Obecne mieszkanie to raptem 30 metrów kwadratowych w piwnicy starej kamienicy w centrum Lublina. Jest w nim wilgoć, chłód, nie ma ciepłej wody, wentylacji, toaleta w korytarzu. Kurzakowie wprowadzili się tu w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku.

- Kamienica była pod zarządem MZBM, żona tam pracowała – mówi pan Waldemar. - Pozwoli nam tu zamieszkać. Sam zrobiłem remont, założyłem ogrzewacz do wody, zrobiłem brodzik. I tak tu żyjemy.

 

Warunków tu nie ma, toaleta jest w korytarzu.

 

Wychowali dwoje dzieci, życie jakoś tam biegło.

- Jakim byliśmy małżeństwem? - zamyśla się pan Waldemar. - Jak każde, raz było dobrze, raz źle, czasami były kłótnie. Ale zawsze razem, bo dla mnie rodzina jest najważniejsza.

 

 

Siedzimy w małym pokoiku. Na stoliku porozkładane leki. Na szpitalnym łóżku pogrążona we śnie żona Barbara.

- Już od kilku lat nie ma z nią żadnego kontaktu – mówi pan Waldemar. - Ale ja z nią rozmawiam. Wstaję rano i mówię, zobacz Basiu, niby wiosna, a znowu mamy śnieg. Mam nadzieję, że słyszy, że wie, że się nią zajmuję.

 

A zajmuje już od lat kilkunastu. W dość młodym wieku przyszła straszna diagnoza – choroba Alzheimera, dołączyła się padaczka. Jakoś jednak trzeba było z tym żyć. Na początku pan Waldemar zamykał żonę w domu, kiedy wychodził do pracy. Ale i tak potrafiła uciec. Kiedy szukał jej po Lublinie do drugiej w nocy z policją, stwierdził, że tak dalej się nie da.

- Pracowałem wtedy jako konserwator w III LO – mówi. - Powiedziałem pani dyrektor, że albo się zwolnię, albo będę zabierał żonę do pracy. Zgodziła się, żeby z żoną przychodzić, jakoś robotę dalej ciągnąłem.

 

Potem znalazł dzienny dom opieki, gdzie żona jeździła rano na zajęcia. Po pół roku jednak jej stan się na tyle pogorszył, że tylko przeszkadzała innym. Kazali żonę zabrać.

- Co miałem robić? Mówili mi, żeby znaleźć jej zakład opiekuńczy – mówi pan Waldemar. - Ale ja bym tego nie przeżył, gdybym nie wiedział, jak się czuje, jak się nią zajmują, czy czegoś nie potrzebuje. Nie, to wykluczone, żebym ją dał pod opiekę obcym, przecież to moja żona.

Rzucił pracę, został formalnym opiekunem żony. Żyli z zasiłków i pomocy MOPR. Łatwo nie było, ale co zrobić.

W międzyczasie kamienica zmieniła właściciela. Już nie podlegała pod miejski zarząd, odnaleźli się prawowici spadkobiercy.

 

- Dogadałem się, że będę dozorcą za możliwość mieszkania w tej piwnicy – opowiada pan Waldemar. - Ale potem znowu właściciele kamienicy się zmienili.

 

Od sześciu lat żona już nie chodzi. Jest karmiona przez PEG, trzeba ją umyć, podać leki, zadbać, żeby nie było odleżyn. Pan Waldemar wszystko robi sam, przychodzi tylko do pomocy od czasu do czasu pielęgniarka.

 

- Nie skarżę się – mówi. - Mogło być odwrotnie, to ja mogłem zachorować i ona musiałby o mnie dbać. Takie życie, nikt nie wie, co i kiedy go spotka.

 

Nowie właściciele stwierdzili jednak, że małżeństwo nie ma żadnego przydziału na zajmowany lokal i tak naprawdę nie powinno tu mieszkać. Kurzakowie dostali nakaz wyprowadzki, tyle tylko, że nie mają gdzie pójść.

 

Kamienica wymaga remontu. Zejście do mieszkania państwa Kurzaków.

 

- Chcieliśmy załatwić sprawę ugodowo – mówi mecenas Julita Łomża – Kotowska, współwłaścicielka kamienicy, obecnie nią zarządzająca. - Sama pomagałam pisać panu Waldemarowi wniosek do UM o przydział lokalu. Tu nie ma warunków dla tak chorej osoby, a my chcemy robić remont generalny. Z lokatorami w piwnicy nie ma o tym mowy.

 

W zeszłym roku w sierpniu szczęście było blisko. Miasto dało państwu Kurzakom przydział na mieszkanie w bloku. Niestety, również w zeszłym roku obydwoje nabrali praw emerytalnych, wypłacono im świadczenie w tym samym czasie, ale jednocześnie za kilka miesięcy wstecz.

 

- Moim zdaniem to był błąd urzędnika, że policzył to jako dochód za ostatnie trzy miesiące, bo to była emerytura naliczona od marca – dodaje mecenas Łomża – Kotowska. - No ale stało się, państwo Kurzakowie stracili szansę na godne warunki, choć ja uważam, że i tak należy im się mieszkanie od miasta.

 

Dwie emerytury dają dziś miesięczny dochód w wysokości około 4 tysięcy złotych. Niby nie mało, ale Waldemar Kurzak szybko wylicza – 700 złotych zabiera komornik na bardzo stare, niespłacone potem z powodu biedy kredyty, 600 – 700 złotych trzeba wydać na pampersy i leki, w zimie a prąd około 700 złotych.

 

- No i nie za wiele zostaje na życie – mówi. - Ja wpłacam po 600 zł miesięcznie jako czynsz, na tyle mnie stać, ale dostałem podwyżkę to i mój dług rośnie.

 

Mecenas prostuje, że czynszu nie ma. Jest odszkodowanie za bezzasadne korzystanie z lokalu w wysokości 1200 złotych miesięcznie. Zaległości państwa Kurzaków sięgają trzech lat. W sądzie jest sprawa o eksmisję, jest tylko kwestią czasu, aby Kurzakowie i tak musieli opuścić lokal.

 

- Mnie naprawę ich żal i uważam, że UM powinien pomóc – podkreśla. - To ostatnie osoby w kamienicy, które zostały i blokują nam remont. I żyją w bardzo ciężkich warunkach. Powiem tylko, że żadnemu ze starych lokatorów miasto nie pomogło znaleźć nowego lokum, choć MZBM przez lata czerpał z kamienicy zyski. Pomagali albo nowi właściciele, albo ludzie musieli sobie radzić sami. W tym przypadku jest jednak wyjątkowa sytuacja zważywszy na stan zdrowia pani Kurzakowej.

 

Waldemar Kurzak mówi, że z MOPR co jakiś czas idą do UM w tej sprawie pisma ponaglające, ale odpowiedź jest jedna – mieszkań nie ma.

 

- I ja nie wiem, co mam zrobić, na stancję nikt nas z tak chorą żoną nie przyjmie – mówi Waldemar Kurzak. - Długi rosną, a tu naprawdę warunków nie ma, więc za co mam płacić aż 1200 złotych? Gdzie mamy pójść, co robić? Pewnie sam bym sobie szybciej poradził, ale żony nigdzie nie oddam. Przysięgałem jej w zdrowiu i w chorobie, przysięgałem, że do śmierci nie opuszczę. Bylebyśmy mieli się gdzie podziać.

 

Magdalena Gorostiza

 

 

Tagi:

życie,  opieka,  małżeństwo, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót