Ulica Radzikowska w Lublinie. Tu mieszka Jacek Brzeziński, aktor teatru Provisorium, emerytowany wykładowca UMCS. Jest ciepły, czerwcowy dzień, jak wtedy, 60 lat temu.

 

Jacek Brzeziński

 - Stałem dokładnie w tym samym miejscu, co teraz z tobą, miałem wtedy 7 lat – zaczyna swoją opowieść Jacek. - Przybiegł starszy kolega z sąsiedztwa i powiedział, że pod szkołą dzieje się jakiś „cyrk". Do szkoły ode mnie z domu jest jakieś 100 metrów. Pobiegliśmy, zobaczyć, co się stało. Na ulicy był może jeszcze wtedy piach, a może bruk? Ja pewnie byłem boso, bo tak się wtedy po dworze latało.

Dzielnica Za Cukrownią to mieszanka przemysłu i niewielkich domów. Z ulicy Jacka widać starą gorzelnię, która dziś zmieniła nazwę na bardziej nowoczesną, niedaleko jest stara krochmalnia, od której nazwę wzięła główna ulica.

 

Fragment starej gorzelni.

 

I choć dziś dzielnica zmienia oblicze, na początku lat sześćdziesiątych było tu bardzo biednie. Przemysł lokował się tu od XIX weku. Powstała tu obok krochmalni i gorzelni, słynna Lubelska Fabryka Wag, prężnie działała zlikwidowana już cukrownia.

 

Dzielnica zmienia oblicze, asfaltowe uliczki, dużo zieleni.

Ulica Krochmalna.

 

- Mój ojciec był robotnikiem w LFW, mieszkaliśmy w rodzinnym domu, który dziadek kolejarz kupił za jakieś odszkodowanie z powodu wypadku - opowiada Jacek. - A ludzie ściągali tu do pracy i budowali małe domki, zajmując kawałki gruntu. Mówiło się, że budowali w nocy, rano domek już stał. Wszystkim powodziło się podobnie, nikt się niczym specjalnie nie wyróżniał.

 

Chlubą dzielnicy była jednak szkoła. Podobno pierwsza tysiąclatka w Polsce im. Zwycięstwa Grunwaldzkiego. Powstała na miejscu drewnianego baraku. Jacek mówi, że nie wyglądała tak jak dziś, potem dobudowano skrzydło, tamtej starej podstawówki numer 17 już nie ma, powstał na jej miejscu jakiś ośrodek specjalny.

 

Szkoła wówczas tak nie wyglądała, Jacek pokazuje dobudowane skrzydło.

 

Tamtego czerwcowego dnia była to jednak nowiutka tysiąclatka. Chłopcy pobiegli pod szkołę. Przy schodach kłębili się rodzice, było zamieszanie, płacz, nie bardzo było wiadomo, o co chodzi.

- Szybko jednak dotarło do mnie, że to nie jest wesoły „cyrk”, że stało się coś złego – opowiada Jacek.

W końcu na szkolnych schodach stanął funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej i powiedział, że trzynaścioro dzieci utonęło. Jeszcze do końca nie było wiadomo kto, dopiero potem to wyjaśniano. Rodzice wpadli w panikę.

Jacek mówi, że nie da się tego zapomnieć: - Matki mdlały, był jeden wielki płacz, do dziś go słyszę w uszach. Kierowniczka szkoły osiwiała w jedną noc.

 

Fragment starej szkoły i schody, na których rodzice dowiedzieli się o tragedii.

 

Jak doszło do tragedii? 23 czerwca 1961 roku wybrane dzieci pojechały w na wycieczkę do Kazimierza nad Wisłą. Ta wycieczka miała być nagrodą dla piątoklasistów z SP nr 17 przy ul. Krochmalnej za dobre wyniki w nauce. Nie wszystkie dzieci pojechały wtedy do Kazimierza. Niektórych rodziców nie było na to stać. 29-letnia nauczycielka wychowania fizycznego Jadwiga H. opracowała plan wycieczki. Przedstawiła go ówczesnej kierowniczce szkoły. Atrakcjami miały być wspinaczka na basztę, Górę Trzech Krzyży, zwiedzanie spichlerza i jako ostatni punkt - kąpiel w Wiśle. 28-osobową grupą opiekowały się trzy nauczycielki. Po zwiedzaniu miasteczka, dzieci znalazły się na brzegu Wisły, około 300 metrów w górę rzeki od schroniska PTTK na końcu ul. Krakowskiej. Podobno dzieci weszły w tym miejscu na tzw. lotny piasek, który zaczął osuwać im się spod nóg. Ponieważ trzymały się za ręce, jedno pociągało za sobą drugie i po kolei wpadały do głębokiej wody. Nie miały żadnych szans. Nauczycielka uratowała trojkę z nich. Reszty nie dała rady.

 

Kazimierz Brandys w swoich „Listach do pani Z.” odnotował, że do zdarzenia doszło w wigilię św. Jana. Jak co roku, w Kazimierzu miały się odbywać tradycyjne Sobótki. Podczas tej dorocznej zabawy puszczano wianki, tańczono i śpiewano, rozpalano ogromne ogniska, które płonęły po obu stronach rzeki. Nikt nawet nie przypuszczał, że święto organizowane w najkrótszą noc w roku poprzedzi dramat.

 

„(…)W południe między domem PTTK a kamieniołomami, niedaleko brzegu, utonęło trzynaścioro dzieci z wycieczki. Miejsce nie było przeznaczone do kąpieli. Dwoje dzieci i nauczycielkę, która rzuciła się na pomoc, wyratowali robotnicy pracujący przy tamie. Nie zdołano wyłowić wszystkich ciał. Rodzice dowiedzieli się o wypadku z komunikatu radia lubelskiego, który nie podał nazwisk ofiar. Wysiadali z taksówek na rynku, wiedząc, że za chwilę usłyszą prawdę. Widziałem mężczyznę siedzącego obok małej dziewczynki; była jedną z dwojga, drugie utonęło. Na rynku stał autobus, który przywiózł wycieczkę, otaczały go grupki ludzi o zaczerwienionych oczach. Co parę minut zajeżdżała „Warszawa” z lubelskim numerem. Rodzice dowiadywali się zaraz na rynku. Uratowane dzieci czekały w autobusie. Nauczycielkę zatrzymano w komisariacie milicji. Rodziców, których dzieci nie było, zawożono nad rzekę, na miejsce wypadku. Ciągle szukano zatopionych ciał (...) „

 

Odnalezione zwłoki dzieci przywożono do Lublina. Rodzice ubierali je w odświętne stroje i wystawiali w trumienkach w domach, aby można się było z nimi pożegnać. Spacerujemy uliczkami Za Cukrownią. Jacek pokazuje mi domy, w których wystawiano ciała dzieci. Doskonale pamięta te miejsca. W jednej z kamienic przy ul. Krochmalnej stały aż dwie trumienki.

- W tej kamienicy stały trumny z ciałami dwójki dzieci - Mówi Jacek

 

- Wszyscy ludzie z dzielnicy chodzili żegnać się z dziećmi. Byłem i ja z rodzicami. Wtedy to było normalne, czuwanie przy zwłokach, dom w żałobie, zapalone świece, zasłonięte lustra. Mam te trumny nadal w oczach. Nie znałem większości tych dzieci, dopiero za dwa miesiące miałem iść do pierwszej klasy. Ale rozumiałem już wtedy, że stała się wielka tragedia i tak naprawdę ta historia jest ciągle gdzieś tam ze mną - mówi Jacek Brzeziński.

Trwały przygotowania do pogrzebu. Identyczne trumny wystawiono na podłodze w pobliskim kościele. Do 28 czerwca rano - na dzień planowanego pogrzebu - nie znaleziono jeszcze ciał dwójki dzieci: chłopca i dziewczynki. Miał być pogrzeb dla jedenastu ofiar. Ale w ostatniej chwili odnaleziono ostatnie dwa ciała. Były na wysokości klasztoru betanek w Kazimierzu, oddalone kilka kilometrów dalej od miejsca wypadku. Trzynaście trumien spoczęło na wypożyczonych z FSC żukach. Za wszystko, łącznie z trumnami zapłaciło miasto.

Pod kościołem gromadziły się tłumy, lał wtedy rzęsisty deszcz.

Kościół przy ul. Krochmalnej.

 

- Nie byłem na pogrzebie, ale staliśmy z mamą tu pod szkołą. Trumny mokły na samochodach, pamiętam, że leciała z nich zabarwiona na fioletowo woda. Pamiętam tę wodę i te tłumy ludzi, które przyszły towarzyszyć dzieciom w ich ostatniej drodze – wspomina Jacek.

Wikarym w parafii był wówczas drugi rok ksiądz Stanisław Chomicz, dziś to już starszy i schorowany człowiek. Jacek Brzeziński jest z nim w stałym kontakcie. Mówi, że ksiądz do dziś ma łzy w oczach, gdy wspomina tamtą tragedię. Brał udział w ostatniej drodze dzieci, szedł z nimi na cmentarz. Wraz z nim morze lublinian.

 

Pogrzeb dzieci. Zdjęcie z archiwum księdza Stanisława Chomicza.

 

- Kondukt był tak długi, że gdy pierwsza trumna wjeżdżała na cmentarz, ostatni ludzie byli jeszcze na ul. Młyńskiej. Te miejsca dzieli ponad kilometr. To była jedna wielka manifestacja bólu - wspomina Jacek. - Dziś z pozycji dojrzałego człowieka widzę to zupełnie inaczej niż wtedy. Mam troje dzieci, wnuki. Wiem ile trudu kosztuje wychowanie dziecka. A ono nie wraca ze szkolnej wycieczki. Można zwariować, nie wiem, jak sam bym coś takiego przeżył.

 

Ale wtedy po wakacjach w szkole już nie mówiono o tragedii. Ówczesne władze zadbały, by wyciszyć to wydarzenie. W socjalistycznej konwencji państwa nie było miejsca na takie historie. Jacek Brzeziński zaglądał nawet do starych szkolnych kronik. I tam wkradła się cenzura, data wypadku jest inna niż w rzeczywistości.

- Gdy szedłem do pierwszej klasy na miejsce odwołanej kierowniczki, przyszedł już nowy kierownik. Dzieci cieszyły się z nowej, pięknej szkoły, utonięcia w Wiśle stały się tematem tabu - dodaje.

Tylko 29-letnia Jadwiga H., nauczycielka WF, która była wówczas z dziećmi, usłyszała wyrok: 3,5 roku więzienia. Wyszła na wolność wcześniej, po 8 miesiącach. Długo nie mogła znaleźć pracy, w końcu jej się to udało - aż do emerytury pracowała przy organizacji sportowych zajęć dla młodzieży. Krążyła o niej legenda, że oszalała i chodziła z lalką w objęciach po ulicach Lublina, ale to tylko jedna z miejskich opowieści.

 Dzieci pochowano przy głównej alei cmentarza przy ul. Lipowej w Lublinie. Dosłownie kilkadziesiąt metrów za wejściową bramą jest równy rząd mogił.

Mogiły dzieci na cmentarzu przy ul. Lipowej.

 

Mogiły dzieci na cmentarzu przy ul. Lipowej.

Mogiły dzieci na cmentarzu przy ul. Lipowej.

 

Jedna jest podwójna. Jacek mówi, że podobno dwie dziewczynki znaleziono trzymające się za ręce i dlatego pochowano je we wspólnym grobie.

 

Dwie dziewczynki leżą we wspólnym grobie.

 

Magdalena Gorostiza

 

 

Tagi:

życie,  dzieci,  wypadek,  Jacek Brzeziński, 

Kliknij, aby zamknąć artykuł i wrócić do strony głównej.

Polecane artykuły:

Podobne artykuły:

Powrót