki na stałe został. Bo ja go więcej widzieć w swoim domu nie chce, a spakowane łachy zostawię mu na ganku – mówi Marta.

 

Wróciła do siebie, drzwi zaryglowała, spakowała ciuchy męża w dwie walizki. Wystawiła przed drzwi i postanowiła, że zrobi ze swoim życiem wreszcie porządek.

 

- Utrzymywałam nieroba, niczego nie wymagałam, a on jeszcze tak się odwdzięczył. Dom jest mój, po babci, wprowadził się na gotowe. Nigdy nie musiał o rodzinę się specjalnie troszczyć. Zrobiłam przegląd swojego małżeństwa i zdałam sobie z tego sprawę. Nie było mi lekko, o nie, ale uznałam, że nie mam innego wyjścia – wzdycha Marta.

 

Rano poszła do matki pogadać i ustaliły, że dzieci przeniosą się do babci. Marta wzięła ślusarza, zmieniła zamki w domu, założyła w oknach kraty. Zostawiła matce pieniądze na życie i wróciła do Niemiec. Zdążyła jeszcze pojechać do adwokata, żeby zacząć rozwód załatwiać.

 

- Okazało się, że żadnego remontu pieca nie było, samochodu też nie naprawiał. Moją krwawicę wydał na tę kobietę. To u niej chałupę wymalował, zrobił jej nowe płytki w kuchni. Znam ją tyle lat, nie jest jakaś bardzo mi bliska, mimo to nie spodziewałabym się, że może tak się zachować. Dla mnie zwykła dziwka – nie kryje swojego oburzenia Marta.

 

W Niemczech Marta została do połowy grudnia. Przyjechała do Polski na święta, ma wolne do lutego. Chce jeszcze na pół roku pojechać, żeby parę złotych zarobić. Wtedy zrobi remont domu i wróci z córką i synem do siebie. Jej mąż na razie z sąsiadką mieszka, bo nie ma się za bardzo gdzie podziać. Brat Marty ma pilnować, żeby szwagrowi nie śniło się wracać do dawnego domu.

 

- Bo już podobno są kłótnie i miłość się skończyła. Nie ma mojej kasy do wydawania, to i chęć jej przeszła na trzymanie darmozjada. Ale niech go sobie teraz karmi i mu pierze, jak tak bardzo go chciała. Jemu nie wybaczę. To ja pojechałam do Niemiec jako opiekunka, a on z sąsiadką się zabawia? – mówi Marta ze złością.

 

Ona wie, że w życiu sobie poradzi. Cała ta historia uświadomiła jej, że tak naprawdę nigdy niczego nie wymagała od swojego męża.

 

- Przecież to on powinien znaleźć robotę, a ja być w domu z dziećmi. Ale zawsze tak było, że jak czegoś brakowało, to najmowałam się do najcięższych zajęć, żeby zaoszczędzić na telewizor czy na pralkę. Oczy mi się otworzyły i choć przykro, to może dobrze, że tak się stało. Lepiej być samej niż z takim mężem – mówi Marta.

 

Za dwa tygodnie wraca do pracy. Wie ile zarobi i na co to przeznaczy. Dzieci bez problemu zrozumiały sytuację. Też się cieszą z perspektywy remontu starego domu, a w dodatku córka podopiecznej powiedziała, że dzieci mogą z Martą spędzić w Niemczech wakacje. Pierwszy raz wyjadą z Polski. We wrześniu wrócą z matką do domu, żeby wszystko zacząć od początku.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione.

 

 

Tagi:

zdrada,  opieka,  mąż,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót