Joanna (imię zmienione) chce pozostać anonimowa, jest właścicielką dobrze prosperującej niewielkiej kliniki.

 

- Nie chcę podawać nazwiska, bo zaraz ktoś uzna, że robię sobie reklamę na cudzym nieszczęściu. A mnie chodzi tak naprawdę o uczulenie ludzi na problem, a nie o medialną sławę – wyjaśnia.

 

O samobójstwach wśród weterynarzy jest od lat już głośno. Sama brała udział w zagranicznym sympozjum jakieś osiem lat temu, gdzie prezentowano na ten temat wyniki badań.

 

- Co piaty weterynarz ma dość życia i myśli o samobójstwie. Według badań Merck Animal Health i American Veterinary Medical Association lekarze weterynarii są bardziej narażeni na stres w pracy niż inne zawody i są 2,7 razy bardziej narażeni na śmierć w wyniku samobójstwa niż ogół społeczeństwa. W tym roku samobójstwo popełniło już trzech lekarzy, których znałam, jeden mieszkał poza Polską – mówi lekarka. I dodaje, że to problem ogólnoświatowy. Nie dotyczy tylko Polski. Badania na ten temat prowadzone są choćby w USA, Kanadzie, Australii. Wszędzie jest podobnie.

 

Ona sama przez pięć lat walczyła z depresją. O samobójstwie nigdy nie myślała, teraz wyszła na prostą. Ale mało kto tak naprawdę wie, jak wygląda weterynaria od środka.

 

Trudne studia, trudna praca

 

Studia weterynaryjne są trudne, wymagają naprawdę dużego wysiłku. Ale, zdaniem Joanny, weterynarze nie mają takiego szacunku w społeczeństwie jak „ludzcy” lekarze.

 

- Tymczasem my musimy mięć znacznie większą wiedzę, bo i na temat konia, psa, kota czy chomika. Pacjent idzie do lekarza i bez szemrania płaci 250 zł za wizytę trwającą kwadrans, podczas której dostanie tylko receptę. Ja biorę za wizytę 120 zł i często słyszę, że to zwykłe zdzierstwo – mówi Joanna.

 

Zarówno praca u kogoś jak i praca na swoim wcale nie jest łatwa. Ona kilka lat temu musiała zwolnić kilka osób, bo była okradana. Miała kredyty, chciała stworzyć super zespół, zapewnić fajne miejsce pracy. Okazało się, że zamiast wdzięczności, straciła pieniądze.

 

- Byłam załamana. Zanim skompletowałam nowy zespół, bywało, że dyżurowałam kilka nocy z rzędu. Byłam wyczerpana fizycznie i psychicznie. Wtedy zaczęła się moja depresja – wspomina Joanna.

 

Kocha bardzo zwierzęta, ale ich właścicieli już w dużo mniejszym stopniu. Podkreśla, że ludzie nie pójdą nieumówieni nawet do fryzjera, ale lekarz weterynarii powinien ich przyjąć od ręki. U niej w klinice jest wielki napis, że pierwszeństwo mają zwierzęta z zagrożeniem życia czy z wypadków, czasami jakiś zabieg się przedłuży, ale i tak często z poczekalni dochodzą ją niezadowolone głosy czekających pacjentów, czego raczej się nie słyszy w gabinetach lekarskich dla ludzi.

 

- W dodatku do nas często przychodzi się jak do cyrku,w towarzystwie dzieci, dla których to ma być rozrywka. A gabinet nie jest miejscem dla dziecka, bo zwierzę podczas badania może być agresywne, ja też mam się skupić na leczeniu, a nie na pilnowaniu cudzego „bąbelka”. Wielu osobom jednak się wydaje, że wizyta z dzieckiem to wspaniały pomysł, a jeśli zwróci się uwagę, awantura wisi w powietrzu – mówi Joanna.

 

Dzięki pandemii ukróciła takie wizyty. Zakazała przychodzenia w kilka osób, nawet dorosłym, do gabinetu zaprasza w pojedynkę. Przecież do „ludzkiego” lekarza też nikt nie wchodzi do gabinetu w towarzystwie.

 

- I tu jest właśnie ten brak szacunku do naszego zawodu, o którym mówię. Czy matka zabiera ze sobą na badania swoje dziecko czy męża? – pyta retorycznie Joanna.

 

Ta codzienna presja i czasem praca ponad siły wykańcza. Młodzi lekarze, żeby zarobić, harują od świtu do nocy. Jeśli masz już swój gabinet czy klinikę, dochodzi stres o to, czy będą pacjenci, czy wszystko się zepnie finansowo, będzie obsada dyżurów.

 

Wszechobecny hejt

 

Internet jeszcze podbił poziom presji. Dziś, żeby funkcjonować, trzeba mieć konto na Facebooku, mieć stronę w internecie.

 

- I o ile na Facebooku można skasować komentarz, w Googlach nie ma takiej opcji. Ja zawsze jak wchodzę na opinię o mojej firmie czuję nieprzyjemną kulę w brzuchu – opowiada Joanna.

 

Ostatnio miała wpis - „zdziercy, jak nie masz kasy, to nie pomogą, fabryka pieniędzy”. Więc Joanna pyta, czy lekarze weterynarii są instytucją charytatywną? Czy ludzie nie rozumieją, że trzeba zapłacić czynsz za lokal, spłacić leasing za drogi sprzęt medyczny, zapłacić ratę kredytu? I czy ktoś w ogóle pracuje za darmo?

 

- Ale my powinniśmy leczyć bez pieniędzy i być całą dobę dostępni. Inaczej jesteśmy „bez serca”. I leją się na nas wiadra pomyj – mówi Joanna.

 

Jakiś czas temu przez tydzień nie była w stanie pracować, przy każdym pacjencie trzęsły jej się ręce. Była u niej kobieta z królikiem, jak się okazało, jakaś influencerka czy ktoś taki. Królik zdechł, bo przyprowadziła go za późno. Ale Joanna została wymieniona na Facebooku z imienia i nazwiska jako „morderczyni”.

- W dodatku ta osoba prosiła o udostępnienia posta, żeby rzekomo przestrzec innych. I ta bezmyślna zgraja ludzi oczywiście post udostępniała. Nikomu z nich nie przyszło do głowy, żeby zadzwonić do kliniki i zapytać, jak było naprawdę, że to ta pani zaniedbała zwierzę. A przecież nie jestem w tym odosobniona, koledzy po fachu dobrze to znają. I to uczucie, które temu towarzyszy, totalna bezsilność i brak możliwości zrobienia cokolwiek – opowiada Joanna.

 

Miała nawet zamiar podać kobietę do sądu o zniesławienie. Machnęła jednak ręką. Podobnie jak i na inne wpisy, bo nie ma na to siły. Czy jej winą jest, że leczenie zwierząt kosztuje, że zwierzęta, tak jak ludzie, odchodzą? Że nie każde da się uratować? Że leczy się je trudniej niż ludzi, bo nic nie powiedzą?

 

Hejt można dostać praktycznie za wszystko. Za to, że nocna wizyta czy świąteczna jest droższa od tej w dzień powszedni (lekarzowi za dyżur też trzeba więcej zapłacić), za to, że trzeba zapłacić za leki. Joannie oberwało się nawet za to, że nie przyjęła dziecka z chorym chomikiem.

 

- Dziecko nie może być opiekunem prawnym zwierzęcia, to bezmyślność rodziców wysyłanie małoletniego do lekarza weterynarii, ale ja też jestem temu winna – mówi Joanna.

 

Co gorsza, bywa, że hejt płynie z własnego środowiska, bo tak działa niezdrowa konkurencja. Ale Joanna podkreśla, że na szczęście to już dziś jest rzadkość.

 

 

Psa można wziąć za darmo, ale weterynarz kosztuje

 

Zdaniem Joanny największym problemem jest to, że ludzie nie rozumieją, iż posiadanie zwierzaka to luksus, na który nie każdy może sobie pozwolić. Bo szczepienia, leczenie, to wszystko kosztuje i to coraz więcej. Ot, choćby preparat na kleszcze podrożał o kilkadziesiąt złotych. To nie wina klinik weterynaryjnych, a kursu euro. Drogi jest sprzęt specjalistyczny, wyposażenie sal operacyjnych, laboratoriów, leki, odczynniki. A to wszystko składa się na całkowity koszt leczenia, praca lekarza stanowi tylko część tej kwoty.

 

- I ludzie nie rozumieją, że za leczenia psa wziętego ze schroniska za darmo można zapłacić nawet tysiąc czy dwa tysiące złotych. Że kilkaset złotych można zapłacić za leczenie królika czy chomika kupionego za grosze – mówi Joanna.

 

To też kolejny powód do stresu, wyrzutów i negatywnych ocen. Ale dla lekarzy to też często powód do głębokiej frustracji. Bo ludzie żądają usypiania zwierząt, które można by uratować, ale za leczenie nie chcą płacić.  I Joanna dodaje, że z amerykańskich badań jasno wynika, że to jeden z największych powodów stresu wśród lekarzy weterynarii. Bo diagnozowanie jest trudne, pacjent przecież nie mówi, tak jak małe dziecko.  Ale od pediatry nikt nie wymaga eutanazji pacjenta z uleczalnym urazem lub chorobą, ponieważ jego opiekun nie może sobie pozwolić na lekarstwo czy kosztowny zabieg.

 

- Dla mnie jest to zawsze bardzo przygnębiające. Ostatnio na szczepienie przyszła kobieta z psem, który miał straszny kamień na zębach. Powiedziałam jej, że trzeba kamień usunąć, bo pies bardzo cierpi. Kobieta powiedziała, że nie zapłaci – mówi Joanna.

 

Jej trudno to pojąć, bo wzięcie zwierzęcia to odpowiedzialność. Nie rozumie, jak można świadomie skazywać je na cierpienie. A są ludzie przyprowadzający swoich podobno ukochanych pupili w stanie skrajnego zaniedbania, z chorobami, które rozwijają się od dawna, które widać gołym okiem.

 

- I często wtedy oczekują od nas cudu, my cudotwórcami nie jesteśmy. I znowu jest hejt i znowu są pretensje. Tak naprawdę ja powinnam takie sprawy zgłaszać na policję, bo to jest znęcanie się nad zwierzęciem. Ale tego nie robię, bo ludzie by mnie dosłownie wtedy zjedli – opowiada Joanna.

 

Wiele osób uważa również, że powinna być 24 godziny na dobę do ich dyspozycji. Dawać swój prywatny telefon i odbierać w każdej chwili. Ona w ogóle nie odbiera obcych numerów, nie przyjmuje nowych osób do znajomych na Facebooku. Ma dość prywatnych wiadomości w stylu „mój piesek ma biegunkę, co mam zrobić?”

 

- Czy tego samego wymagamy od „ludzkich” lekarzy po jednej prywatnej wizycie? Naprawdę domagamy się ich numeru telefonu, wydzwaniamy po nocy, piszemy SMS-y? Moja klinika działa przez całą dobę, zwierzę ma swoją dokumentację, jak coś się dzieje, można podjechać. Ja nie mogę być non stop do dyspozycji wszystkich pacjentów – irytuje się Joanna.

 

Ze śmiercią za pan brat

 

Zdarzają się błędy, jak wszędzie, czasami Joanna zadaje sobie pytania, czy zrobiła wszystko, co mogła? Czy może coś uszło jej uwadze, czegoś nie zauważyła? Często o tym myśli. Eutanazja to już w ogóle oddzielny temat i w dodatku bardzo trudny, przynajmniej dla Joanny. Tymczasem w gabinetach weterynaryjnych to norma. Joanna podkreśla, że unika eutanazji jak ognia i wykonuje ją tylko w przypadku stałych pacjentów, znanych od lat.

- Wtedy jestem w stanie nawet do domu do nich pojechać. Dla mnie to przeżycie straszne. Wiem, że zwierzęta czują, że to ich ostatnie chwile. Wiem, że uwalniam je od cierpienia, ale przecież ich właściciele też bardzo cierpią, płaczą, bo tracą najbliższego członka rodziny. Proszę mi wierzyć, że dla większości lekarzy weterynarii jest to bardzo trudne doświadczenie – mówi Joanna.

 

Więc ona wcale się nie dziwi tym, że lekarze weterynarii chorują na depresję, w skrajnych przypadkach odbierają sobie życie. Mają też bezproblemowy dostęp do potrzebnych leków i wiedzę, jak to zrobić skutecznie. Lista powodów jest wystarczająca, nie każdy wytrzymuje presję zawodu. Pasja, z którą szło się na studia nie zawsze wystarcza w starciu w rzeczywistością. Na zamkniętych grupach dla lekarzy weterynarii ten stres, wypalenie zawodowe, wieczne pretensje właścicieli zwierząt, kłopoty finansowe i nadmiar pracy to główne tematy dyskusji. I depresja, bo przyznaje się do niej bardzo dużo osób.

 

- Ale to nie wina zwierząt, tylko ludzi. To oni i ich stosunek do nas jest głównym źródłem frustracji – podkreśla Joanna.

 

Magdalena Gorostiza

 

 

Tagi:

samobójstwo,  lekarz weterynarii, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót