Reklama:
blocker

Ale zanim doszło do wypadku, po drodze wydarzyło się wiele rzeczy. Byłeś znanym biznesmenem, współwłaścicielem hurtowni alkoholu, sklepu, produkowałeś okna.

 

Założyliśmy z kolegą firmę Gloria, mieliśmy hurtownie w wielu miastach, byliśmy w pierwszej 10 najważniejszych hurtowni w Polsce. Zarabialiśmy duże pieniądze, pracy było sporo, ale interes się kręcił. W najlepszym czasie pracowało u nas 250 osób. Interes się kręcił.

 

Byłeś wtedy duszą towarzystwa, sponsorowałeś różne imprezy. Była masa znajomych wkoło, bankiety, zabawy.

 

Też tak było. Bez jakiś szaleństw, ale życie towarzyskie kwitło. Cieszyłem się, że firma jest rozpoznawalna, że stać nas na sponsoring. Nie odmawiałem, tak zresztą jestem. Finansowaliśmy różne bankiety, dawaliśmy alkohol na imprezy, degustacje. Była kasa, można było swobodnie żyć.

 

I nagle nadszedł kryzys i firma upadła.

 

I to nawet dość szybko. Położyła nas obniżka akcyzy na alkohol, a magazyny były pełne. Zaczął się kryzys gospodarczy. Były błędy w zarządzaniu, początek to rok 2002, w 2003 było już po wszystkim. Zostaliśmy z długami, problemami, z prokuratorem na karku, ta sprawa zresztą ciągnie się do dziś. Podał nas Polmos Białostocki o wyłudzenie, co przecież nie było prawdą. Trzeba było zmierzyć się z innymi realiami, wylądowałem na bruku, miałem problemy osobiste. Pracowałem za grosze na jedną czwartą etatu.

 

A przyjaciele? Nie pomogli, było ich przecież bez liku?

 

Przyjaciele zniknęli, nawet jak prosiłem o pomoc w znalezieniu pracy, to wykręcali się jak mogli. Przestałem prosić. To był czas, kiedy przesiadywałem głównie na działce, nawet spałem tam w samochodzie, nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić.

 

Aż przyszedł zimowy wieczór 2007 roku…

 

Wracałem wtedy z działki, był styczeń, padał śnieg, zerowa widoczność. Zaczepiliśmy się z nadjeżdżającym samochodem lusterkami, odbiłem kierownicą, drogą szedł człowiek, nie widziałem go. Zginął. Ja trafiłem do aresztu. Miałem 0,83 promila alkoholu we krwi, choć wydawało mi się, że nic nie piłem. Chyba to wyparłem.

 

Jak to jest trafić za kratki? Wszystko nagle się kończy, świat, który znałeś, przestaje istnieć?

 

To straszne uczucie. Nie da się tego opisać. Ja wcześniej chyba nawet nie znałem nikogo, kto siedział. Nagle jesteś w zamknięciu, w innych warunkach i masz ogromną ilość czasu. Myślisz, myślisz i myślisz. Jak jest z kim pogadać to dobrze, ale często towarzystwo w celi jest takie, że nie ma żadnych rozmów. Jedni grypsują inni nie grypsują, trafiasz do kompletnie obcego świata, musisz się jakoś odnaleźć. Nie wiesz, co się dzieje na zewnątrz, nie ma się kogo poradzić, widujesz tylko swojego adwokata. Cele wieloosobowe, czas płynie wolno, masz godzinę spaceru i to też jak w klatce, kąpiel raz w tygodniu.

 

A wyrzuty sumienia?

 

Trudno o takiej sprawie nie myśleć, ja otrząsnąłem się stosunkowo niedawno, nie było dnia, żeby to do mnie nie wracało. Miałem koszmary. Jedyną pociechą była opinia biegłego, że w tych warunkach nie było szans, aby uniknąć wypadku. Prędkość była znikoma, jakieś 45 – 50 km na godzinę, ten człowiek szedł jezdnią, nie zobaczyłbym go ani nie zdążył wyhamować. To on mógł widzieć oświetlony samochód, ja jego w tej zadymce nie. I gdybym był trzeźwy, to pewnie zostałbym uniewinniony, dostałem 2 lata. Dobrowolnie poddałem się karze. Adwokat chciał kolejnych opinii, ale ja już nie miałem siły czekać.

 

Byłeś u jego rodziny?

 

Nie, ja przecież już wtedy siedziałem. Był mój brat. Ten człowiek miał trzydzieści kilka lat, zostawił żonę, dzieci. Żonę widziałem na sprawie. Po sprawie i po 7 miesiącach w areszcie wyszedłem na wolność. Czekałem na odbycie reszty kary. Poszedłem siedzieć rok później.

 

Jak się żyje ze świadomością czekającej odsiadki?

 

Fatalnie, siedzi ci to w głowie cały czas. Ale ja wtedy z pomocą brata kupiłem siedlisko, w którym teraz mieszkam. Jak wróciłem za kraty, to zrobiłem sobie makietę i projektowałem swój przyszły dom. W sumie przesiedziałem 1 rok i 7 miesięcy. Dla mnie szmat czasu.

 

Nauczyła cię czegoś ta historia?

 

Zmieniła całe moje życie. Przede wszystkim nigdy więcej nie wsiadłem po alkoholu do samochodu. Na wsi sąsiadom też to tłumaczę, jak widzę, że po kielichu mają zamiar jechać do sklepu. Ale to tylko jeden aspekt. W areszcie przemyślałem całe swoje życie. Skończył się biznes, skończyło się moje małżeństwo. Uznałem, że pieniądze to nie wszystko, że nie warte są ceny, którą za nie płaciłem, pracując od świtu do nocy, martwiąc się o firmę. Że w życiu ważny jest spokój i brak pośpiechu. Bo co to za życie, jak ciągle nie masz czasu? Ja już wtedy postanowiłem, że zamieszkam na wsi. Mam swoje grządki, swoje pszczoły, swoje kury i kaczki. Niewiele mi trzeba. Pierwsze trzy lata żyłem jak mnich. Potem wyszedłem do ludzi, byłem radnym, teraz udzielam się w grupie Bełżyce i okolice biegają. Ale nade wszystko cenię sobie spokój.

 

Odpokutowałeś za swój czyn?

 

Sądzę, że tak. Nie jest łatwo żyć ze świadomością, że przyczyniło się do śmierci człowieka. Ale przecież muszę jakoś dalej żyć.

 

Rozmawiała Magdalena Gorostiza

Tagi:

życie,  wypadek,  Franek Basak, 

Loading...
Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Zostaw komentarz:


    Brak komentarzy
Powrót
Wyszukiwarka
Najnowsze
Newsletter
zapisz
Reklama:
Loading...