Pan ma to w gabinecie, wiele osób wokół siebie. Ja osobiście unikam miejsc, gdzie mogą być dzieci. Niekontrolowane piski i wrzaski, bieganie po restauracji, potrącanie gości, i to przekonanie rodziców, że dziecku wszystko wolno, mnie to zwyczajnie męczy. 

Wcale się nie dziwię. Żyjemy w epoce pajdokracji, dziecko stawiane jest na piedestał, jest dobrem najwyższym, każdy powinien się nim zachwycać. Nawet tym obcym, które jest mu przecież obojętne. I jest grupa matek, które się tym karmią, czerpią jak mogą, bo dziecko to ich jedyne osiągnięcie. Oczywiście są też matki normalne, które wiedzą, na czym wychowanie dzieci polega, ale ich nie widać, bo ich dzieci zwyczajnie znają granice. Widać i słychać te „cuda” matek nadymanych do granic wytrzymałości z samego faktu posiadania dziecka. I właśnie te dzieci, a często i same matki, trafiają do mnie na terapię. Jak nie wcześniej, to później.

 

Skąd się bierze takie zjawisko?

Ten chory kult macierzyństwa? To ma „historyczne” uzasadnienie. Te dzieci, to dzieci pokolenia wychowanego przez rodziców, którzy żyli jeszcze w biedzie PRL. Oni już wszystko chcieli dać swoim dzieciom, to, czego sami nie mieli. „Ty się tylko ucz, a my wszystko za ciebie zrobimy”, „ty tylko rób karierę, a reszta na naszej głowie”. Takie były przekazy i tak się przyjęło, że dzieciom nie należy stawiać żadnych wymagań. Że dzieci są wspaniałe i powinny być pod jakąś specjalną ochroną. Że to świat powinien się dostosować do dziecka, a nie ono do świata. Te dzieci nie są w ogóle socjalizowane i to jest jakiś koszmar. Jak dziecko się wydziera w miejscu publicznym, to pajdocentryczny rodzic nie myśli, jak je uciszyć, bo przeszkadza innym, tylko martwi się, czy aby jego "skarb" się przy tym darciu nie zgrzeje i nie przeziębi albo gardziołka nie zedrze. Bo wszak dziecku wszystko wolno, ono jest nietykalne. Ja pracuję sporo z nauczycielami i wie pani, co słyszę nader często? - z dziećmi to byśmy sobie poradzili, gorzej jest z rodzicami. Bo jak dziecko dostaje zły stopień, to matka przychodzi do szkoły mówi, że niesprawiedliwie, „bo on się przecież uczył”. No może się i uczył, ale jednak nie umiał. Tego jednak rodzice nie umieją już do wiadomości przyjąć. Dam inny przykład. Dzieciak oddał na klasówce czystą kartkę, nauczycielka postawiła jedynkę. Matka złożyła skargę do dyrektora, sprawa oparła się o kuratorium. A pani by chciała, żeby dzieci się w miejscach publicznych nie darły, dobre sobie. Im wszystko wolno.

 

Nie dość, że wolno, to i zwrócić uwagę trudno. Użyłam jakiś czas temu na Facebooku słowa „bachor”, nie w odniesieniu do konkretnego dziecka, ale tak ogólnie. Część matek mało mnie nie zjadła, bo poczuły się osobiście dotknięte, co mnie się zaraz skojarzyło ze znanym polskim przysłowiem o stole i nożycach.

I słusznie się skojarzyło. A wie pani, czemu tak natarły na panią? Bo naruszyła pani tabu. Miała pani odwagę powiedzieć, że nie chce pani spędzać czasu w towarzystwie wrzeszczących i niewychowanych dzieci. Wyraziła się pani jasno, że nie jest pani fanką tych cudzych „skarbów”. I to uderzyło w kompleksy tych matek, które swoją wielkość budują na posiadaniu dziecka. Bo one nie rozumieją, że ja czy pani mamy prawo do spokoju i ciszy, że nie musimy wysłuchiwać tych krzyków na obiedzie w restauracji czy na spacerze w parku. I dlatego trzeba zwracać na to uwagę i o tym pisać. Niech ludzie się nie boją bronić swoich praw, dzieci nie mogą żyć cudzym kosztem. Oczywiście, dzieci muszą się wyszaleć, wybiegać, takie jest ich prawo. Ale są do tego stosowne miejsca, trzeba iść na plac zabaw, na łąkę, zorganizować zabawę, zabrać do parku rozrywki. Trzeba im rozsądnie czas zagospodarować, a nie siedzieć na Facebooku z nosem w komórce. I uczyć, gdzie można bawić się do upojenia, a kiedy należy zachować się cicho i nie przeszkadzać innym.

 

Tylko po co uczyć? Jedna z matek napisała, że ona była głośna jako dziecko, to i jej dziecko jest głośne.

Co za głupi argument, rozumiem, że jak ojciec był szewcem, to i syn powinien? Taka matka powinna się zastanowić raczej, czy takie zachowanie jest dobre dla jej dziecka. Czy ona na tym korzystała, czy było jej z tym dobrze, czy raczej wręcz przeciwnie. Dziecko się tak zachowuje, na ile mu pozwolimy, pomijając naprawdę rzadkie przypadki, kiedy mamy do czynienia z nadpobudliwością czy innymi zaburzeniami. Dzieci są takie same od pokoleń, potrzebują tego samego, jedzenia, picia, troski. To się nie zmienia. Zmieniły się warunki. Kiedyś były trzypokoleniowe rodziny i wiedza o wychowaniu przechodziła po kądzieli, kobiety ją sobie przekazywały z babki na matkę i wnuczkę. Dziś matki wiedzę czerpią głównie z internetu, a mentorkami stały się celebrytki, które mają kilkumiesięczne dziecko, ale już piszą blogi i wydają poradniki. I jak taka celebrytka napisze, że ona karmi kaszą i trzy razy dziennie, to rzesza jej fanek będzie robić tak samo, kompletnie bez sensu i bezrefleksyjnie. Podobnie jest z tymi radami wychowawczymi, rzucanymi w eter hasłami, którymi młode matki tak się fascynują. „Nie poniżaj, nie krytykuj, wspieraj” - wszystko pięknie, tylko kiedy pytam młodą matkę, co to znaczy, by nie poniżać dziecka, to ona rozdziawia gębę. Bo nie ma pojęcia, że kiedy odpycha dziecko, bo siedzi wpatrzona w komórkę, to też jest rodzaj poniżania. Nie ma rzetelnej wiedzy, są tylko jakieś fantasmagorie, które z dobrem dziecka niewiele maja wspólnego.

 

Czytałam świetny artykuł o tym, czemu w Szwecji dzieci są grzeczne. Tam w ich socjalizacji bierze udział całe społeczeństwo. Obcy ludzie zwracają uwagę, udzielają rady, pomagają uspokoić dziecko. U nas jak pan się wtrąci, to grozi to śmiercią albo ciężkim kalectwem.

A pewnie, bo zamach na macierzyństwo. Matki są tak zrośnięte z dziećmi, że każde zwrócenie uwagi na zachowanie dziecka natychmiast biorą do siebie. Uważają natychmiast, że to one są oceniane, a nie wrzeszczący Kazio, że są złymi matkami. A przecież one są świetne, doskonałe, podobnie jak ich dzieci. To są te matki podpięte pod dzieci, które same nie wiedza, jak się odnaleźć w życiu. Tylko niestety, jest ich coraz więcej. Wie pani, jak one potem tu do mnie trafiają z tymi dziećmi na terapię i ja im tłumaczę, że dziecko jest oddzielnym bytem, to patrzą na mnie jakbym coś w malignie bredził. Jak mówię, że dziecko musi stać się samodzielnym podmiotem, ma swój charakter, swoje upodobania, że wyrządziły swoim dzieciom krzywdę, to one w to nie chcą wierzyć. I nie rozumieją, dlaczego córka ma anoreksję, albo inne zaburzenia odżywiania, a syn jest uzależniony od narkotyków czy innej chemii, bo przecież one sobie żyły wypruwały i dawały dzieciom to, co najlepsze, zwalniały z obowiązków, kupowały najdroższe gadżety.. Nie rozumieją, dlaczego dziecko wpada w depresję, bo dostało „tylko” czwórkę, i nawet rodzice mówią, że przecież nic się nie stało. Ano stało, bo jak Jasio czy Basia byli od dzieciństwa genialni i wychwalani pod niebiosa za wszystkie osiągnięcia, to nie rozumieją, że coś się teraz nie udało. Temat rzeka. A dzieci potrzebują szacunku, akceptacji ale i jasno oraz konsekwentnie stawianych granic. Potrzebują wiedzieć, że mogą ponieść porażkę, że nie są najwspanialsze. Tylko kto ma je tego nauczyć? Przecież nie te matki, które same są pełne kompleksów, są podszyte lękiem przed oceną, reagujące agresją na każdą, nawet słuszną krytykę. No i już pani wie, czemu ten „bachor” tak strasznie część matek rozjuszył. Bo one nie są w stanie zrozumieć, że nikt nie musi zachwycać się ich dzieckiem, ani znosić jego wrzasków czy kaprysów. A teraz, podczas pandemii same mają nagle problem z tym, żeby w domu wytrzymać ze swoimi własnymi dziećmi. I marzą o tym, by swoje „skarby” jak najszybciej wysłać do szkoły albo do przedszkola, żeby się od tych wrzasków uwolnić. Cóż, niech dalej słuchają porad celebrytek...

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Tagi:

dziecko,  wychowanie,  Janusz Koczberski, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.
Powrót