Ewa ma 62 lata, niedawno przeszła na emeryturę i postanowiła cieszyć się życiem. Jest aktywna, chodzi na spotkania z koleżankami, trenuje jogę, ma lekcje malarstwa, od czasu do czasu planuje jakąś podroż na miarę swojego budżetu. Lubi spędzać czas tak jak chce, poleżeć na kanapie z książką, chodzić na spacery, obejrzeć w kinie dobry film. Wreszcie też może spełniać swoje drobne zachcianki.

 

Ewa ma też wnuki, bardzo udane, które bardzo kocha. Do tej pory zajmowała się nimi synowa, która była na urlopie wychowawczym.

- Ja od początku zastrzegłam, że mogę pomóc doraźnie, zająć się dziećmi, jak chcą gdzieś wyskoczyć, wyjść na imprezę czy do kina – zastrzega Ewa. I podkreśla, że postawiła jeden warunek – dzieci będą przywożone do niej. Ona jest osobą palącą, synowa zaś zabrania palić w swoim domu kategorycznie.

 

- Nie, nie palę dzieciom nad głową, jak są u mnie. Wychodzę do kuchni i włączam wentylator pod okapem, dymu wtedy nie czuć, w lecie wychodzę na balkon. Ale normalnie palę w salonie. Jestem w swoim domu i on jest dla mnie, nie ja dla niego. Dlatego nie rozumiem palaczy, którzy palą na balkonie czy w piwnicy. Ale to moje nastawienie do życia, każdy robi co chce. Szanuję to, że ktoś nie życzy sobie w domu palacza, do takich domów zwyczajnie nie chodzę i nie obrażam się na nikogo – dodaje Ewa.

 

Uważa tez, że ma prawo do swoich wyborów i nie musi chodzić na kompromisy. Ciężko pracowała całe życie, chce teraz robić to, na co ma ochotę. Dlatego propozycja synowej dosłownie zwaliła ją z nóg. Bo dzieci podrosły i poszły od września do przedszkola, synowa zaś wróciła do pracy. Jest farmaceutką, syn lekarzem – pracują w różnych godzinach, mają dyżury, on w szpitalu, ona w aptece, bo apteka jest w galerii handlowej i czynna jest do godziny 22.

 

- W sierpniu przyszli do mnie syn i synowa. Synowa wyjęła kartkę i powiedziała – tu rozpisaliśmy mamie dyżury na wrzesień. I niech mama pamięta, że palić można tylko na balkonie, żeby nie było żadnych dyskusji – mówi Ewa i dodaje, że ją na moment zatkało, dosłownie.

Zapytała o co chodzi, synowa odpowiedziała, że ustaliła harmonogram dyżurów u dzieci, podzieliła je między dwie babcie, żeby ona mogła pracować. Syn tylko bąknął, że nie ma innego wyjścia.

 

- Powiedziałam im, że bardzo mi przykro, ale życia nie będą mi planować, że mam swoje zajęcia i nie mam siły ani ochoty na przymusowe dyżury u dzieci. To jest ciężka i odpowiedzialna praca. W październiku wybieram się na Wyspy Kanaryjskie. A co do palenia, to wrosłam z czasów, żeby palić na balkonie w zimnie i w deszczu – opowiada Ewa. Dodała też, że wypadało skonsultować z nią ten pomysł wcześniej, bo nie ma obowiązku być przymusową niańką, nie jest też do ich wyłącznej dyspozycji.

 

Synowa zerwała się z krzesła, syn za nią i wyszli. Ona coś tam rzuciła do niego, że wiedziała, jak nieużyta jest jego matka.

 

Ewa na drugi dzień zadzwoniła do syna, próbowała z nim porozmawiać, bo miała żal, że postawił ją w takiej sytuacji bez żadnego uprzedzenia. Syn jednak temat poruszał niechętnie.

 

- Powiedziałam mu,że najpierw powinni spytać, że mogą zatrudnić kogoś do pomocy, bo stać ich na to, nie są biedni. Synowa zarabia bardzo dobrze, farmaceutów brakuje na rynku, on też nie ma na co narzekać. Niby przyznał mi rację, ale atmosfera rozmowy była dość napięta – mówi Ewa.

 

Od tamtej pory minął miesiąc. Prawie w każdą sobotę przyjeżdżały do niej wnuki, czasami spały, jeśli młodzi wybierali się na jakiś dłuższy wypad. Bywało, że w niedzielę umawiali się na wspólny obiad, albo u Ewy, albo szli do restauracji. Od tamtej pory Ewa jednak wnuków nie widziała, młodzi nie dzwonią, nie ma kontaktu.

- Najwyraźniej to ma być dla mnie kara, że nie będę wnuków widywać. Trudno, bardzo je kocham, ale nie podporządkuje swojego życia samowolnym decyzjom ich matki – mówi Ewa.

 

Mówi też, że nigdy nie była nawiedzoną babcia, opowiadającą wszystkim o wnukach i spamującą swoje konto na Facebooku nieustannymi zdjęciami pociech. Ją samą drażnią takie kobiety, jakby już nie miały swojego życia, jakby ten wnuk czy wnuczka już były dla nich całym światem. Ma takie koleżanki, które godzą się na wszystko, bo synowe wydzielają widzenia ze swoimi dziećmi, byle tylko upokorzyć teściową, albo zmusić ją do poddaństwa. Nie raz słyszała, że koleżanka nie przyjdzie na imprezę, bo musi z wnukami zostać, a kiedy mówi, żeby odmówiła, słyszy – nie mogę, bo synowa więcej nie zostawi mnie z dzieckiem.

 

- Nie rozumiem takich kobiet, ale to w końcu ich problem, ich życie. Oczywiście, przykro mi, że nie mam z wnukami kontaktu, ale nie sprzedam za to swojej wolności – kończy Ewa.

 

Magdalena Gorostiza

 

Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione.

Tagi:

życie,  babcia,  dziecko,  wnuki, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót