Oto jego historia:

„Ciekawe, że tyle się mówi o toksycznych matkach, a tak niewiele o toksycznych ojcach. Mój był książkowym przykładem właśnie takiego ojca. Choć oczywiście pozornie mieliśmy w domu wszystko. Ojciec jeszcze po dziadku przejął dobrze prosperująca firmę, potem ją rozbudował. I mnie naznaczył na swojego następcę.

Było nas w domu czworo, dwie siostry, ja i jeszcze jedna siostra. Co ciekawe, ojciec siostry rozpieszczał do granic możliwości. Najstarszą stawiał mi zawsze za wzór, bo miała chyba więcej męskich cech niż ja. Ale on spodziewał się pierworodnego syna, więc chyba ona trochę weszła w skórę chłopca.

Wydawać by się mogło, że jako jedyny chłopak w domu, powinienem mieć uprzywilejowaną pozycję. Nic z tego, mój ojciec to typ macho, więc i syn musiał być taki. Tylko ja nigdy żadnym macho nie byłem i nie będę. Ale ojciec wobec mnie stosował twarde reguły gry. Pamiętam jak miałem może 8 lat i grał ze mną w piłkę. Kopał lub rzucał tak mocno, że często mnie piłką uderzał. Potem śmiał się i mówił, że jestem chodzącą kaleką. Kiedy dostałem kiedyś wciry od starszych chłopaków, stwierdził, że dostałem za mało. Przyszedłem z płaczem do domu, miałem zakrwawiony nos, podbite oko. Ojciec uznał, że jestem mazgajem, że powinienem umieć się bronić. Nie ważne, że było ich kilku, że byli ode mnie starsi.

Szybko nauczyłem się, że nie mogę mu mówić o żadnych swoich porażkach, że wszystko muszę zatrzymać dla siebie, ewentualnie mogę się zwierzyć matce. Dla niej byłem ukochanym synkiem, ewidentnie mnie faworyzowała. Ale mnie to też się nie podobało. Uważałem, że robi ze mnie wiecznie małego dzidziusia, ojciec też patrzył na to krzywym okiem.

Wiecznie mnie krytykował, ubranie, fryzurę, moje zainteresowania. Dla niego powinienem zostać bokserem, w najgorszym razie jakimś karateką. Mnie sport kompletnie nie obchodził, kocham książki i muzykę. Ojciec twierdził, że to zainteresowania dla gejów. Czasami mnie o to pytał - zawsze mówił – Czy ty przypadkiem nie wyrośniesz na jakiegoś pedała?

 

Nie miałem skłonności homoseksualnych i te pytania też mnie bolały. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć w takiej sytuacji, czułem się zawsze bardzo głupio.

 

Pomimo traktowania mnie jak śmiecia, to ja zostałem wybrany przez ojca na jego dziedzica. To ja miałem przejąć firmę i nią zarządzać, choć siostry też w niej pracowały. To jest dobry, rodzinny interes, wystarcza pieniędzy dla wszystkich.

 

Poddawałem się zawsze woli ojca, nie widziałem możliwości sprzeciwu. Tylko raz mu się postawiłem, miałem wtedy 16 lat. Przeleciałem przez szklane drzwi, cud, że skończyło się na kilku skaleczeniach. Ojciec powiedział, że nie ma ochoty na rękoczyny, więc lepiej będzie jeśli sobie ten dzień zapamiętam. Zapamiętałem, do dziś mam dreszcze, kiedy przypominam sobie jego wściekłość i tę scenę. Matka radziła mi, żebym nie wchodził mu w drogę, wykonywał jego polecenia, bo to dobry jest człowiek i chce dla mnie jak najlepiej.

 

No więc przestałem się buntować. Szczególnie, że nie miałem z drugiej strony źle. Na osiemnastkę dostałem fajny samochód, miałem zawsze jakieś pieniądze, mogłem kupować sobie dobre ciuchy. Nadrabiałem więc miną, bo mniemanie o sobie raczej zawsze miałem dość podłe. Poszedłem na studia związane z naszą produkcją, wróciłem do domu pełen pomysłów. Ale ojciec szybko zastopował moje zapędy. Miało być tak, jak on mówi, uważał, że się mądrzę, że jeszcze jestem żółtodziobem, a już chciałbym mu ustawiać firmę. Bywało, że przy innych pracownikach kwestionował moje decyzje, albo wiedząc, że coś jest moim pomysłem, pytał głośno na hali „co za głupek to wymyślił”.

 

Mogłem odejść, ktoś powie. Miałem fach w reku, mogłem spakować plecak, wyjść z domu, poszukać pracy, być samodzielnym. To było przecież takie proste, takie pozorne łatwe. Ale nie dla mnie. Ja żyłem w przekonaniu, że nie dam sobie rady, że jestem za głupi i nic nie warty. Takie poczucie wartości zbudował we mnie ojciec, miałem zapisaną przez niego odpowiednią matrycę w mózgu.

 

Ale z drugiej strony, kiedy się ożeniłem, ojciec postawił nam dom, zawsze wypłacał tyle pieniędzy, żebyśmy mieli na swobodne życie. Dla mojej żony był zawsze przemiłym starszym panem, traktował ją jak moje siostry, z pewnym przymrożeniem oka, potrafił robić jej drogie prezenty, uważała go za idealnego teścia. Czasami była świadkiem jego uwag pod moim adresem, ale zawsze była zdania, że ojciec zapewnia nam takie życie, że nie należy się tym przejmować.

 

Kiedy urodziły nam się dzieci, bałem się o mojego syna. Nie chciałem, żeby dziadek miał na niego wpływ i wychowywał go na kolejnego macho. Nic z tych rzeczy, był najlepszym z dziadków, wyrozumiałym, troskliwym, pocieszającym, stającym zawsze w obronie wnuka. Ale jego stosunek do mnie nigdy się nie zmienił.

 

Już nawet kiedy podupadł na zdrowiu i musiał mi faktycznie przekazać firmę, codziennie pojawiał się w zakładzie. Łaził, kręcił nosem, do wielu rzeczy się wtrącał. Ja zmodernizowałem zakład, produkcja idzie na pełnych obrotach, świetnie dajemy sobie radę.

 

 

Ojciec umarł pięć lat temu. Tak naprawdę poczułem wtedy ulgę. Uznałem, że wreszcie ten koszmar się się skończył, że wreszcie się wyzwolę spod jego wpływu. Nic bardziej mylnego. Ilekroć gdy mam podjąć ważne decyzje, paraliżuje mnie strach przed porażką. Mam z tyłu głowy słowa ojca – nic nie umiesz, do niczego się nie nadajesz. Nadrabiam miną, pieniądze też dają jakieś poczucie siły. W środku jednak jestem małym, przestraszonym chłopcem. Wiem, że gdyby ktoś głośniej na mnie krzyknął, albo okazał wobec mnie pogardę, zaraz schowałbym się pod ziemię i nie umiał bronić swojego zdania ze stanowczością. Nie potrafiłem być też nigdy stanowczy wobec dzieci, wystarczyło, że się rozpłakały. To żona musiała stawiać im granice, mnie ten ich płacz czy niemoc wytrącała z równowagi. Bałem się, że będą takie jak ja, miękkie, przestraszone, że swoją odmową w jakiś sposób je skrzywdzę, że wyrosną na ludzi, którzy stale będą siebie oceniać w negatywny sposób. Bałem się, że będą do mnie podobne. Na zewnątrz pozornie twarde i mocno stąpające po ziemi, w środku przerażone. Tak naprawdę, nie wiedziałem, jak mam je wychowywać, żeby wyrosły na mądrych ludzi.

 

Czasami zastanawiam się, czy matka mogła mi pomóc, czy mogła wpłynąć na ojca w jakiś sposób? W domu nie było przemocy fizycznej, pomijając wypadek z szybą, ojciec nie musiał nawet krzyczeć bo i tak bez szemrania każdy spełniał jego polecenia. Ale widziała jak mnie traktował, słyszała, co do mnie mówił. Chyba miała świadomość, że stosował wobec mnie psychiczny terror, który zostawia głębokie rany na całe życie? Nie wiem, dziś tego nie rozstrzygnę. Być może pójdę na jakąś terapię, żeby doprowadzić swoje życie do ładu choćby na jego finiszu. Jestem facetem 60 plus, a żyję nadal w cieniu swojego zmarłego ojca.”

Tagi:

ojciec,  syn życie, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót