Według GUS we wrześniu inflacja w Polsce wyniosła 5,9 proc. i była największa od ponad 20 lat. Ceny towarów i usług konsumpcyjnych we wrześniu 2021 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 5,9 proc. Prognozy na przyszły rok są równie niepokojące. Tę inflację, wbrew optymistycznym zapewnieniom rządu o świetnym stanie gospodarki, czują już wszyscy, którzy żyją od lat z tej samej pensji.

 

Ewa: Brakuje mi pieniędzy na leki i na książki

 

Ewa jest pracownikiem socjalnym dostaje na rękę po potrąceniach spłaty pożyczki około 2600 złotych miesięcznie. Żyje dość skromnie, nie je dużo, mieszka sama. Już teraz obliczyła, że do swobodnego życia bez luksusów brakuje jej około 700 zł miesięcznie.

 

- Wczoraj zrobiłam zakupy, pół siatki, w osiedlowym sklepiku. Zapłaciłam 64 złotych praktycznie za nic – mówi.

 

Kupiła sezonowe warzywa, mleko, pieczywo nabiał i masło.

 

- Zapłaciłam 8 zł za kostkę masła, trudno je teraz znaleźć na promocji. Masło dobija mój budżet, bo ja gotuję i duszę prawie wszystko wyłącznie na maśle. Jem też dużo serów, a te zrobiły się bardzo drogie – mówi Ewa.

 

Ten miesiąc dał jej w kość, bo była chora. Dwie wizyty w aptece, antybiotyki, leki uzupełniające, suplementy pochłonęły z budżetu około 270 złotych. Teraz będzie oszczędzanie i łatanie dziury. Ewa podkreśla, że następnym razem spróbuje się leczyć domowymi metodami, bo dla niej leki z apteki to zbyt duży wydatek. Ubolewa nad tym, że nie może kupować książek. Uwielbia czytać, a jedna książka to średni około 40 – 50 złotych. Zapisała się do biblioteki, ale tam mało jest nowości. Zastanawia się co będzie dalej. Tym bardziej, że musi jeszcze pomagać matce, która mieszka osobno. Matka ma 1400 złotych emerytury, a samego czynszu za mieszkanie własnościowe musi zapłacić 570 złotych.

 

- I paliwo mnie też dobija, ostatnio jak podjechałam na stację, to się przeżegnałam. Samochodu używam w ostateczności. Nie wiem, co będzie dalej, podwyżki w pracy się nie spodziewam, a w moim zawodzie dorobić trudno – wzdycha ciężko.

 

 

Krzysztof: jesteśmy w czarnej dziurze

 

- Tak naprawdę to w czym innym czarnym, ale postaram się nie kląć. Wybraliśmy z żoną najgorszy moment na budowę domu i nie wiemy, jak teraz z tego wybrnąć – mówi Krzysztof.

 

Kiedy dwa lata temu zrobili wstępny kosztorys, stan deweloperski z metra kwadratowego wyceniono im na mniej więcej 3000 tysiące złotych. Dom nie jest zbyt duży, ma 120 metrów, miał być zbudowany za 360 tysięcy złotych plus wykończenie, na które liczyli około 200 tysięcy. Już w zeszłym roku kalkulacje wzięły w łeb i Krzysztof jest załamany.

 

- Dziś trzeba wydać na podobny dom w tanie surowym około 600 tysięcy, część rzeczy mamy zrobione, ale nie zmienia to faktu, że pieniędzy zabraknie – mówi. I wylicza – materiały budowlane poszły średnio o o 50 do 70 procent w górę. Nie wszystkie, ale stal zdrożała o 120 procent, wełna do ocieplania o 100 procent.

 

- Nawet kabel, który kosztował 1 zł za metr dziś kosztuje 3,70 zł z metra – mówi Krzysztof.

 

Znajomy, który dom im buduje, też musiał podnieść stawki. Tłumaczył, że jeszcze dwa lata temu, jak zaczynali prace, miał robotników po 100 zł dniówki. Dziś to minimum 200 – 250 zł, bo inaczej nikogo nie znajdzie.

 

- I w ten sposób nie wiemy, co mamy robić. Będziemy starać się o kredyt, ale podobno są kłopoty. Mamy do sprzedania mieszkanie, w którym teraz mieszkamy. Ale gdzieś przecież musimy się podziać. Jesteśmy załamani – mówi Krzysztof.

 

Obydwoje z żoną źle nie zarabiają, każde z nich ma na rękę około 5 tysięcy złotych. Ale mają dwoje dzieci, które też wymagają wydatków. I nawet taka pensja nie wystarczy, aby pokryć koszty dodatkowe budowy. Uzbierane na dom pieniądze już dawno zostały wydane.

 

- Kiedyś mój znajomy mi powiedział, że jak się buduje dom, to szacowane wydatki, należy pomnożyć razy dwa. Nie wierzyłem mu, sądziłem, że rynek jest już stabilny. Okazuje się, że miał rację – mówi Krzysztof.

 

 

Beata: Nowych ubrań nie kupuję od dawna

 

Beata pracuje w sekretariacie małej firmy prywatnej. Dostaje 3100 złotych na rękę, mąż zarabia podobnie. Żeby na wszystko starczyło, od lat żyją oszczędnie. Teraz jednak Beata widzi, że trzeba jeszcze bardziej każdą złotówkę oglądać.

 

- Nie jemy dużo, ja jestem zero waste, staram się żyć ekologicznie. Ale widzę jak te ceny poszybowały, jak trudno zrobić opłaty i związać koniec z końcem – mówi.

 

Podrożała woda, elektryczność, czynsz skoczył niebotycznie w górę. Podrożał wywóz śmieć, koszty eksploatacyjne. Za mieszkanie 67 metrów kwadratowych płacą 730 złotych miesięcznie. To na dzień dobry, do tego rachunki za telefon, prąd, paliwo do samochodu, a Beta dojeżdża do pracy około 15 kilometrów.

 

- Dam przykład, kupuje na targu olej rzepakowy, w zeszłym roku płaciłam za butelkę 12 złotych, w tym roku kosztuje 24 złote. Zaczynam rezygnować z niektórych produktów, choć naprawdę kawioru nie jadamy i nie popijamy szampanem – mówi.

 

Od lat kupuje używane ubrania, na platformach internetowych, zagląda do ciucholandów. Nie ma wielkich potrzeb, ale od czasu do czasu musi iść do fryzjera – usługi też zrobiły się drogie. Ścięcie włosów z farbowaniem kosztuje 150 złotych. Do kosmetyczki nie chodzi, nie wydaje na niepotrzebne rzeczy. A jednak pieniądze wypływają z portfela coraz szybciej.

 

- W zeszłym roku wózek produktów w supermarkecie kosztował mnie około 100 złotych, dziś byle co kupię i płacę 150 złotych, wiem, że naprawdę musimy żyć z ołówkiem w reku – mówi Beata.

 

 

Jerzy: Od stycznia zamykam działalność

 

- Dzięki Nowemu Ładowi i nowej składce zdrowotnej od stycznia zamykam firmę. Dorabiałem do pensji około 1000 do 1500 złotych miesięcznie. Teraz to będzie nieopłacalne, bo sama składaka, której nie odliczę, ma wynieść minimum 650 złotych miesięcznie – wyjaśnia.

 

Pracuje na uczelni, jest tłumaczem. Żona jest nauczycielką. Ona ma z wszystkimi dodatkami około 4500 złotych na rękę, ona około 3100 złotych miesięcznie. Mieszkają w domu z dala od centrum. Mają dwa samochody, bo każde z nich pracuje w innej części miasta.

 

- Obliczyłem, że robimy średnio około 50 – 60 km dziennie razem. Dziś musimy wydać na paliwo około 800 zł miesięcznie.  Jeden samochód się nie sprawdzi, bo pracujemy też w rożnych godzinach. Komunikacja miejska odpada, przystanek jest daleko i poza godzinami szczytu, autobus jeździ rzadko. A my wychodzimy do pracy w rożnych godzinach – mówi Jerzy.

 

Więc pierwsza po kieszeni uderzyła ich benzyna. Drżą na myśl o nadejściu zimy, bo dom jest ogrzewany gazem. W zeszłym roku płacili około 900 – 1200 złotych miesięcznie. A gdzie prąd, woda, podatki od nieruchomości, naprawy domu, wywóz śmieci?

 

- Nigdy nie byliśmy rozrzutni, ale teraz widzę, że lekko nie będzie. Całe życie ciężko pracujemy, szlag nas trafia na te rozbuchane programy socjalne. Jestem zdania, że celowo niszczy się klasę średnią, sprowadza nas się do roli pariasów. Oczywiście, ludzi bardzo majętnych te podwyżki tak bardzo nie dotkną, ale takich jak my, jak najbardziej. Ale czuję się kompletnie bezradny w tej sytuacji – podsumowuje Jerzy.

Tagi:

pieniądze,  oszczędzanie,  społeczeństwo, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót