Partner: Logo KobietaXL.pl

Na swoje usprawiedliwienie może mieć tylko to, że była bardzo młoda. Nie bez wpływu byli też jej rodzice. Chcieli dla wychuchanej jedynaczki innej przyszłości. A ona ich posłuchała, zamiast iść za głosem serca.

 

Miała zaledwie 19 lat, gdy poznała Waldka. Był od niej cztery lata starszy, już wtedy pracował, był mechanikiem. Ujął ją swoim ciepłem, był i jest dalej zwyczajnie dobrym człowiekiem. Ale rodzice nie chcieli zaakceptować takiego chłopaka dla córki.

 

- Wiecznie słyszałam w domu, że mechanik, że co to za przyszłość. Że ja mam iść na studia, zrobić jakąś karierę, a co to za partia, facet, który nie ma nawet tytułu magistra – mówi Ewa. - I choć byłam zakochana po uszy, to jednak ciągle słyszane uwagi powodowały jakieś wątpliwości.

 

Ale na razie ze sobą chodzili. Ewa koncertowo zdała maturę, dostała się na wymarzony kierunek. Rodzice byli z niej bardzo dumni. Zawiązywała nowe znajomości, sama zaczęła zauważać, że może faktycznie Waldek nie do końca pasuje do jej nowych znajomych?

 

- Z perspektywy czasu widzę, jaka byłam durna. Waldek nie był głupi, dużo czytał, interesuje się historią. Ale mnie się wówczas wydawało, że biorę udział w jakiś fascynujących rozmowach, że dostałam się do grona wybrańców – opowiada Ewa. - Dziś wiem, że nam trochę sodówa walnęła do głowy. Waldek nie odnajdywał się w moim nowym środowisku, myślę, że dla niego byliśmy zwyczajnie zarozumiałymi, niedojrzałymi ludźmi.

 

Byli jednak ciągle razem, bo Ewę ciągnęło też do jego rodziny. Czwórka rodzeństwa, ciepły dom, matka, która zawsze się uśmiechała, chwaliła swoje dzieci. Dziewczynę Waldka traktowała wręcz jak księżniczkę, zawsze cieszyła się na jej widok. A Ewa uwielbiała wpadać tam na święta czy w niedziele.

 

- Gwarno, wesoło, nie tak jak u nas w domu. Zawsze spędzaliśmy święta we trójkę i najważniejsze było, żeby nie zalać barszczem obrusu po babci – wzdycha Ewa. - Tam nikt się takimi rzeczami wcale nie przejmował.

 

Na wakacje po pierwszym roku wyjechała z Waldkiem wbrew pretensjom rodziców, bo rodzice Ewy nie byli z tego faktu zadowoleni. W jakiejś mierze mieli rację, Ewa ledwo rozpoczęła po powrocie naukę, kiedy zorientowała się, że jest w ciąży.

 

- Bałam się strasznie powiedzieć o tym Waldkowi, jeszcze bardziej rodzicom. Ale Waldek był szczęśliwy, natychmiast zaproponował mi małżeństwo, poszedł do mojego domu i oficjalnie się oświadczył – opowiada Ewa. - No moi rodzice byli zwyczajnie wściekli, choć Waldek mówił, że ja studiów nie przerwę, że jego mama pomoże i zajmie się dzieckiem.

 

Ewa jednak nie widziała już tak różowo swojej przyszłości. Zamiast wypadów z koleżankami, upojnych studenckich imprez do białego rana, widziała siebie z pieluchami i z drącym się niemowlakiem.

 

- Nie umiałam się cieszyć, miałam wrażenie, że moje życie jeszcze się nie zaczęło, a już się skończyło. Nie byłam szczęśliwa ani z powodu ślubu, ani z powodu dziecka – mówi Ewa. - I choć Waldek był cudowny, dbał o mnie i mnie pocieszał, nie umiałam docenić tego, co robi dla mnie. A matka Waldka wiadomość o ślubie i dziecku przyjęła z radością. Stwierdziła, że przejdzie wcześniej na emeryturę, zajmie się maleństwem, żebym mogła dalej się uczyć.

 

Ewa nie umiała jednak i tego docenić. Tej życzliwości i pełnej akceptacji. Tego gestu ze strony teściowej, która chciała, aby synowa nie straciła studiów. Dziś wie, że duży wpływ miała na to atmosfera w jej rodzinnym domu. Matka chodziła po mieszkaniu jak chmura gradowa, zaciśnięte usta, oczami rzucała wściekłe spojrzenia. I Ewa wysłuchiwała, że skończyła marnie, że co to za przyszłość z takim mechanikiem, skoro mogłaby mieć za męża lekarza czy prawnika. Mogłoby być piękne wesele, a nie panna młoda z brzuchem, ukrytym pod suknią. A Ewa zawsze matki się bała, bała się nawet bardziej, niż straty miłości Waldka.

 

Waldek zaraz po ślubie chciał wynająć mieszkanie, żeby mogli zamieszkać razem. Ewa jednak chciała zostać w ciąży w swoim rodzinnym domu, on miał dalej mieszkać u swojej matki. Namawiał Ewę, by zaczęli wspólne życie, ona jednak bała się takiego kroku. Uznała, że na razie tak się będzie czuła bardziej bezpieczna.

 

- Byłam zwyczajnie głupia, zmanipulowana przez rodziców, właściwie to głównie przez matkę. Ona się wstydziła Waldka i jego rodziny, jakby sama była jakąś hrabiną. No ale mój ojciec był dyrektorem, matka główną księgową w dużej instytucji – opowiada Ewa. - Rodzice Waldka zawsze pracowali fizycznie. Więc według mojej matki to był mezalians.

 

Nie miało znaczenia nawet to, że Waldek zarabia znacznie więcej od rodziców Ewy. Odkładał pieniądze na swój własny warsztat. Matka Ewy wierzyła wyłącznie w tytuły i dyplomy. Wedle jej standardów tylko wykształcenie mogło dać szczęście.

 

Ewa urodziła zdrową córkę i Waldek szalał z radości. Dalej ją namawiał, żeby zamieszkali razem, ale Ewa wymawiała się koniecznością nauki.

 

- Byliśmy takim dziwacznym małżeństwem. Ja mieszkałam z rodzicami, on ze swoją matką. Jak tylko doszłam do siebie po porodzie, wróciłam na studia. Waldek rano przyjeżdżał, odwoził mnie na uczelnię, małą odwoził do swojej matki – opowiada Ewa. - Teściowa dotrzymała słowa i przeszła na emeryturę. Ona tak naprawdę wychowywała moją córkę.

 

Ewie było to bardzo na rękę, miała dużo zajęć, niektóre wieczorem. Zaczęła zostawiać córeczkę u teściowej na noc, potem mała właściwie tam zamieszkała. Waldek był szczęśliwy, wracał z pracy, mógł być z dzieckiem. Namawiał, żeby Ewa przeniosła się do nich, ale tłumaczyła, że musi mieć spokój do nauki. Matka Ewy była zachwycona, pozornie wrócił stan sprzed całego zamieszania. Córka była sama w domu, żadnych pieluch, żadnego płaczu. Ewa uczyła się świetnie, dziecko widywała rzadko, najczęściej w weekendy. Zaproponowano jej prace na uczelni. Była zachwycona.

 

- Moja matka też była w siódmym niebie, mówiła, że mogę zrobić prawdziwą karierę, że moje małżeństwo nie istnieje, a córce lepiej jest z teściową – mówi smutno Ewa. - Niestety, to była prawda. Ja swojego dziecka prawie nie znałam.

 

Po dyplomie Waldek postawił ultimatum, albo mieszkają razem, albo rozwód. Nie ukrywał, że to on chce wziąć dziecko, bo mała z Ewą nie jest związana. Matka Ewy uznała, że to świetna okazja. Ewa może być wolna i robić karierę.

 

- Nie wiem, co sobie wtedy myślałam, ale widziałam swoją przyszłość głównie na uczelni. Z Waldkiem też mnie niewiele już w wówczas łączyło. Poza tym byłam wtedy taka próżna, taka dumna, że będę wykładowcą. Powiedziałam mu, że się rozstaniemy, że chcę tylko bez problemu mieć kontakt z córką – mówi Ewa. - On nie był temu przeciwny.

 

Dostali rozwód, mała nadal mieszkała z Waldkiem i jego matką. Ewa starała się często tam zaglądać, ale coraz bardziej córka traktowała ją jak obcą osobę. Nie chciała chodzić z nią na spacery, tuliła się stale do babci. Widać jednak było, że jest szczęśliwym dzieckiem. Ewę pochłonęła praca naukowa, szybko zrobiła doktorat, za kilka lat habilitację.

Waldek ożenił się po raz drugi. Postawił piękny dom, ma dwójkę dzieci z drugą żona, córka Ewy traktuje je jak naturalne rodzeństwo. Z matką ma nikły kontakt, nie przepada za wspólnymi spotkaniami. Tak naprawdę to Ewa na siłę podtrzymuje więź z córką, ale dziś patrzy z rozpaczą jak na własne życzenie straciła własne dziecko. I jest jej coraz bardziej przykro. Widzi tamtą rodzinę, pełną i szczęśliwą. A ona? Ona niedługo zostanie profesorem. Wraca do pustego domu i ma tylko książki.

 

- Jestem samotna, nie związałam się z nikim. Jedyne, co mam to moja kariera. Ale nie mam wokół siebie żadnych bliskich osób – mówi. - Wiem, że byłam głupia, ale jest za późno.

 

Waldek dziś jest właścicielem ogromnej stacji obsługi pojazdów. Ma dużo znajomości w rożnych środowiskach. Może nie ma tytułów, ale potrafi wszystko załatwić i Ewa wie, że powodzi mu się świetnie.

 

- Moja matka nawet śnić nigdy nie mogła o takich pieniądzach i czasami widzę, że ona też chyba żałuje. Taki zięć to skarb, a ona spisała go na straty tylko z powodu wykształcenia. I na mnie mnie ten sposób myślenia przelała – dodaje Ewa. - Ale przecież nie o pieniądze w gruncie rzeczy tu idzie, to sprawa drugorzęna.

 

Dziś Ewa wie, że mogła mieć wszystko. I swoją karierę i dziecko i męża. I fajną rodzinę, która by ją wspierała, bo teściowa do dziś złego słowa nie powie, jest taka jak zawsze, uśmiechnięta i szczera. Od Waldka też nie doznała nigdy jakiejkolwiek przykrości. Zawsze powtarzał, że bardzo ja kochał i szkoda, że tak im to wszystko nie wyszło.

 

- Nie dorosłam do tej miłości. Nie wiedziałam, co w życiu jest ważne – mówi dziś Ewa smutno. - Dlatego straciłam i córkę i męża.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione.

 

Tagi:

miłość ,  związek ,  małżeństwo ,  matka ,  córka ,  życie , 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót