Dlaczego pomagasz innym?

Bo tak mnie wychowano. Moja babcia pomagała, dziadek też. W domu się nie przelewało, bywało różnie. Ale zawsze było serce dla innych. Dziadek, jak nie mógł wspomóc finansowo, to miał dla wszystkich dobre słowo. Takie słowa też leczą, życzliwość, wręczony drobiazg, kwiatek, dana komuś uwaga. To wbrew pozorom bardzo dużo.

 

Twoje dzieciństwo nie było łatwe, wychowałeś się w lubelskiej dzielnicy Tatary, cieszącej się złą sławą w tamtych latach. A jednak, jak to się mówi, nie tylko „wyrosłeś na ludzi”, ale odbiegasz od przeciętnej. Wszyscy, którzy cię znają, wiedzą, że twoje serce jest ogromne.

Tak, Tatary w tamtych czasach nie były dzielnicą o dobrej renomie, typowa robotnicza dzielnica, gdzie obcy nie mieli czego szukać. Burdy, rozróby, kradzieże. Ale mieszkało tam też bardzo wielu porządnych ludzi, dobrych, uczciwych. Oni tworzyli wspólnotę, każdy wiedział o każdym wszystko. Ja się wychowałem właśnie w takiej wspólnocie. Kiedy miałem cztery lata, dziadkowie dostali opiekę nade mną. Oni mnie ukształtowali, za co jestem im wdzięczny. Jak umarła babcia, zostałem sam z dziadkiem, opiekowałem się nim do końca życia, ostatnie miesiące też, kiedy był leżący. Nauczyłem się wszystkiego robić, karmić przez sondę itp. dla mnie to był normalny odruch. Miałem 17 lat jak pomagałem ciotce, która jeździła na wózku inwalidzkim. Dla mnie to było od zawsze oczywiste, że są słabsi, potrzebujący wsparcia.

 

Kiedy zostałeś wolontariuszem?

W 2003 roku. Pracowałem wtedy w kafejce internetowej i tam przychodziła szefowa lubelskiego oddziału Stowarzyszenia małych braci Ubogich. Korespondowała z centralą z Francji. Zaczęliśmy rozmawiać i tak się zaczęło. Stowarzyszenie pomaga seniorom. Chodzi o dawanie swojej obecności, rozmowy, spacery wyjście do kina, wyjazd. Żeby ludzie tak nie cierpieli z powodu swojej samotności. Zostałem skierowany do DPS Kalina, tam poznałem Jana Arczewskiego, który sam jeździ na wózku i prowadzi od lat telefon zaufania dla niepełnosprawnych. On koordynował tam pomoc. wiele się nauczyłem. Zaczyna się inaczej na życie patrzeć.

 

Lubisz to, co robisz, nie nudzą cię starsi ludzie? Dziś młodzi uciekają od starych, nie chcą ich słuchać…

A ja odwrotnie. Starsi ludzie mają czas, nigdy nie powiedzą, że teraz gdzieś lecą, załatwiają. Są mądrzy, mogą wiele prawd przekazać. Każdy człowiek to inna historia. Ja się od nich ciągle uczę. Oni są otwarci, prawdziwi, zawsze znajdą miłe słowo. Tak naprawdę więcej dają mnie, niż ja im. Taka to wygląda.

 

Działasz też w Centrum Wolontariatu. Ale już na innej niwie.

Jestem w grupie Omnes Gentes, która skupia cudzoziemców przyjeżdżających na stałe albo na dłużej do Lublina. Uczą się tu, pracują. Organizujemy spotkania, żeby przybliżyć mieszkańcom Lubina ich kulturę, religię. Chodzi o to, by pokazywać, że wszyscy jesteśmy tacy sami, bez względu na kolor skóry czy wyznanie. Że możemy mieć wspólne wartości, że dobro jest ponad podziałami, które najczęściej wynikają ze strachu i braku wiedzy.

 

Sam nie zarabiasz kroci, ale zawsze wpłacasz na zbiórki, mnie pomagasz wysyłać paczki do sierocińca do Afryki, dokładasz się do tych wysyłek. Dlaczego?

Bo mam świadomość, że innym żyje się gorzej. Że jeśli zbierają na leczenie, na rehabilitację, to gdyby każdy dał te 5 czy 10 zł, udałoby się uzbierać, pomóc, rozwiązać problem.

 

Podobno pomaganie innym uzależnia? Jak to czujesz?

Potrafi i uzależnić i wypalić. Ja na razie nie mam z tym problemu. Pomaganie to dawanie kawałka siebie. Nieważne czy działamy na rzecz ludzi, zwierząt, przyrody. Nie chodzi o to, żeby się pokazać, jakim jest się szczodrym czy dobrym, żeby siebie promować z tym pomaganiem. Nie mam rodziny, mam więcej czasu od innych. Lubię, mogę, potrafię pomagać. Dlatego to robię. Jeśli ktoś nie czuje tego w sercu, to nie zrozumie.

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Tagi:

pomoc,  wolontariat,  Sylwester Zams, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Podobne artykuły:

Powrót