- Od dwóch lat, odkąd syn wyjechał do byłego męża do Kanady, zaczęłam dbać wyłącznie o siebie. W zeszłym roku nie musiałam się tłumaczyć, bo była już pandemia. Poznałam wtedy smak świat na luzie. Pomyślałam, a co stoi na przeszkodzie, żeby tak je spędzać już zawsze? - opowiada Renata. I dodaje, że świąt nienawidziła od dziecka.

 

Bo nigdy nie rozumiała tego szaleństwa, które w domu wprowadzały matka i babcia. Pieczenia do później nocy, gotowania masy rzeczy, których potem nikt jeść nie chciał. Pucowania domu, prania firanek, szorowania każdego kąta.

 

- Jakby to był dom, w którym nigdy się nie sprząta. Moja matka miała fizia na tym punkcie, święta nie święta było czysto. Po co więc było nagle dostawać jakiejś gorączki, skoro w domu nigdy nie było brudno? - retorycznie pyta Renata.

 

Magii świąt nie czuła żadnej. Nawet kiedy jeszcze żył ojciec. Standardowe rozmowy przy stole, jakaś rodzina, do której szło się z rewizytą. Ona musiała być ładnie ubrana i uważać, żeby niczego nie pobrudzić. Musiała być grzeczna, nie mówić niepytana i całować się z każdym, czy chciała czy nie chciała.

Im była starsza, tym bardziej ją ta tradycja nużyła. Szczególnie, że wymagano już od niej pomocy w sprzątaniu i w kuchni. Kręcenia sernika, odkurzania, wieszania firanek. A ona domowych prac zwyczajnie nie lubi. I cały ten szał był tylko po to, by za stołem spędzić raptem niecałe trzy dni.

 

- Potem wyszłam za mąż, czasami święta były w naszym domu. Nie miałam ochoty na te wszystkie przygotowania, ale syn był mały, uważałam, że trzeba mu wpoić rodzinną tradycję. A on niedawno mi powiedział, że on również nie cierpi rodzinnych spotkań przy świątecznym stole. Cały mój wysiłek poszedł więc na marne – śmieje się Renata.

 

Jej ojciec zmarł, kiedy miała trzydzieści lat, miała więc poczucie, że w święta trzeba zająć się samotną matką. Ale kilka lat temu matka poznała mężczyznę, z którym jest do dziś, a Renata zdążyła się rozwieść.

 

- I znowu Wigilia przeniosła się do matki. Chodziliśmy z synem, bo tak wypada. Czasami on spędzał święta z moim byłym mężem. Wtedy te wędrówki odbywałam samotnie, marząc o tym, by jak najszybciej znaleźć się we własnym domu – opowiada Renata.

 

Dwa lata temu syn wyjechał do Kanady, gdzie dziś mieszka były mąż Renaty. Tam zrobi maturę i tam pójdzie na studia. Rozstanie z synem łatwe nie było, ale są w ciągłym kontakcie, co tydzień gadają przez skypa. Renata ma świadomość, że syn w Kanadzie ma perspektywy znacznie lepsze, mieszka z nową rodziną jej eks męża, ma przyrodnią siostrę i czuje się tam świetnie.

 

- A ja choć z jednej strony tęsknię, z drugiej zobaczyłam, jak cudownie być samą. Robię to co chcę, nie muszę się z nikim liczyć. Postanowiłam, że zacznę żyć, tak jak mi się podoba, choć nie da się ukryć, że stare przyzwyczajenia jeszcze dają znać o sobie w postaci wyrzutów sumienia. Ale z nimi walczę i jestem konsekwentna – mówi Renata.

 

W zeszłym roku pandemia była dla niej dobrą wymówką. Odmówiła pójścia do matki ze względu na bezpieczeństwo, jeszcze szczepień nie było, a ona, Renata, pracuje wśród ludzi. W tym roku jednak uznała, że nie będzie kręcić. Ma prawo do własnych wyborów i własnego życia.

 

- Partnera matki zwyczajnie nie lubię, drażni mnie jego sposób bycia. Syn na święta nie przyjechał, bo z powodu pandemii nie ma to sensu. Uznałam, że dlaczego mam się męczyć? - mówi Renata.

 

Zakomunikowała matce, że po prostu nie przyjdzie. Chce odpocząć w domu, mieć święty spokój. Matka, co prawda, wytknęła jej egoizm, ale Renata uważa, że ma prawo również do bycia egoistką.

 

- Nie znoszę świąt, zakupów, choinek, gadżetów. U mnie choinki nie będzie, nie będzie ani śledzia, ani karpia, których też nie znoszę. Kocham owoce morza, zrobię sobie krewetki. Mam przygotowane dobre książki, wykupię dostęp do kilku filmów – mówi Renata.

 

Kiedy więc inni zasiądą z rodzinami do stołów, ona już będzie po rozmowie z synem. W piżamie i w szlafroku zje swoje krewetki i umości się pod ciepłym kocem z dobrą książką w ręku. W pierwszy dzień świąt wybiera się na długi spacer, potem zrobi sobie kąpiel, położy maseczkę. Popołudnie spędzi na leniuchowaniu, obejrzy zaległe filmy, zje ulubione lody, bezpośrednio z pudełka.

 

- W niedzielę umówiłam się z koleżanka, mamy zamiar gdzieś się wybrać na przejażdżkę. Pogadamy, wrócę pod wieczór do domu i tak miną mi święta. Wreszcie takie, jak ja chce. Bez choinki, karpia i śledzia. I bez nudnych spotkań – mówi Renata. I podkreśla, że dzięki swojej decyzji, nie jest, jak to dawniej bywało, od połowy grudnia spięta. Wrzuciła na luz, bo dała sobie do tego wreszcie po latach prawo.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imię bohaterki i niektóre szczegóły zostały zmienione

 

Tagi:

święta,  życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót