Reklama:
Reklama:

Majka ma do wykonania comiesięczny plan. Szefuje kilkudziesięciu handlowcom.

- Mój plan narzucany odgórnie oni tak naprawdę muszą zrobić - mówi.- Więc ja muszę bezlitośnie ich cisnąć, być dosłownie suką, choć wcale taka nie jestem.

Ale jeśli oni zawiodą, Majka też nie dostanie premii, a być może korporacja w końcu poszuka na jej miejsce zupełnie kogo innego. Więc Majka czuje się jak w matni. Do tego dochodzi strach.

- Wołałabym mniej płatną posadę, ale niezależną od pracy innych. Tak, żebym robiła coś sensownego – mówi. - Mam świadomość, że to co robię napędza tylko zyski korporacji, że to zwykły wyzysk, że to wręcz nieludzkie. Jestem małym trybikiem w wielkiej maszynie. Jak się popsuję, zwyczajnie mnie wymienią.

Ten stres związany z pracą zaczyna odczuwać coraz więcej osób. Nie chcą już nawet wysokich zarobków, wolą mniej, ale bardziej na luzie. Z poczuciem dobrze wykonanej pracy, ale nie za wszelką cenę. I co najważniejsze – ze świadomością, że się ma czas dla siebie.

 

Wrzuć na luz

 

Downshifting to dokładnie hamowanie biegami w samochodzie. Ruch powstał w USA. Jego guru jest Leo Babuta, twórca neominimalizmu, który namawia do zerwania z konsumpcyjnym życiem. Bo tak naprawdę wszyscy mamy zbyt wiele rzeczy, zbyt wiele stresu, a za mało czasu dla siebie i radości z życia. Ruch szybko zyskał na popularności, przeniósł się z USA do Australii i Europy. Powoli pojawia się w Polsce.

Sylwia Zientek, pisarka, która godziła pasję z pracą w korporacji, jakiś czas temu podjęła ostateczną decyzję.

- I absolutnie nie żałuję! To była decyzja poprzedzona wielomiesięcznymi przemyśleniami i chociaż do końca nie wiedziałam, jak będzie i nie mogłam wszystkiego przewidzieć, myślę że to była dobra decyzja. Byłam już na takim etapie swojego życia, że wiedziałam, iż albo poświęcę się pisaniu w 100% albo wpadnę w depresję czy nerwicę. - mówi. - Musiałam zaryzykować. Chciałam też być uczciwa wobec pracodawcy i ludzi, z którymi pracowałam  - byłam tak zaangażowana mentalnie w pisanie, że nie byłam już w stanie w odpowiednim stopniu angażować się w kwestie merytoryczne w pracy.

Ale czy każdy może się na to zdobyć?

 - Wiem, iż wiele osób rozważa podobny krok, chciałam jednak zaznaczyć, że podejmując tego typu decyzję trzeba mieć coś konkretnego w zanadrzu. Rzucanie się na głęboką wodę, rezygnacja ze stałej pracy po to, aby "pójść na żywioł" i zobaczyć, co będzie dalej jest błędem. Mówię o tym, bo wielu "coachów" nakłania do tego typu spontanicznych posunięć – dodaje Sylwia.

 

Warto się zastanowić

 

Majka mówi, że jest coraz bliżej życiowej decyzji. Już powoli wertuje różne oferty, choć rzecz jasna się boi. Jest singielką, jeśli powinie jej się noga, nie ma szansy na wsparcie.

 

Sylwii było łatwiej

- Wydałam 3 książki i otrzymałam niedawno wynagrodzenie za dwie z nich, poza tym otrzymuję zaliczki na nowe książki. Odchodząc z pracy dostałam odprawę, tak więc obecnie mam więcej pieniędzy do swojej dyspozycji, niż działo się to wówczas, gdy byłam managerem w korporacji. Oczywiście mam też bufor, mój mąż świetnie sobie radzi zawodowo, jest doskonałym prawnikiem – wyjaśnia.

 

Ale nie o same pieniądze wyłącznie idzie, tylko o styl życia z nimi związany. Majka zastanawia się, czy będzie w stanie zrezygnować z luksusowych ubrań, obiadów w dobrych restauracjach.

 

- Z jednej strony przeraża mnie ta konsumpcja, w którą wpadłam – mówi. - Z drugiej mam poczucie przynależności do „sfer uprzywilejowanych”. Nie wiem, jak to ze sobą pogodzić, powinnam chyba pójść na jakąś terapię.

 

Zwolennicy downsiftingu na świecie potrafili odmienić swoje życie zupełnie diametralnie. Wyszli z korpo w wielkich miastach, wyjechali na prowincję, prowadzą gospodarstwa rolne, małe knajpki. Spadł ich status materialny, ale często i społeczny. Czy każdy jest w stanie zaakceptować taką sytuację?

 

Wybór należy do ciebie

 

Sylwia Zientek podkreśla, że jej życie zupełnie się zmieniło. Co nie oznacza, że nie miewa dylematów.

 

- Z uwagi na dzieci wstaję o 6.00 rano, z tym, że nie muszę już w zawrotnym tempie i stresie ubierać się do biura i malować zastanawiając, czy nie wyglądam okropnie. Przyznam, że stałam się leniwa. Wyprawiam dzieci, zasiadam z kawą do wertowania poczty, czytania gazet i stron internetowych. Człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do wolniejszego tempa. Ale dzięki temu zniknął stres i napięcie, które kiedyś nieustannie mi towarzyszyło. Nie mogłam przez nie spać, miałam stany lękowe. Teraz jest dużo lepiej, chociaż zgryzot i artystycznych dylematów też nie brakuje – mówi. - Na pewno praca w domu wymaga ogromnej samodyscypliny i z tym mam pewien problem. Czas mija zawrotnie szybko. Mam też problem ze sobą - chociaż nikt ode mnie tego nie wymaga, skoro jestem w domu, wydaje mi się, że powinnam więcej sprzątać, więcej prać i zmywać. A kiedy to robię, mam ogromny żal, bo przecież nie po rzucałam pracę, aby prasować ubrania. Ale to jest mój indywidualny kłopot i muszę go przepracować.

 

Niektórym ciężko zrezygnować i przejść na swoje, bo ma to związek również z pewnego rodzaju izolacją.

 

- Relacje ludzkie w warunkach biurowych są bardzo specyficzne, oparte na pewnej konwencji i mnie akurat ona bardzo przeszkadzała. Powierzchowność tych kontaktów, te rozmowy o niczym i biurowe koterie mnie męczyły – mówi Sylwia. - Tęsknię za pewnymi osobami z pracy, ale to są jednostki. Nie tęsknię za pracą w zespole, jestem raczej typem indywidualisty. Teraz spotykam się z wieloma osobami, które lubię i cenię.

 

Ale Majka inaczej widzi ten problem.

 

- Byłam kiedyś przez chwilę osobą bezrobotną – mówi. - Czułam się jak rozbitek, samotna, bez przynależności o jakiejkolwiek grupy. Nie chodziło nawet o sam strach o zarobki. Może to głupio brzmi, ale praca w korpo daje też poczucie bycia „ w dużej rodzinie”, choć rzecz jasna, nie jest zawsze rodziną o cudownych relacjach. Mam kontakt z wieloma klientami, czuję się potrzebna. Męczy mnie to co robię, ale z drugiej strony również w jakiś sposób nakręca.

 

Mieć czy być

 

Ci którzy zrezygnowali z wyścigu szczurów, mieli odwagę zacząć inne życie, bardzo sobie to nowe chwalą. Może jest mniej, ale bez pośpiechu z poczuciem innego rytmu, w zgodzie ze sobą.

 

- Szerze? Zazdroszczę odwagi pójścia z głosem serca – mówi Majka. - Moja koleżanka z korpo, na wysokim kierowniczym stanowisku, urodziła dziecko. Spodziewano się, że za miesiąc pojawi się w pracy. A ona odeszła. Stwierdziła, że macierzyństwo jest dla niej ważniejsze i żyją z jednej pensji męża, który wcale kokosów nie zarabia. I jest szczęśliwa!

 

Swojej decyzji nie żałuje też Sylwia.

 

- Zdecydowanie bardziej wartościowa czuję się teraz, chociaż nie chcę opowiadać bajek - każdy twórca ma problemy z postrzeganiem samego siebie, to są góry i doliny, raz jest dobrze, raz bardzo źle. Na szczęście mam wokół siebie osoby, które mówią mi o tym, jak mnie cenią i to pomaga zdecydowanie przy samoocenie. Jako manager w korporacji nie czułam, że moja praca jest wiele warta, ale to zapewne wynikało ze specyfiki spółki, w jakiej pracowałam. - mówi. -  Ogólnie czuję się teraz trochę tak, jakbym teraz odcinała kupony za te wszystkie przepracowane lata, kiedy z wielkim trudem zarządzałam działem w pracy, wychowywałam trójkę małych dzieci i starałam się pisać. Nie wiem jak będzie dalej, ale na razie jestem na fali wznoszącej.

 

 

Magdalena Gorostiza

 

 Czytaj Możesz zawsze zmienić swoje życie

ZapiszZapisz
loading...
Reklama:

Podobne artykuły:

Tagi:

kariera,  praca,  kobieta,  życie,  Sylwia Ziętek,  szczęście, 

Zostaw komentarz:

    Brak komentarzy
Powrót